Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Czas na kolejny wywiad z cyklu „Góralu, czy ci nie żal…?”. Tym razem naszym rozmówcą był Fabian Pawela. Napastnik w barwach Podbeskidzia Bielsko-Biała rozegrał dwa sezony, ale żeby zapisać się w pamięci kibiców wystarczyło mu zaledwie 18 sekund – to właśnie po takim czasie zdobył swojego debiutanckiego gola na boiskach Ekstraklasy. Jego kariera nie była typową ścieżką polskiego ligowca, już w młodym wieku wyjechał do Grecji – miał wielke ambicje, które nie zostały do końca zrealizowane. Jak sam mówi, transfer do Podbeskidzia z pewnością nie był spełnieniem jego marzeń, jednak to właśnie pod Klimczokiem spędził najlepszy okres w swojej karierze.
Mikołaj Lorenz (Radio BIELSKO): Co właściwie u Pana słychać? Udało mi się ustalić wciąż gra Pan w piłkę, w IV-ligowym Talencie Warszawa… A poza tym?
Fabian Pawela: Tak, gram dalej w piłkę. Wróciłem do gry jakieś dwa–trzy miesiące temu, po ośmiu latach przerwy i występuję w IV lidze mazowieckiej, więc jest to dla mnie w pewnym sensie nowość. Na powrót zdecydowałem się ze względu na mojego syna Nikodema, który jakiś czas temu rozpoczął grę w Talencie – to mnie zainspirowało do tego, żeby jeszcze wrócić na boisko… A co u mnie słychać? Dom, rodzina, dwójka małych dzieci – także jest co robić.
M.L: Powrót po ośmiu latach do grania to było spore wyzwanie dla organizmu?
F.P: Okres przygotowawczy musiałem przejść bardzo ostrożnie. Po drodze zdarzały się drobne mikrourazy, ale mimo wszystko udało mi się dobrze przygotować. Wiadomo, że rozegranie pełnych 90 minut jeszcze nie wchodzi w grę. To moja świadoma decyzja – po tak długiej przerwie wolę podchodzić do wszystkiego na spokojnie… No ale powrót był jednak naprawdę spektakularny. Po ośmiu latach przerwy wszedłem na boisko bodajże w 80. minucie i już po 12 sekundach zdobyłem bramkę. To było też pewne nawiązanie do tego, co wydarzyło się kiedyś w Podbeskidziu. Wtedy strzeliłem w 18. sekundzie, teraz w 12., więc jeszcze szybciej…
M.L: No tak, debiut w Podbeskidziu przecież też był spektakularny…
F.B: No był, był… Pierwsze sekundy na boiskach Ekstraklasy i od razu gol, także debiut naprawdę udany. Pamiętam to do dziś. Teraz ten powrót po ośmiu latach sprawił, że znowu poczułem to coś. Wróciła adrenalina i radość z gry.

M.L: Ale może teraz cofnijmy się do Pana początków w piłce. Bo to nie była taka typowa ścieżka kariery. Wyjazd do Grecji w bardzo młodym wieku to trochę niekonwencjonalny wybór, z czego to wynikało?
F.B: Wyjazd za granicę wziął się z tego, że w Polsce tak naprawdę nie było konkretnego zainteresowania. A jeśli już coś się pojawiało, to były to oferty z klubów, które nie były w stanie przebić warunków wcześniej ustalonych w Grecji. To była grecka ekstraklasa, więc decyzja była dość prosta – spakować się i wyjechać. W Polsce natomiast nie było żadnych konkretów z najwyższego poziomu, więc nie było się nad czym zastanawiać. Mam też wrażenie, że w tamtym czasie scouting i ogólny przegląd zawodników, szczególnie na poziomie regionalnym, stały na dość słabym poziomie. Dziś wygląda to zupełnie inaczej – łatwiej się pokazać, strzelić kilka bramek, pokazać wideo i zwrócić na siebie uwagę. Wtedy tak nie było.
M.L: Ten okres w Grecji był wartościowym okresem w Pana karierze? Jak wyglądał poziom piłkarski w tym kraju?
