Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Prezentujemy wam drugą część rozmowy ze Sławomirem Cienciałą. Tym razem cofniemy się do przeszłości i powspominamy czasy jego gry pod Klimczokiem… ale nie tylko. W jego karierze nie brakowało pięknych momentów, takich jak, chociażby upragniony, historyczny awans do Ekstraklasy. Są jednak i te mniej przyjemne: porażka w ostatnich minutach półfinału Pucharu Polski pozostawiła żal i spory niedosyt, natomiast pobyt w Bułgarii pokazał mu, że nie zawsze jest kolorowo. To rozmowa pełna anegdot, przemyśleń i wspomnień…
Pierwsza część naszej rozmowy:
Mikołaj Lorenz (Radio BIELSKO): Wraca Pan czasami wspomnieniami do tego pamiętnego awansu w sezonie 2010/11?
Sławomir Cienciała: To były piękne chwile i oczywiście człowiek do nich czasami wraca. Nie wracać się do czegoś, co było tak wielkim sukcesem — zarówno dla nas samych, jak i dla ludzi związanych z miastem, byłoby dziwne. To coś wyjątkowego, kiedy można być częścią tak wspaniałego wydarzenia i częścią historii klubu. Udało nam się bowiem, pierwszy raz w całej historii klubu, dotrzeć na najwyższy poziom rozrywkowy… Pamiętam, jak po ostatnim zwycięskim meczu jechaliśmy przez miasto otwartym autobusem. Jeden z kibiców zerwał mi nawet krawat — to była jedna wielka euforia. Podjazd pod ratusz, te wszystkie emocje… do dziś kręci się łezka w oku. Mam nadzieję, że ci chłopcy, którzy dziś tam grają, również będą mieli okazję tego doświadczyć i przez lata będą mogli czuć się ważną częścią klubu. Ten awans… to było coś szczególnego.
M.L: Ale Pan tego awansu nie świętował na boisku, prawda?
S.C: W tym ostatnim meczu miałem akurat kontuzję, więc stałem z boku z redaktorem Rafałem Patyrą z telewizji i komentowałem to, co się działo na boisku. Mimo wszystko było to ogromne wydarzenie — graliśmy wtedy z Sandecją Nowy Sącz. Pamiętam, że chyba Rysiu Zajac obronił tam rzut karny. To był jednak taki mecz na ogromnym ciśnieniu i emocjach. A potem, kiedy wszystko już „puściło”, zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Pamiętam to doskonale. Stałem wtedy z panem redaktorem Patyrą. W pewnym momencie powiedział do mnie: „Ty wierzysz, że to się stało?”. Do dziś mam ciarki na plecach, jak przypominam sobie te słowa. Ja sam też nie wierzyłem, że to się naprawdę udało. Po tylu latach… my przecież z trenerem Marcinem Broszem też otarliśmy się o to wszystko. My tak naprawdę już wtedy byliśmy w Ekstraklasie, ale przez karę punktową wszystko się posypało. Już nawet nie pamiętam dokładnie za co te punkty zostały odjęte. Szliśmy wtedy jak burza — była ta wieczna rywalizacja ze Zniczem Pruszków, a nagle przyszło załamanie. Potem wrócił trener Robert Kasperczyk i zespół zastał w dramatycznej sytuacji, utrzymaliśmy się dosłownie w ostatnim meczu na Flocie Świnoujście. Ale później nastąpiła całkowita przebudowa i był taki atak na ligę, że szok — te mecze pucharowe, cała ta droga…
M.L: No właśnie mecze pucharowe… To od razu o to zapytam: Gdy po latach wspomina Pan ten pamiętny Puchar Polski, to dominuje żal, że nie udało się dowieźć tego zwycięstwa z Lechem, czy duma, że zaszliście tak daleko?
S.C: W finale trafilibyście na Legię. My byliśmy wtedy tak napędzeni… a Legia wcale nie była w jakiejś wybitnej dyspozycji. Do dziś jest w tym pewien wewnętrzny żal, bo byliśmy tak blisko — prowadziliśmy 2:0 i pozwoliliśmy sobie to wypuścić z rąk. Ale to też wynikało z naszej takiej, nazwijmy to, fantazji i młodzieńczej pewności siebie. Ten zespół był tak rozpędzony, z takim przekonaniem, że jesteśmy bardzo mocni, że trochę nas to później „ukarało”. Co dominuje po latach? jest duma i żal… Duma, bo byłem częścią tego zespołu i tej drogi, ale mam też poczucie, że mogliśmy osiągnąć jeszcze więcej.
