Siatkówka

„Liga dwóch prędkości” i weekend prawdy. Aleksandra Jagieło szczerze o sezonie BKS Bostik ZGO

today06.02.2026 06:48

Tło
share close

Przed BKS BOSTIK ZGO Bielsko-Biała najbardziej intensywny weekend sezonu: Final Four Pucharu Polski w Elblągu. Z prezes Aleksandrą Jagieło rozmawiamy o tym, czy puchar może zdefiniować cały rok, o europejskiej lekcji po dwumeczu z Chieri ’76 Volleyball i o realiach TAURON Ligi, która coraz częściej wygląda jak „liga dwóch prędkości”. Jest też o rynku transferowym, o talentach takich jak Wiktoria Szewczyk i o tym, dlaczego w sporcie najbardziej boli czasem jedno zdanie dorosłego, wypowiedziane przy dziecku.

 

Pani Prezes, rozmawiamy praktycznie w przededniu turnieju Final Four Pucharu Polski, podczas którego ewentualny sukces na pewno zdefiniuje nam ten sezon jako udany. A na dziś? Przed turniejem finałowym? Jak oceniasz sezon 2025/26?

Na dziś? Pozytywnie, bo już mamy „odhaczone” coś bardzo konkretnego: awans do Final Four Pucharu Polski. To był cel, który od początku traktowaliśmy poważnie, a nie jako dodatek do ligi. I fakt, że jesteśmy w tym gronie, to sygnał, że zespół potrafi dowieźć wynik w ważnym meczu. Ale oczywiście, prawdziwa ocena sezonu zależeć będzie od tego, co wydarzy się w weekend i w kolejnych tygodniach. 

No właśnie – najbliższy weekend to Elbląg i wspomniany turniej Final Four… Wrócicie do Bielska z pucharem?

Myślę, że każdy w klubie marzy o tym samym Puchar rządzi się swoimi prawami — to są dwa mecze, wydarzyć może się naprawdę wszystko. My jedziemy do Elbląga z ambicją i z wiarą, że możemy sprawić coś fajnego. Nie po to awansowaliśmy do Final Four, żeby „tylko być”. Chcemy zagrać swoje, być odważni, konsekwentni i w każdym meczu dać z siebie sto procent. A czy wrócimy z pucharem? Zrobimy wszystko, żeby tak było — ale najpierw musimy wygrać półfinał z MKS Kalisz. I to jest nasz pierwszy, najważniejszy krok.

Niektórzy sądzą, że Wasz półfinałowy rywal – drużyna z niższej klasy rozgrywkowej – to tylko przystawka przed ewentualnym finałem… że prawdziwa gra czeka Was dopiero dzień później.

To jest myślenie bardzo ryzykowne. W Pucharze Polski nie ma „przystawek” – jest jeden mecz i jedna szansa. Rywal z niższej ligi często ma w takim spotkaniu same korzyści: może zagrać bez presji, z ogromną energią, a my jesteśmy w roli faworyta, który „musi”. I to bywa trudniejsze. My podchodzimy do tego na chłodno: pełna koncentracja na półfinale, respekt do przeciwnika i zero kalkulacji. 

 

Europa i liga. „Delikatny krok do przodu”, ale bez pompowania balonu

Puchar to jedno, ale za Wami też kolejna europejska przygoda, która w środowy wieczór dobiegła końca. Jesteś zadowolona z tego, co drużyna pokazała na arenie europejskiej?

Tak, jestem zadowolona. Zrobiliśmy progres względem poprzedniego sezonu – awansowaliśmy w końcu o rundę dalej. Za nami sporo grania na dobrym poziomie i kolejny krok w budowaniu naszej europejskiej tożsamości. Z perspektywy rozwoju drużyny i klubu to był wartościowy etap. 

Po dwumeczu z Włoszkami z Chieri ’76 Volleyball jest pewien niedosyt, bo sportowo każdy chce więcej, ale ja wolę patrzeć na to jako na fundament: takie dwumecze procentują później w lidze, czy też w kolejnym sezonie w Europie. 

A Tauron Liga? W tej plasujecie się aktualnie na 4. miejscu…

Tak, choć z zastrzeżeniem, że ŁKS Łódź rozegrał o jeden mecz mniej. Natomiast dla mnie kluczowe jest to, że jesteśmy w tej górnej części tabeli i trzymamy się celu, który od początku sobie zakładaliśmy.