F.B: Uważam, że poziom był naprawdę wysoki. Porównując go do tego w Polsce – zarówno pod względem treningów, jak i podejścia – stał on na bardzo dobrym poziomie. Wracając z Grecji do Polski, czułem, że mam ze sobą ogromny bagaż doświadczeń — nie tylko życiowych, ale przede wszystkim piłkarskich. Miałem okazję trenować z bardzo dobrymi zawodnikami i funkcjonować w solidnych zespołach, dlatego już w wieku 24 lat czułem się gotowy, by rywalizować z najlepszymi. Dlaczego ta kariera potoczyła się tak, a nie inaczej? Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć. Być może wynikało to częściowo z mojego charakteru – nie potrafiłem zbyt długo pozostawać w jednym miejscu i stale szukałem nowych wyzwań. Kariery piłkarskie bywają różne – jedni zawodnicy spędzają wiele lat w jednym klubie, inni, tak jak ja, często zmieniają otoczenie. Jedno jest pewne – niczego nie żałuję. Zdobyłem ogromne doświadczenie i była to naprawdę ciekawa droga.
M.L: A z czego wynikał powrót do kraju?
F.B: To był już naprawdę bardzo długi okres czasu. Jeśli chodzi o powrót – w Grecja zaczął się ogólny kryzys, więc nie było tam większego sensu zostawać. Po Grecji pojawiła się Portugalia. Jeszcze pół roku przed wyjazdem z Grecji byłem tam na testach w Penafiel, w drugiej lidze. Później, latem, pojawiły się testy w portugalskiej ekstraklasie, w Paços de Ferreira, więc tutaj nie było się nad czym zastanawiać – od razu postawiłem wszystko na jedną kartę. Ostatecznie nie podpisałem jednak kontraktu w Portugalii. Ten wyjazd mocno mnie „przeorał”, bo po drodze było jeszcze Belenenses i pojawiły się różne problemy – ktoś coś obiecał i nie dotrzymał słowa. Nie chcę już teraz tego roztrząsać – kiedyś udzieliłem obszernego wywiadu dla Przeglądu Sportowego, gdzie wszystko jest dokładnie opisane. Była to jednak przygoda, która mocno mnie doświadczyła. Przez kolejne pół roku nie grałem i poważnie zastanawiałem się, czy w ogóle warto jeszcze kontynuować karierę po tym, co zobaczyłem w Portugalii – zwłaszcza jak widziałem, jak duże znaczenie mają różnego rodzaju układy. Nie byłem pewien, czy w takiej sytuacji uda mi się jeszcze wrócić na poziom, który będzie mnie satysfakcjonował. Ostatecznie jednak tęsknota za piłką była na tyle silna, że zdecydowałem się spróbować ponownie. Trafiłem do Czarni Żagań – pojechałem na sparing Czarnych z Górnikiem Polkowice, który grał wtedy w pierwszej lidze. Niby Polkowice miały mnie obserwować, ale ostatecznie zostałem w Żaganiu. Pojawiły się kolejne problemy — przez 10 kolejek nie przyszły moje dokumenty… Cała ta droga była dość zakręcona, ale ostatecznie występy w Czarnych wywindowały mnie do Ekstraklasy. Z tego mogę się cieszyć, choć sama Ekstraklasa nigdy nie była moim głównym celem — moje ambicje i wizja tej kariery sięgały znacznie dalej.

M.L: Patrząc przez pryzmat tych wcześniejszych lat, szybkiego wyjazdu za granicę i ogromnych ambicji, można chyba powiedzieć, że Podbeskidzie nie było szczytem Pana marzeń na tym etapie kariery?
F.P: Nie było, nie było… ale był to bardzo fajny epizod w mojej karierze. Wspominam go bardzo dobrze – to były naprawdę udane dwa lata, być może nawet najlepsze w całej mojej karierze. Cieszę się, że była to właśnie Ekstraklasa – mogłem poznać te boiska, zobaczyć od środka, jak to wszystko funkcjonuje. Jestem przekonany, że gdybym nie trafił do Ekstraklasy i nie miał okazji tam zagrać, bardzo bym tego żałował Z drugiej strony, tak jak już wspominałem, moje ambicje, wyobrażenia, a także – moim zdaniem – umiejętności pozwalały mi myśleć o czymś więcej.
M.L: A przed transferem do Bielska, były jakieś oferty z innych ekstraklasowych klubów?
