Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Rowerem do Gdańska, Chorwacji, Santiago de Compostela, Maroka i Stambułu. Biegiem z Bielska-Białej do Ustki. Do tego piłka nożna, treningi Silverek, zbiórki dla chorego Kazika i wiara, która dla Damiana Stawickiego nie jest dodatkiem do sportu, tylko jednym z powodów, dla których w ogóle rusza w drogę. „Dymek” nie lubi stać w miejscu. A kiedy wpadnie mu do głowy kolejny szalony pomysł, zwykle kończy się tak samo: rower, buty biegowe, plecak i tysiące kilometrów przed sobą.
Ta historia nie zaczęła się od wielkiego planu, profesjonalnego projektu i mapy rozpisanej na miesiące. Zaczęła się dużo prościej. Od pytania, które mogło przyjść do głowy wielu ludziom: czy 100 kilometrów na rowerze to dużo? Damian Stawicki sprawdził to z kolegą na trasie z Bielska-Białej do Zwardonia i z powrotem. Nogi następnego dnia nie bolały tak bardzo, jak mogłyby boleć po końcu świata, więc w głowie pojawiła się kolejna myśl. Skoro da się zrobić sto kilometrów, to może da się dojechać nad morze?
I pojechali. – Chcieliśmy zobaczyć, czy z Bielska-Białej do Gdańska jest daleko. Zajechaliśmy rowerem w sześć dni. Codziennie robiliśmy około 200 kilometrów, a nie mieliśmy żadnych specjalnych rowerów, tylko zwykłe górale. To było pozytywne zaskoczenie, że udało się tę trasę pokonać – opowiada Damian Stawicki. Na mecie było piwo nad Bałtykiem, zmęczenie i satysfakcja. Mogłoby się wydawać, że to po prostu fajna historia do wspominania przy znajomych. Tyle że u Damiana jedna droga bardzo szybko otwiera następną.
Kolejna była Chorwacja. Ale to już nie była wyłącznie zabawa w wytrzymałość. – Chorwacja wydarzyła się po utracie ojca. Tata zmarł na raka. Do Chorwacji zawsze zabierał nas na wakacje, dlatego poczułem, że chcę tam pojechać rowerem. To była moja pierwsza duchowa podróż – mówi Stawicki.
Właśnie wtedy zwykła wyprawa rowerowa zaczęła zmieniać się w coś więcej. Po drodze pojawiali się ludzie, miejsca i przypadki, które Damian zaczął odczytywać jak życiowe drogowskazy. W Chorwacji spotkał osoby jadące do Medjugorie. Po powrocie ta nazwa nie dawała mu spokoju. Sprawdził, zapytał mamę i okazało się, że był tam kiedyś jako dziecko. Pojechał więc do Medjugorie już nie rowerem, ale jako pielgrzym. Tam zaś usłyszał o szlaku św. Jakuba. Po powrocie wiedział już, że chce ruszyć do Santiago de Compostela…
– Nazywam to sportową pielgrzymką. Sportową, bo codziennie robię 100, 120, czasem 150 kilometrów na rowerze, więc trzeba być przygotowanym. A pielgrzymką, bo są intencje, modlitwa, odwiedzanie świętych miejsc po drodze. Chcę też dawać młodym ludziom świadectwo i pokazywać, że wiara ma znaczenie – tłumaczy.
To ważne, bo bez tego trudno zrozumieć Damiana Stawickiego. On nie robi tych wypraw wyłącznie po to, żeby ktoś powiedział: „ale wariat”. Nie chodzi tylko o kilometry, tempo, zdjęcie z mety i kolejną granicę przekroczoną na rowerze. U niego sport jest językiem. Sposobem opowiadania o wierze, uporze, szukaniu sensu, walce ze słabością i spotykaniu ludzi po drodze.
Na rowerze nie da się oszukać samego siebie. Jest droga, zmęczenie, pogoda, własne myśli i ból, który któregoś dnia po prostu przychodzi. W normalnym życiu można to wszystko zagłuszyć telefonem, pracą, obowiązkami. W siodle, przez kilka godzin dziennie, zostaje się ze sobą dużo bardziej sam na sam. – Podczas wyprawy mam czas na refleksję. Na zastanowienie się, co w życiu jest naprawdę ważne. Codzienny mocny wysiłek pozwala kontynuować drogę. Tak samo jest w życiu. Jeżeli są ciężkie momenty, to nie wystarczy być silnym fizycznie. Trzeba być silnym mentalnie – mówi Damian.