M.L: Legia w tamtym sezonie sięgnęła po mistrzostwo Polski, więc niezależnie od wyniku finałowego starcia zagralibyście w europejskich pucharach…
S.C: Tak, tylko trzeba zaznaczyć, że Legia nie była wtedy aż tak mocna… Miałem poczucie, że jeśli awansujemy do finału, to Legia na pewno by nas trochę zlekceważyła. I jestem o tym przekonany w stu procentach. A jak ktoś nas lekceważył — tak jak choćby Lech… Dopiero w momencie, gdy zrozumieli, że jest 2:0 dla nas i trzeba podkręcić tempo, to wtedy faktycznie nas przycisnęli i wyszli z tego obronną ręką. My byliśmy w euforii — pełny stadion, wrzawa, przewaga 2:0 i przekonanie, że trzeba jeszcze dobić, że idziemy po 3:0. Mówiliśmy sobie, że „rozjeżdżamy Lecha”. A potem jedna sytuacja… chyba Semir Štilić się wtedy odwrócił, Piotrek Komana próbował interweniować — do dziś trochę się mu żartobliwie wypominamy, czemu go nie złapał, czemu nie sfaulował, nie zatrzymał tej akcji. On był przekonany, że odbierze piłkę, ale niestety Štilić świetnie to rozegrał, poszło podanie do Artjomsa Rudņevsa i zrobiło się 2:1. I potem już nas złapali, weszli w swój rytm. Szkoda, bo to był moment, w którym mogliśmy ten mecz domknąć…
M.L: Kolejnym sporym wydarzeniem zapewne był debiut w Ekstraklasie. To było spotkanie z Jagiellonią Białystok – nie zaczęło się ono dla was najlepiej, pamiętam, że taki dośc pechowy błąd popełnił Richard Zajac i bardzo szybko przegrywaliście dwoma bramkami. Jakie emocje Panu wtedy towarzyszyły?
S.C: Pamiętam, że było wtedy bardzo mokro — piłka przeszła mu po rękach… Każdy był wtedy bardzo zestresowany, to był dla nas bardzo ważny moment. Każdemu mógł przytrafić się błąd – Richard to był naprawdę znakomity bramkarz, bardzo dobry i pewny w wielu sytuacjach. Super chłopak, naprawdę bronił rewelacyjnie. To była po prostu sytuacja meczowa — każdy z nas popełnia błędy, to normalne w futbolu. Gdyby tych błędów nie było, nie padałyby bramki. Ostatecznie skończyło się 2:2 i patrzyliśmy na ten wynik dość pozytywnie. Z perspektywy czasu wydaje mi się jednak, że nie wszystko zagrało tak, jak powinno. Być może zbyt euforycznie podeszliśmy do całej rundy. To nie było zbyt przekonujące wejście do Ekstraklasy, nie ma co tego ukrywać. Do tego u mnie pojawiły się kontuzje, które mocno skomplikowały sytuację. Miałem też trudności z powrotem do pełnej dyspozycji. W efekcie było mi dane w pełni poczuć tej wymarzonej Ekstraklasy.
M.L: Trochę musieliście poczekać na pierwsze zwycięstwo w Ekstraklasie, ono przyszło dopiero w meczu z Legią…
S.C: Ja już w tyme meczu niestety nie zagrałem, wcześniej zerwałem więzadła krzyżowe… Pamiętam, że Tomek Górkiewicz strzelił tam bramkę z główki i Sylwek Patejuk… To już była taka abstrakcja, że akurat tam przyszło to pierwsze zwycięstwo…
M.L: Niestety te kwestie zdrowotne sprawiły, że ta przygoda na najwyższym poziomie rozgrywkowym nie potrwała zbyt długo. Z klubem pożegnał się Pan zimą w sezonie 2012/13. To był czas, gdy pożegnano sporo zawodników…
S.C: Nastała wtedy rewolucja — prezes Wojciech Borecki miał bardzo konkretną wizję futbolu i chciał przebudować cały skład. W jakimś stopniu mu się to udało, nie ma co tego negować — wyszedł z tej trundej sytuacji obronną ręką. Ja też nie mogę mieć indywidualnie pretensji do nikogo, bo nie dawałem klubowi tego, czego oczekiwano. Nie byłem też dostępny na wszystkie spotkania ze względu na zdrowie. Tak to już jest w piłce — to kwestia wyborów i konsekwencji. Trzeba się z tym liczyć, że nikt tutaj nikogo nie będzie głaskał. Swoje zrobiłem, ale niestety musiałem pożegnać się z Bielskiem i klubem. Prezes Borecki wykonał też wtedy, moim zdaniem, sporą pracę — trzeba mu to oddać. Trafił z kilkoma ruchami i ostatecznie udało się utrzymać zespół w lidze, co było naprawdę dużym sukcesem, takim „cudownym utrzymaniem” po ostatnim meczu. Tak to już jest w sporcie. Dziś widzimy wiele zmian w różnych klubach — nie da się cały czas być na topie. Tak wygląda piłka nożna: kluby falują — raz są w strefie spadkowej, raz na górze tabeli. Podobnie zawodnicy — jedni są na topie, potem przychodzi spadek formy. Tak to po prostu działa, to bardzo złożony proces.