F.P: Nie, przez Podbeskidzie Bielsko-Biała byłem już obserwowany wcześniej i miałem świadomość, że temat mojego transferu do tego klubu jest realny. Nie było też z mojej strony jakiejś dużej karty przetargowej, żeby prowadzić rozmowy z wieloma klubami, więc naturalnie mocno nastawiłem się właśnie na ten kierunek. W pewnym momencie wszystko było już w moich nogach – chodziło o to, czy wykręcę odpowiednie liczby i czy osoby, które mnie obserwowały, uznają, że zasługuję na szansę i ostatecznie zdecydują się ściągnąć mnie do Podbeskidzia.
M.L: Do Podbeskidzia trafił Pan chyba w najtrudniejszym możliwym momencie. Fatalna runda jesienna – wszyscy spisywali was już na straty. Nie pojawiła się wtedy w głowie taka myśl, że to może jednak nie był najlepszy pomysł?
F.P: Nie, nigdy nie uważałem, że przyjście do Podbeskidzie Bielsko-Biała było złym pomysłem. Wręcz przeciwnie – od początku byłem przekonany, że to bardzo dobry kierunek. Do samego końca wierzyłem, że jesteśmy w stanie się utrzymać. Moje pierwsze odczucia po wejściu do Ekstraklasy były jednak takie, że wygrywanie meczów na tym poziomie jest po prostu bardzo trudne. Szybko zrozumiałem, że trzeba włożyć w to znacznie więcej pracy, wysiłku i determinacji, niż wcześniej mi się wydawało. A jeśli chodzi o mnie indywidualnie – czy sprostałem zadaniu w tej pierwszej rundzie? Myślę, że tak. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonowanie całej drużyny, byłem trochę zawiedziony sposobem jej prowadzenia. Już od początku było widać, że pewne rzeczy się rozjeżdżają. Miałem wcześniej do czynienia z bardziej „profesjonalnym” środowiskiem, z lepiej poukładanym zapleczem i ogólnym podejściem zespołu.
M.L: Co dokładnie ma Pan na myśli?
F.P: To znaczy – wiadomo, szybka zmiana trenera zazwyczaj świadczy o tym, że na linii trener–zawodnicy nie wszystko funkcjonowało tak, jak powinno. Z tego, co pamiętam, był to drugi sezon Podbeskidzie Bielsko-Biała w Ekstraklasie. Pojawiało się wtedy takie podejście, że ten drugi sezon zawsze jest najtrudniejszy, co w pewnym sensie było traktowane jak wytłumaczenie różnych problemów. Dało się też odczuć pewien zbyt duży spokój – takie przekonanie, że niezależnie od okoliczności wszystko jakoś się ułoży. Tyle że w piłce tak to nie działa. Albo wykonuje się dobrą pracę i są wyniki, albo tej pracy brakuje i wtedy nie ma co liczyć na to, że „jakoś to będzie dobrze”.

M.L: Co sprawiło, że finalnie udało się utrzymać? Przyjście Czesława Michniewicza było tutaj kluczowe?
F.P: Zmiana trenera i przyjście Czesława Michniewicza – to było momentem kluczowym, choć nie chodzi tu o to, że jeden szkoleniowiec był lepszy, a drugi gorszy. Znaczenie miało przede wszystkim to, kiedy ta zmiana nastąpiła i jaki przyniosła efekt mentalny w drużynie. Trener Dariusz Kubicki dobrze przygotował nas do sezonu. Weszliśmy w rundę od zwycięstwa z Jagiellonią Białystok, potem były remisy z Wisłą Kraków i Śląskiem Wrocław, po drodze jeszcze porażka z Legią. Z jednej strony graliśmy z mocnymi zespołami, ale z drugiej patrzyłem na tabelę i miałem poczucie, że to wciąż za mało. Same remisy nie wystarczały – potrzebowaliśmy zwycięstw. Odejście trenera Kubickiego do Rosji i pojawienie się nowego szkoleniowca zadziałało jak impuls. To był trochę drugi „kop”, podobny do tego, który dostaliśmy na początku przygotowań do sezonu. W drużynie pojawiła się nowa energia. Każdy chciał się pokazać i udowodnić swoją wartość, co jest naturalne przy zmianie trenera. Uważam, że był to punkt zwrotny tej rundy. Nie chcę rozstrzygać, czy z trenerem Kubickim udałoby się osiągnąć ten sam efekt – trudno to ocenić. Natomiast patrząc na to, co działo się w drużynie, mam przekonanie, że sama zmiana miała kluczowe znaczenie.