Najważniejsza lekcja? Nie poddawać się po pierwszym kryzysie. – Wiele było takich dni, kiedy mi się nie chciało. Wiele było takich dni, kiedy coś mnie bardzo bolało. Ale mimo to kontynuowałem drogę. I to jest coś, co mogę przekazać ludziom: żeby się nie poddawali – dodaje.
Ale w tych wyprawach równie ważni są ludzie. Przypadkowi, spotkani gdzieś po drodze. Tacy, którzy otwierają furtkę, garaż, ogród albo drzwi własnego domu. Damian spał u ludzi, których wcześniej nie znał. Na podwórkach, w garażach, raz nawet w samochodzie. Pukał do drzwi w małych miejscowościach i pytał, czy może przenocować. – Zawsze znajdowałem dobrych ludzi. Przed wyprawami czytałem, że gdzieś jest niebezpiecznie, że tam coś się dzieje, że tam zamachy, a tak naprawdę wszędzie spotykałem ludzi, którzy chcieli pomóc. Nikt nie chciał zrobić mi krzywdy. Myślę, że jak wychodzimy do ludzi z dobrem, to głównie dobro nas spotyka – mówi. Brzmi naiwnie? Może. Ale trudno dyskutować z kimś, kto sprawdził to na własnej skórze przez tysiące kilometrów.
Po Santiago przyszło Maroko. Trochę przypadkiem, trochę z impulsu, trochę dlatego, że Damian zdążył już przyzwyczaić ludzi do tego, że kiedy rzuca coś półżartem, za chwilę może naprawdę zacząć to organizować. – Trafiłem do „Pytania na śniadanie” i pod koniec programu Kasia Cichopek zapytała mnie o kolejny pomysł. Ja właściwie żadnego konkretnego pomysłu nie miałem, ale powiedziałem na głos: może Maroko, Afryka. No i słowo się rzekło, publicznie, w telewizji, na całą Polskę – opowiada.
Potem, wracając z Warszawy, zastanawiał się z koleżanką, czy jechać do Azerbejdżanu, czy właśnie do Maroka. Kilka minut później zobaczył wielki baner reklamujący Maroko i Casablancę. – Pomyślałem: dobra, mamy odpowiedź – śmieje się. Do Maroka jechał dwa miesiące. Na rowerze crossowym, co dziś uznaje za błąd, bo kosztowało go to więcej sił niż jazda na gravelu. Ale dojechał. A kiedy wjechał do Afryki, w głowie pojawiła się myśl, której długo nikomu nie mówił. – Pomyślałem: skoro dojechałem do Afryki, to mogę dojechać dookoła świata. Jakby odblokował się kolejny poziom. Nie ma już takiego lęku. Skoro dotarłeś tutaj, to można iść dalej. Tylko trzeba chcieć.
Z czasem wyprawy Damiana zaczęły coraz mocniej łączyć się z pomaganiem. Szczególne miejsce zajmuje tutaj Kazik Sromek z Bystrej, chorujący na dystrofię mięśniową Duchenne’a. Jego leczenie wymaga ogromnych pieniędzy, a kolejne akcje Damiana i jego brata Kuby miały pomagać w nagłaśnianiu zbiórki.
Najgłośniejszą z nich był bieg z Bielska-Białej do Ustki. Dwaj bracia. Około 800 kilometrów. 20 dni. Codziennie maraton. – Mój pierwszy pomysł, który powiedziałem bratu, był taki, że przebiegniemy Polskę z Bielska do Ustki. On powiedział, że jestem nienormalny i że to się nie uda. Ale jestem człowiekiem wielkiej wiary i uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Przygotowaliśmy się i zrobiliśmy to: 20 dni, codziennie maraton – opowiada Damian.
Nie było sztabu fizjoterapeutów, specjalnej ekipy, luksusowego zaplecza i technologii rodem z projektów Red Bulla. Byli dwaj bracia, droga, buty, ból i cel. – Do dzisiaj nie wiemy, jak udało się to zrobić bez kontuzji. Ból był taki, że stawy między sobą wołały, które bardziej bolą – mówi.