M.L: Finalnie Pana licznik w Ekstraklasie zatrzymał się na 15-stu występach. To jest aż 15, czy tylko 15?
S.C: Tylko 15… Moje ambicje oczywiście sięgały wyżej. Niestety te kontuzje bardzo mi to wszystko pokrzyżowały. Ciężko było wrócić do pełnej dyspozycji. Uważam też, że być może trafiłem do Ekstraklasy trochę za późno. Z czasem człowiek był już trochę zaszufladkowany jako zawodnik pierwszej ligi. Niestety, tak się ułożyła ta piłkarska przygoda. W pewnym sensie poświęciłem ją w całości dla Podbeskidzia. Mogłem podejmować inne decyzje transferowe, bo miałej oferty, ale ich nie przyjmowałem. Byłem przywiązany do klubu, a klub potrzebował mnie — zrobiliśmy dla siebie wszystko, co mogliśmy najlepiej. Nie uważam, żeby tę karierę, a właściwie tę przygodę, trzeba było oceniać w kategoriach „taka czy inna”. Jestem jej po prostu wdzięczny — tak samo za to, że miałem okazję grać w tym klubie i go reprezentować. I tutaj nie ma już nad czym dyskutować.
M.L: To dopytam: Skąd były te oferty?
S.C: Często pojawiały się różne tematy, czy to z Bełchatowa czy z Wisły Płock. Była też możliwość podpisania kontraktu w GKS-ie Katowice, jeszcze zanim trafiłem do Bielska — to były już kwestie czysto formalne, które ostatecznie się nie dopięły. Kluby były mną zainteresowane, Wisła Płock też trochę namieszała w całej sytuacji. Człowiek się w tym wszystkim wtedy trochę pogubił, bo nie było jeszcze menedżerów. Wszystko trzeba było ogarniać samemu. I finalnie wyszło tak, że zamiast grać wyżej, zostałem w Beskidzie Skoczów, mimo że wcześniej miałem już konkretny kontrakt na stole. Wisła Płock się w międzyczasie włączyła, trochę zmieniła plany, potem się wycofała. GKS też ostatecznie zrezygnował. I w efekcie zostałem tam, gdzie byłem. Dopiero po roku zgłosiło się Podbeskidzie. Więc w teorii wcześniej miałem już szansę na Ekstraklasę, ale wtedy to były takie decyzje podejmowane w pojedynkę — młody wiek, brak agenta, brak kogoś, kto mógłby realnie doradzić. Tak to się wtedy potoczyło.