M.L: A w drużynie – tak po ludzku – nie było żalu do trenera Kubickiego, że zostawia was w takim momencie, gdy w końcu zaczynało to wszystko funkcjonować?
F.P: Ja osobiście nie miałem żadnego żalu. Nie chodzi też o to, że cieszyłem się z odejścia trenera, absolutnie nie w tym rzecz. Po prostu już wtedy czułem, że zmiana trenera w tamtym momencie może przynieść coś pozytywnego, dać drużynie dodatkowy impuls. Byliśmy w takim punkcie, że mimo remisów z mocnymi zespołami zaczynało brakować punktów, a żeby zrobić kolejny krok, potrzebowaliśmy kolejnego nowego bodźca. Mieliśmy dojrzałą drużynę, pełną świadomych zawodników – wiedzieliśmy, czego chcemy, czego nam brakuje i w jakim miejscu się znajdujemy. Nie wiem, jak patrzyli na to inni, ale ja nie miałem żadnych pretensji ani rozczarowania. Trzeba też pamiętać, że wyjazd do Rosji wiązał się dla trenera z dużo większymi zarobkami i większym prestiżem. Dlatego z mojej strony nie było absolutnie żadnego żalu – to była po prostu jego decyzja.
M.L: Czesław Michniewicz finalnie poprowadził zespół do utrzymania. Ten ostatni, decydujący mecz na Widzewie to najpiękniejsza chwila w Pana karierze?
F.P: Na pewno to było wyjątkowe uczucie. Myślę, że niemal wszyscy zawodnicy, którzy wtedy byli w klubie, przeżyli tamten sezon i doświadczyli tego uczucia, to nie mają piękniejszej chwili w swojej karierze.
M.L: Zapytam też o szatnie. Ponieważ wiele osób wspominając tamte czasy mówi o tym, że była to bardzo zżyta grupa. Sporo zawoników pochodziło z regionu, co tylko budowało atmosferę wewnątrz zespołu… A jak to wyglądało z perspektywy kogoś, kto przyjechał z „zewnątrz”?
F.P: Z perspektywy osoby, która przyszła z zewnątrz, na pewno była to zgrana i świadoma grupa. To była ekipa, która wiedziała, czego chce – szczególnie w drugiej rundzie. Wtedy kadra została też trochę „przewietrzona”. Zostali zawodnicy, którzy naprawdę mieli jasno określony cel i wiedzieli, po co tam są. Część piłkarzy odeszła i te zmiany personalne sprawiły, że w szatni została bardzo skonsolidowana grupa, która potrafiła pociągnąć cały zespół. Moim zdaniem w drugiej części sezonu szatnia była naprawdę dobra. Czy w pierwszej rundzie była dobra? No nie do końca mogę tak powiedzieć… Natomiast w drugiej rundzie wyraźnie było czuć, że to jest zespół.
M.L: Z czego to wynikało? Przyczyną były słabe wyniki w rundzie jesiennej?
F.P: W pierwszej rundzie nie widziałem jeszcze takiej spójności ani monolitu w drużynie. Miałem wrażenie, że część zawodników nie skupia się wyłącznie na piłce, tylko zajmuje się też innymi sprawami, co w pewnym stopniu odbijało się negatywnie na reszcie zespołu. Natomiast w drugiej rundzie wyglądało to już zupełnie inaczej. Wszyscy mieliśmy jeden jasno określony cel – utrzymanie w Ekstraklasie – i było widać, że idziemy w to razem, „jak w ogień”. W pierwszej części sezonu tego nie odczuwałem.