Na mecie w Ustce czekali ludzie. Miasto partnerskie Bielska-Białej przyjęło ich bardzo ciepło. Był nocleg, kolacja, gratulacje. Ale dla Damiana ważne było też coś innego: po drodze otwierali się ludzie i firmy. Dawały nocleg, obiad, kolację, wsparcie. – To pokazało, że kiedy jest akcja, w której się pomaga, Polacy chcą się łączyć. Byli otwarci, żeby nas wesprzeć. Te wyprawy mają pokazywać, że ludzie są pomocni – podkreśla. Przyznaje jednak, że sam wynik zbiórki mógł być większy. Wyzwanie było ogromne, fizycznie wręcz kosmiczne, ale zasięg charytatywny nie zawsze idzie w parze z wysiłkiem. – Przebiegliśmy całą Polskę, uzbieraliśmy około 50 tysięcy złotych. To jest dużo, ale przy skali takiego wydarzenia liczyliśmy, że uda się więcej. Dlatego będą kolejne akcje – zapowiada.
Po biegu do Ustki można było zrobić dłuższą przerwę. Ale nie w tej historii. Kolejny był Stambuł. Zimą. Rowerem. Pomysł pojawił się nagle. Damian poszedł biegać i wpadło mu do głowy, że nigdy nie był w Turcji. Nigdy też nie jechał tak daleko rowerem zimą. Wniosek był prosty: trzeba spróbować. – To było zupełnie inne doznanie. Codziennie było bardzo zimno, zamarzały mi stopy. Mniej przyjemności, więcej cierpienia. Ale ta droga do Stambułu najbardziej mnie utwardziła i pokazała, że rower to moje DNA – mówi.
Po dotarciu do celu nie wrócił od razu do domu. Rower wysłał tirem do Bielska-Białej, a sam został jeszcze w Turcji. Podróżował pociągami i busami, odwiedził między innymi Pamukkale, Izmir i Efez, trzymając się zachodniego wybrzeża. Potem trafił do Belek, na trening Górnika Zabrze. Spotkał Łukasza Podolskiego, który przekazał koszulkę z autografem dla Kazika.
I to jest w tych opowieściach typowe dla Damiana. Jedna droga otwiera drugą. Sport miesza się z pomaganiem, pomaganie z przypadkowym spotkaniem, przypadkowe spotkanie z kolejną akcją. Gdyby ktoś próbował rozpisać to w Excelu, pewnie szybko by się poddał. U niego to działa bardziej jak ciąg impulsów, znaków i ludzi pojawiających się po drodze.
W tej całej historii łatwo zapomnieć, że Damian Stawicki jest też po prostu piłkarzem. I to takim, którego regionalna mapa klubowa wygląda trochę jak turystyczny przewodnik po ładnych miejscowościach. – Rodzina i znajomi śmieją się, że gram w najładniejszych regionalnych miasteczkach – mówi. Była Wisła, Żabnica, Landek, Jasienica, Drogomyśl, epizod w Czechach, a dziś Sokół Słotwina. W Czechach grał na czwartym poziomie rozgrywkowym. Wspomina, że piłka była tam bardziej wymagająca motorycznie, a boiska często świetnie przygotowane.
W Słotwinie niedawno przeżył ważny moment: drużyna po wielu miesiącach przerwała serię bez zwycięstwa, a Damian zdobył bramkę. Żałuje tylko jednego — że nikt nie nagrał jego trafienia z około 20 metrów. – Taka bomba z prostego podbicia w okienko. Trochę żałuję, że tego nikt nie nagrał. Będę musiał powtórzyć – śmieje się.
Jest jeszcze jeden rozdział, który w tej historii zaskakuje, a jednocześnie bardzo do Damiana pasuje. Silverki. To projekt Rekordu Bielsko-Biała dla kobiet 55+, zainicjowany przez znanego, bielskiego innowatora Daniela Kawkę, w którym Damian jest trenerem. I mówi o tym z autentyczną radością. – Prowadzimy od zera do bohatera kobiety, które mają 50 plus, ale mają takie chęci i motywację, że naprawdę wiele dzieciaków w akademii mogłoby się od nich uczyć zaparcia – mówi.