M.L: Odnośnie decyzji transferowych, rozmawiałem ostatnio z Mariuszem Sachą na temat waszej przygody w lidze bułgarskiej. U niego zakończyło się jedynie na tesatch, Pan podpisał tam kontrakt, ale to nie była chyba najlepsza decyzja…
S.C: Oj dramat, dramat… Powiem szczerze, że mimo wszystko Bułgaria sama w sobie — szczególnie regiony wypoczynkowe — jest naprawdę ładna. To też trochę mogło zaciemnić obraz sytuacji, bo rok wcześniej byliśmy tam na wakacjach, więc człowiek miał pozytywne skojarzenia. Tym bardziej, że miasto, w którym mieliśmy grać — Wielkie Tyrnowo, dawna stolica — jest przepiękne. Położone w górach, nad dużą rzeką, naprawdę robi wrażenie. Podchodziłem do tego też trochę jak do przygody. To była już końcówka mojej gry, więc myślałem: „może jeszcze trochę pogram, coś zobaczę”. Nie traktowałem tego jako wyjazdu z myślą o wielkiej karierze. Wiedziałem, że mam już pewne ograniczenia, a klub też nie stawiał na walkę o najwyższe cele — raczej o utrzymanie. Na początku wszystko wyglądało nawet obiecująco. Był obóz w Turcji, właściciel z Holandii opowiadał, jak wszystko będzie dobrze zorganizowane i profesjonalne. Ale rzeczywistość bardzo szybko się rozjechała. Po trzech zwycięstwach z rzędu — co dla zespołu skazywanego na pożarcie było dużym sukcesem — przyszła porażka i nagle wybuchła afera w klubie. Atmosfera się zmieniła, pojawiły się krzyki, groźby, chaos.
M.L: Wtedy zaczęły się problemy z wypłacalnością klubu?
S.C: Tak, zaczęły się problemy i pytania o wypłaty. Pojawiały się zapewnienia, że „już jadą pieniądze”. Z tygodnia na tydzień robiło się coraz bardziej nerwowo. W końcu zostaliśmy przeniesieni z Wielkiego Tyrnowa do Sliwen — miasta w dużo gorszym stanie, które trudno porównać do wcześniejszych warunków. Mieszkaliśmy w hotelu z boiskami i zapleczem treningowym, i tam zostaliśmy „zamknięci” — trenowanie, hotel, mecze, bez normalnego funkcjonowania. To już nie było to, co sobie wyobrażałem. Zamiast spokojnego grania i życia w mieście, była izolacja i coraz większy chaos organizacyjny. Po trzech miesiącach bez wypłat trener zniknął, piłkarze zaczęli odchodzić, a my patrzyliśmy na siebie i nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W pewnym momencie pojechaliśmy do Sofii — ja, Nenad Filipović, Mateusz Bąk, Krzysztof Hrymowicz i jeszcze kilku chłopaków — na spotkanie z prezydentem Bułgarskiej Federacji Piłkarskiej, żeby wyjaśnić sytuację. Nie mogliśmy opuścić klubu bez dokumentów, bo groziło nam zawieszenie i brak możliwości gry w innych zespołach. Przy okazji okazało się też, że w kontraktach zmieniono warunki finansowe na naszą niekorzyść zawodników. To był totalny chaos. Ja w pewnym momencie już tylko chciałem się stamtąd wydostać — nie zależało mi na niczym innym. Ostatecznie dostaliśmy potrzebne dokumenty i udało się opuścić klub. I po tym doświadczeniu nie mam już takiego romantycznego spojrzenia na Bułgarię, jak kiedyś.
M.L: Czyli Mariusz Sacha nie kłamał, mówiąc, że tej przygody z pewnością nie będzie Pan miło wspominał…
S.C: Zdecydowanie… My w pewnym momencie po prostu zaczęliśmy się bać. Mieliśmy wrażenie, że to są jacyś ludzie powiązani z dziwnym środowiskiem i nie chcieliśmy mieć z tym już nic wspólnego. Powiedziałem wtedy jasno: „uciekajmy stąd”. Nie chciałem się o nic prosić ani wdawać w konflikty z kimkolwiek, kto mógłby nam zaszkodzić. Uznałem, że nie ma sensu się nad tym zastanawiać — trzeba patrzeć do przodu. Lepiej było po prostu spakować się i wyjechać. I tak zrobiliśmy. Na szczęście udało się z tego wszystkiego wyjść. Później trafiłem do Odry Opole, a potem byłem w Arce Gdynia. Co ciekawe, Arka chciała mnie jeszcze przed wyjazdem do Bułgarii, ale wtedy zdecydowałem inaczej. Pomyślałem: „pojadę do Bułgarii, spróbuję czegoś innego…”. No i tak to czasem w życiu bywa…
M.L: A nie było w międzyczasie opcji powrotu do Podbeskidzia?
S.C: Nie, klub nie był już zainteresowany mną jako zawodnikiem, więc ten temat był zamknięty.