Mieliśmy momenty bardziej „falujące”, zwłaszcza na początku sezonu, ale w ostatnich tygodniach widać większą stabilność i to, że zespół lepiej „łapie” rytm — zarówno jeśli chodzi o jakość gry, jak i dowożenie wyników w ważnych momentach. I to jest dla mnie dobry sygnał przed najważniejszą częścią sezonu, bo liga się nie kończy „ładnym miejscem w tabeli w lutym”, tylko tym, co zrobisz w decydujących meczach. Dzisiaj jesteśmy w miejscu, które daje nam realną szansę na dobrą pozycję wyjściową przed fazą play-off — i chcemy to utrzymać.

Patrząc na tabelę i na to, co pokazujecie w Europie, widać pewną stabilizację, choć lato było burzliwe, sporo transferów wychodzących. Da się w ogóle porównywać tę drużynę do zespołu z poprzedniego sezonu? Jesteście mocniejsi, słabsi… czy po prostu inni?

Ja nigdy nie lubię porównywać sezonów jeden do jednego, bo to są zawsze inne drużyny i inne historie. Zmieniają się zawodniczki, jedne odchodzą, przychodzą kolejne – i to jest naturalne. Natomiast mogę powiedzieć jedno: cieszę się z tego zespołu. Dziewczyny prezentują się dobrze. Jasne, ta gra nie zawsze jest stabilna, ale koniec końców efekty są, póki co, zadowalające.

Mam nadzieję, że jeśli faktycznie zakończymy sezon w tej czwórce i uda się zdobyć medal, to będziemy mogli powiedzieć, że to był naprawdę bardzo fajny sezon. A te zmiany kadrowe? One będą co roku – bo to szerszy trend. Coraz więcej zawodniczek wyjeżdża z polskiej ligi za granicę – i my musimy umieć w tych realiach budować drużynę na nowo.

Liga rośnie… czy po prostu się rozjeżdża?

Skoro mówimy o trendach i o tym, że coraz więcej dziewczyn wyjeżdża z polskiej ligi – to zapytam Cię o szersze spostrzeżenie: jaki to jest dziś poziom TAURON Ligi? Ona rośnie, stoi w miejscu, czy zaczyna się robić „liga dwóch prędkości”?

Myślę, że to trochę jedno i drugie. Z jednej strony widać, że poziom w czołówce jest bardzo wysoki, bo dwa–trzy zespoły potrafią zbudować składy naprawdę mocne, porównywalne z europejskim topem. Z drugiej strony, w perspektywie całej ligi, uważam, że ten poziom niestety spada. Ta różnica między najbogatszymi a resztą bywa coraz bardziej widoczna. Więc, chyba tak jak wyraziłeś to w pytaniu – robi nam się trochę „liga dwóch prędkości”.

Jeśli dwa kluby mają większe środki, to naturalnie mogą ściągnąć zawodniczki z wyższej półki, zbudować szerszą kadrę, lepiej reagować na kontuzje czy spadek formy. A reszta musi polegać na sprycie i cierpliwości. Często budować „projektami”, a nie gotowymi nazwiskami.

Dyskutujecie na ten temat w kręgach ligowych? Jeśli środowisko dostrzega problem, to może i ma przygotowane jakieś rozwiązania?

Te dyskusje są, bo każdy szuka rozwiązań. Tylko to nie są proste decyzje, bo każda zmiana ma konsekwencje. Zwiększysz limit zagranicznych – podnosisz poziom tu i teraz, ale musisz uważać, żeby nie zablokować Polek. Zmniejszysz ligę – teoretycznie zwiększasz „jakość średnią”, ale jednocześnie odbierasz miejsca do grania i rozwoju. Więc to nie jest tak, że jest jedno cudowne lekarstwo.

A gdzie w tej układance jest BKS? Bo nie jesteście klubem, który będzie licytował się z absolutną czołówką na budżety.

Dokładnie. My musimy robić swoje: mieć plan, stabilność, mądre decyzje i cierpliwość. To nie zawsze jest spektakularne, ale jest skuteczne, jeśli wiesz, czego szukasz i jak chcesz grać. I dlatego dla nas tak ważne jest, żeby budować drużynę, która potrafi dowozić wynik, nawet jeśli nie ma „najdroższych nazwisk” w lidze.

Kadrowa układanka i „nazwiska, które rozpalają rynek”

Skoro jesteśmy przy wątku nazwisk. W świecie gabinetów siatkarskich zaczyna się gorący okres domykania kadr na nowy sezon — sporo telefonów, pytań, plotek. Na ile dziś możesz powiedzieć coś o kształcie kadry w przyszłym sezonie?