Drużyna ma już kilkanaście zawodniczek, powoli myśli o sparingach, uczy się nie tylko podstaw, ale też ustawienia, gry na jeden-dwa kontakty, poruszania się w defensywie. Był nawet trening teoretyczny ze spalonego, choć na orliku ta zasada nie obowiązuje. – Tłumaczyłem, żeby podczas oglądania meczu w domu też wiedziały, kiedy spalony występuje – śmieje się Damian. To nie jest dla niego projekt „na boku”. Silverki wciągnęły go mocno.
– Mam dużo radości. Jak jest sobota rano, to już się cieszę, że mam spotkanie z kobietami, które dają bardzo dużo pozytywnej energii. One się tym cieszą. Chodzą na mecze, kibicują sekcjom Rekordu. To jest super. Naszą Małgorzatę spotykam nawet w gronie najbardziej zagorzałej grupy kibiców – „Szatanów” – opowiada z uśmiechem. Sport dla seniorek, ekstremalne wyprawy rowerowe, bieganie maratonów dzień po dniu, regionalna piłka, akcje charytatywne. U kogoś innego byłby to chaos. U Damiana zaczyna układać się w dość spójną całość: ruch jako sposób na życie, spotkanie i pomoc.
Na koniec rozmowa schodzi jeszcze na temat bardzo ludzki. Bo nawet człowiek, który potrafi samotnie przejechać tysiące kilometrów, w końcu dochodzi do prostego wniosku: fajnie byłoby czasem nie jechać samemu. – Mam 31 lat. Fajnie byłoby poznać kobietę, która może pojechałaby ze mną gdzieś. To byłoby najlepiej. Możemy zrobić akcję: Dymek szuka kobiety na wyprawę – śmieje się Damian. Brzmi jak żart, ale u niego z żartami trzeba uważać. Kiedyś w telewizji rzucił hasło „Maroko”. Potem naprawdę pojechał do Afryki.
A kolejne plany? Konkretnego „breaking newsa” jeszcze nie ma. Jest marzenie o Ameryce, może Kalifornii. Jest pomysł, żeby z bratem przebiec jakiś kraj w Europie — może Szwajcarię, może Hiszpanię. Jest Hyrox, są treningi, są rozmowy ze sponsorami. Damian nie chce jednak wymyślać czegoś na siłę. – Czasem jest tak, że idę biegać i nagle wpada mi do głowy, że jadę rowerem do Stambułu. Jak już sobie to zakodowałem, wiedziałem, że to się musi wydarzyć. Wolę, żeby kolejny pomysł był właśnie tak zakorzeniony – mówi.
Czy to opatrzność? Przeznaczenie? Intuicja? On sam nie zamyka tego w jednym słowie. – Myślę, że coś prowadzi. Staram się słuchać tego wnętrza. I myślę, że ono mi podpowie, co dalej – dodaje.
Najprościej byłoby nazwać go sportowym świrem. Zresztą Damian pewnie by się za to nie obraził. Ale po dłuższej rozmowie widać, że ta etykietka jest trochę za ciasna.
Bo w jego wyprawach nie chodzi tylko o to, kto dalej, szybciej, mocniej i bardziej ekstremalnie. Chodzi też o to, żeby spotkać człowieka. Sprawdzić siebie. Zanieść czyjąś historię dalej niż zasięg zwykłego posta. Sprawić, żeby Kazik z Bystrej nie był tylko linkiem do zbiórki, ale chłopcem, dla którego ktoś biegnie przez Polskę albo jedzie zimą do Stambułu. Pokazać młodym ludziom, że można mieć kryzys, ból, zmęczenie, zwątpienie, a mimo to następnego dnia ruszyć dalej.
Damian Stawicki jest człowiekiem w drodze. Czasem rowerem. Czasem biegiem. Czasem przez góry, Bałkany, Hiszpanię, Maroko albo Turcję. Czasem po prostu przez boisko w Słotwinie albo trening Silverek. I chyba właśnie dlatego jego historia działa. Bo w czasach, w których wielu ludzi dużo mówi o szukaniu sensu, on pakuje plecak, zakłada buty albo wsiada na rower — i naprawdę go szuka.

Autor:
Sebastian Snaczke
[email protected]
BTS Rekord Bielsko-Biała Damian Stawicki Kazik Sromek Silverki Sokół Słotwina
Codziennie od poniedziałku do piątku od 5:30 do 10.
close
Copyright Radio BIELSKO