M.L:A z czego właściwie wynikało to rozstanie z Podbeskidziem? To była Pana decyzja, czy bardziej klubu? Później był wyjazd do Niemiec…
F.P: Była to w pewnym trochę moja decyzja, było to spowodowane tym, jak to wyglądało w klubie. Non stop były roszady na pozycji napastnika — grałeś albo do 60. minuty, albo wchodziłeś w 60. minucie i kończyło się na 30 minutach gry. To był właściwie standard. I to miało wpływ na moją decyzję. Prezes do końca wierzył, że zostanę, prezes też był przekonany, że tak się stanie. Później dowiedziałem się jeszcze, że w tle było jeszcze kilka innych kwestii, ale nie chcę już po latach tego rozgrzebywać ani wchodzić w szczegóły. W tamtym momencie przede wszystkim byłem ciekawy projektu w Niemczech – Energie Cottbus to był bardzo dobry klub, pod względem zaplecza, funkcjonowania klubu i tak dalej…. Z perspektywy czasu bardzo dobrze to wspominam. To była duża przygoda i ważny etap w mojej karierze. Czy żałuję odejścia z Podbeskidzia? Teraz po latach trochę żałuje, bo to była jednak Ekstraklasa. Ale wtedy chciano ściągnąć Macieja Korzyma, do klubu wracał Robert Demjan. A takie granie po 30, czy 60 minut, bo inni napastnicy też muszą grać, mnie nie interesowało. Zresztą później napastnicy strzelali po 4-5 bramek w sezonie, więc moje przypuszczenia się potwierdziły.
M.L: Powodem braku skuteczności były te rotacje w składzie?
F.P: Dziennikarze pisali, że w Podbeskidziu nie ma bramkostrzelnych napastników – bo ja to później śledziłem. Natomiast ja to widziałem zupełnie inaczej. To, że Demjan z Korzymem zdobyli jedynie po kilka bramek, nie wynikało z tego, że oni nie potrafili strzelać, tylko z tego, co siedziało w ich głowach. Napastnik, który wychodził w pierwszym składzie, miał świadomość, że i tak będzie zmieniony, więc brakowało im stabilizacji i pewności siebie. A napastnik nie może funkcjonować w takich warunkach. Ja przewidywałem, że tak będzie, bo sam tego doświadczyłem sezon wcześniej. To był też jeden z powodów, dla których zacząłem się zastanawiać, czy dalsza gra w Podbeskidziu ma sens.
F.P: Nie, takiego kontaktu na co dzień raczej nie mam. Od czasu do czasu porozmawiałem z Dariuszem Pietrasiakiem czy z Błażejem Telichowskim, ale nie jest to regularny kontakt. Teraz jestem w Warszawie, mam dwójkę małych dzieci, więc mam taki „sajgon”, że na co dzień trudno znaleźć czas na cokolwiek.
M.L: A od czasu pożegnania z Podbeskidziem był Pan w Bielsku?
F.P: Nie, nie byłem jeszcze. Miałem zamiar się kiedyś wybrać, ale jakoś się nie udało. Jak będzie ten awans do pierwszej ligi, to może w przyszłym sezonie, przy okazji inauguracji albo jakiegoś meczu, uda mi się przjechać. Na pewno kiedyś się wybiorę – myślałem o tym już nieraz. Tyle że teraz mam sporo obowiązków. Trenuję dzieciaki w szkółce, do tego zacząłem też granie w czwartej lidze…
M.L: To tak na koniec, gdyby miał Pan po krótce podsumować swoją karierę, to co można o niej powiedzieć?
F.P: Jedna wielka przygoda – trochę pokręcona. Może trochę więcej stabilizacji by się w niej przydało, ale czasu już nie cofniemy. To, co Przeżyłem, co zobaczyłem, z kim miałem okazję grać, w jakich miejscach bywać, a także możliwość nauki języka i poznania naprawdę świetnych ludzi – tego nikt mi już nie zabierze. Myślę, że to była ogromna przygoda. I gdybym miał czegoś życzyć każdemu młodemu, początkującemu zawodnikowi, to właśnie tego – żeby chociaż w jakimś stopniu mógł przeżyć coś podobnego.
…
Jeśli jeszcze nie czytaliście pozostałych wywiadów z cyklu „Góralu, czy ci nie żal…?”, to musicie szybko nadrobić zaległości! Porozmawialiśmy już z:
Autor:
Mikołaj Lorenz
[email protected]
today07.05.2026, 10:14 152
Najlepsze pasmo towarzyszące na Podbeskidziu! Konkursy, akcje radiowe, rozmowy i oczywiście - starannie wyselekcjonowane przeboje non-stop!
close
Copyright Radio BIELSKO