To jest moment, w którym dzieje się bardzo dużo, ale na zewnątrz widać z tego niewiele. Telefony oczywiście są, rozmowy trwają, natomiast ja zawsze podkreślam jedno: dopóki nie ma podpisów, dopóty nie ma konkretów. Mogę powiedzieć tyle: zależy nam na tym, żeby utrzymać możliwie dużo z tego, co dziś działa — bo ciągłość w sporcie ma znaczenie. Ale trzeba też pamiętać, że rynek jest dynamiczny. 

To przejdźmy do konkretu. Martyna Borowczak — przy takim sezonie i takiej roli w zespole to chyba jest „łakomy kąsek” na rynku. Trudno będzie ją utrzymać?

Martyna jest bardzo ważnym ogniwem tego zespołu i nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast ja nie chcę wchodzić w personalia i rozstrzygać publicznie, kto gdzie będzie grał, bo to są rozmowy, które wymagają spokoju, a nie medialnej presji.
Jeżeli zawodniczka ma dobry sezon, to zainteresowanie rośnie — i to jest naturalne. A naszym zadaniem jest robić wszystko, żeby utrzymać trzon drużyny i budować stabilność.

A Wiktoria Szewczyk? Zanim wypadła przez kontuzję, była jedną z postaci, o której talencie z podziwem mówiła cała liga. Jak patrzysz na jej sportowy rozwój? Spodziewałaś się, że tak dobrze poradzi sobie z rolą podstawowej rozgrywającej?

Tak, od początku wierzyliśmy w to, że Wiktoria ma bardzo duży potencjał. To jest dziewczyna, u której talent po prostu rzuca się w oczy, tylko ona musiała dostać szansę i regularne granie, żeby to pokazać na tym poziomie.

Czy spodziewałam się, że aż tak dobrze wejdzie w rolę podstawowej rozgrywającej? Powiem tak: wierzyłam, że sobie poradzi, bo widać było jej możliwości i podejście do pracy, ale w sporcie zawsze jest pewien znak zapytania — szczególnie, kiedy stawiasz na młodą zawodniczkę w tak odpowiedzialnej roli. Tym bardziej cieszyło mnie to, jak ona z tygodnia na tydzień rosła i jak szybko brała na siebie odpowiedzialność za grę zespołu. Tym bardziej szkoda tej kontuzji…

I to jest właśnie niesamowite, bo mówimy o 18-latce, która takim przebojem wdarła się na ligowe parkiety. Ona w tym sezonie prowadziła grę zespołu w TAURON Lidze, grała w Europie, mierzyła się z rywalkami z najwyższej półki. Ty w karierze grałaś z najlepszymi siatkarkami świata. Twoim wytrawnym okiem – gdzie widzisz „sufit” Wiktorii Szewczyk?

Myślę, że sufit to ona może tylko sama sobie stworzyć. Dawno nie mieliśmy takiej rozgrywającej, która przede wszystkim miałaby takie parametry. Ostatnio chyba Izabela Bełcik była taka wysoka — metr osiemdziesiąt osiem. Wiktoria ma naprawdę świetne parametry do tej roli, w dodatku jest bardzo pracowitym „dzieckiem” — i to są też słowa trenera. Wiadomo, na razie jest jeszcze ograniczenie wieku, dojrzewania i wiele nauki przed nią, ale już pokazuje, że ma naprawdę papiery na dobre granie.

„Cząsteczka klubu” i powroty do Bielska

Zatrzymajmy się jeszcze przy tym, jak klub buduje się w dłuższej perspektywie. O jego wymiarze ludzkim. Mówiliśmy o młodych talentach, o rynku, o tym, że coraz więcej zawodniczek wyjeżdża za granicę… Ale jest też druga strona: powroty. W Twoim pokoleniu wiele dziewczyn, które grały po świecie, ostatecznie na koniec kariery wracało do Bielska. Myślisz, że w obecnym pokoleniu to wciąż jest realne? Że ktoś po latach wróci i „domknie klamrę” w BKS?