M.L: Powrót nastąpił dopiero później – w nieco innej roli…
S.C: Po całej tej przygodzie piłkarskiej, między innymi dzięki wsparciu Mariusza Sachy, wyjechałem do Holandii. Tam zaczęliśmy układać sobie życie na nowo i wszystko szło w dobrym kierunku. Wtedy odezwał się do mnie prezes Tomasz Mikołajko z pytaniem, czy byłbym zainteresowany powrotem do klubu — do pracy w pionie sportowym. Pamiętam, że powiedziałem żonie, a na stwierdziła że nawet nie wie, co odpowiedzieć, bo wie, jaką podejmę decyzję. W Holandii mieliśmy stabilizację i spokojne życie. Pod względem finansowym powrót do klubu oznaczał zdecydowanie gorsze warunki, ale zadziałał sentyment i poczucie, że ten klub jest dla mnie ważny. Ostatecznie wróciłem, razem z rodziną. Zacząłem od pracy w pionie sportowym — najpierw jako skaut, następnie byłem trenerem drugiej drużyny, aż w końcu objąłem funkcję dyrektora sportowego. Uważam jednak, że ten ostatni etap był zdecydowanie za krótki i przypadł na trudny moment dla klubu. Trafiłem na niespokojny okres i, mówiąc wprost, oberwało mi się rykoszetem za różne sytuacje. Trudno — takie są realia, bardziej jest mi żal klubu, niż siebie.
M.L: Finalnie jednak ta przygoda w roli dyrektora sportowego zakończyła się dość szybko…
S.C: To nie był łatwy czas, finanse klubu były bardzo słabe… Trudno było się w tym wszystkim odnaleźć i sprawnie funkcjonować. Z lojalności wobec prezesa podjęliśmy to wyzwanie i próbowaliśmy działać najlepiej, jak się dało. Dziś nie ma sensu tego żałować. Trzeba cieszyć się tym, co było, i patrzeć do przodu. Gdybym wtedy nie spróbował, to do dziś bym się zastanawiał „co by było, gdyby”. Mam jednak poczucie, że gdybyśmy zostali razem, wyciągnęlibyśmy z tej sytuacji więcej niż to, co ostatecznie się wydarzyło. Z całym szacunkiem dla pana Kamila Kosowskiego i pana Marka Kuźby — weszli w środowisko, którego do końca nie czuli. A pierwsza liga rządzi się swoimi prawami — trzeba ją dobrze znać, rozumieć jej specyfikę. My mieliśmy to wyczucie i uważam, że moglibyśmy zrobić więcej. Było kilka spraw i decyzji, o których nie chcę szerzej mówić, ale które miały znaczenie. Mam też pewien żal, że nie pozwolono nam do końca zrealizować planów, które mieliśmy. Świadkiem wielu tych sytuacji był też Marek Sokołowski — on doskonale wie, że pewne rzeczy można było zrobić lepiej. Niestety, pojawiły się inne problemy, które uniemożliwiły realizację tych założeń.
M.L: No to tak na koniec zapytam, co dalej? Jakie ma Pan teraz plany?
S.C: Na ten moement moim planem jest przede wszystkim dokończyć budowę domu i przenieść rodzinę w miejsce, które sobie wymarzyliśmy, niedaleko Skoczowa. To jest mój główny cel na najbliższe lata…
…
Jeśli jeszcze nie czytaliście pozostałych wywiadów z cyklu „Góralu, czy ci nie żal…?”, to musicie szybko nadrobić zaległości! Porozmawialiśmy już z:
———–
Płatna współpraca
Fani sportu mają możliwość skorzystania ze specjalnej promocyjnej oferty przygotowanej przez zakłady bukmacherskie Betters. Promocja „Zawsze +10% do depozytu” gwarantuje każdemu zarejestrowanemu użytkownikowi dodatkowe 10% wartości wpłaconych środków po dokonaniu depozytu zgodnie z regulaminem. Bonus zostanie przyznany automatycznie, a szczegółowe wszystkie zasady promocji, w tym minimalna kwota wpłaty oraz warunki obrotu, dostępne są na oficjalnej stronie Betters w zakładce promocje. Więcej szczegółów pod linkiem: betterspartner.pl/bielsko/
Autor:
Mikołaj Lorenz
[email protected]
„Góralu czy ci nie żal...?” Podbeskidzie Bielsko-Biała Sławomir Cienciała Top-Sport
today16.04.2026, 11:36 9
Kilka minut gry wstępnej z książkami, które warto przeczytać. Lokalni autorzy, cenione gwiazdy literatury, wciągające historie i tytuły, które na długo zostają w pamięci.
close
Copyright Radio BIELSKO