Chciałabym, żeby tak było, ale to bardzo dużo zależy od charakteru danej osoby. Ja mogę mówić ze swojego doświadczenia: zaczynałam w Bielsku i z ogromną przyjemnością wróciłam tutaj na zakończenie kariery. Był nawet moment, że już wcześniej, po przygodzie włoskiej miałam propozycję z Bielska, ale wtedy się nie zdecydowałam, bo chciałam spróbować czegoś innego – i to też była dobra decyzja. Natomiast wierzę, że są zawodniczki, które utożsamiają się z klubami i wracają.

I wiem też, że są dziewczyny, które mają do Bielska ogromny sentyment. Pierwsza, która przychodzi mi do głowy, to na pewno Julka Nowicka. I wiem od naszych zawodniczek, że z ogromną sympatią wspominają pobyt w naszym mieście choćby Dagmara Dąbrowska, Kornelia Garita (Moskwa) czy Marta Łyczakowska (Krajewska). To są takie nazwiska, przy których czujesz, że gdzieś w serduszku zostaje „cząsteczka klubu”, a więc i kto wie czy kiedyś ich tu sportowe losy nie zaprowadzą z powrotem. A Bielsko? To jest po prostu fajne miejsce do życia, więc ja się temu w ogóle nie dziwię.

Aleksandra Jagieło & Julia Nowicka
Aleksandra Jagieło & Julia Nowicka (fot. Bartłomiej Budny / Bart Foto Sport)

Jednym zdaniem można zabić marzenie

I to jest piękny wątek o „cząsteczce klubu”, o więziach i o tym ludzkim wymiarze sportu. Bo sport to także ta piękna, emocjonalna strona. Ale my spotkaliśmy się, by poza wywiadem, pogadać trochę o dziewczynkach w sporcie, o ich wyzwaniach – bo to nieco trudniejszy temat. Jak z Twojej perspektywy, jako osoby zajmującej się siatkówką żeńską w strukturach związkowych, wygląda temat dziewcząt w sporcie na przykładzie siatkówki właśnie?

Siatkówka ma tę przewagę, że dziewczyny od lat mają tu swoją przestrzeń – jest dużo klubów, dużo grup młodzieżowych i ścieżka rozwoju jest w wielu miejscach poukładana. Ale problem nie znika, tylko przesuwa się w kluczowy moment.

To znaczy?

Odpływ. Najczęściej około 14–16. roku życia. Koniec podstawówki, start liceum – i nagle sport przegrywa z „nie mam czasu” i presją szkoły.

 A to jest bardziej kwestia motywacji czy… kultury?

I jednego, i drugiego. Bo często to nie jest tak, że dziewczynka nie chce trenować – tylko dorośli zaczynają traktować sport jak przeszkodę.

I tu wchodzimy w te wszechobecne komunikaty dorosłych – rodziców, czasem trenerów – które potrafią zakończyć sportową pasję i przygodę młodych ludzi, zanim ona na dobre się zacznie. Ile to ja razy słyszałem: „z niej/z niego sportowca nie będzie”… i to często o kilkuletnim dziecku.

Dokładnie. I ja tego kompletnie nie rozumiem. Bo po pierwsze – skąd w ogóle potrzeba, żeby to mówić dziecku? A po drugie – nawet jeśli ono nie zostanie zawodowym sportowcem, to co z tego? Sport ma wartość sam w sobie. To są emocje, relacje, zdrowie, przygody, pewność siebie.

Wiesz co – moja mama również usłyszała kiedyś od trenera klubowego, że ja w reprezentacji na pewno nie zagram, bo jestem „za niska”. I do dziś ma do niego żal, że w ogóle potrafił tak powiedzieć. Tylko że ona tego nie wzięła do serca i nie poszła za tym zdaniem – i to jest klucz: żeby rodzic i trener byli dla dziecka wsparciem, a nie wyrocznią.

Rozumiem, że nie przekazała Ci wówczas tego – pożal się Boże – „proroctwa” Twojego ówczesnego trenera?

Nie, ja tego wprost nie pamiętam, więc podejrzewam, że mama właśnie świadomie nie chciała mi tego mówić. I bardzo dobrze, bo takie zdania potrafią dziecko zamknąć, włożyć mu do głowy limit, którego wcale nie musi mieć. Ona to po prostu zostawiła dla siebie, a mnie wspierała w tym, żebym robiła swoje i czerpała radość z treningów. I to jest dokładnie to: rodzic ma być wsparciem, a nie megafonem cudzych ocen.

Nie każda zostanie reprezentantką, ale sport może dać każdej dziewczynce coś bezcennego: siłę, pewność siebie i charakter. I tego nie wolno jej odbierać.

Autor: Sebastian Snaczke