Inne dyscypliny

Damian Stawicki — sportowy pielgrzym z Bielska-Białej. O wierze, kilometrach i… poszukiwaniu dziewczyny na kolejną wyprawę

today19.05.2026 09:57

Tło
share close

Rowerem do Gdańska, Chorwacji, Santiago de Compostela, Maroka i Stambułu. Biegiem z Bielska-Białej do Ustki. Do tego piłka nożna, treningi Silverek, zbiórki dla chorego Kazika i wiara, która dla Damiana Stawickiego nie jest dodatkiem do sportu, tylko jednym z powodów, dla których w ogóle rusza w drogę. „Dymek” nie lubi stać w miejscu. A kiedy wpadnie mu do głowy kolejny szalony pomysł, zwykle kończy się tak samo: rower, buty biegowe, plecak i tysiące kilometrów przed sobą.

Zaczęło się od pytania: czy 100 kilometrów na rowerze to dużo?

Ta historia nie zaczęła się od wielkiego planu, profesjonalnego projektu i mapy rozpisanej na miesiące. Zaczęła się dużo prościej. Od pytania, które mogło przyjść do głowy wielu ludziom: czy 100 kilometrów na rowerze to dużo? Damian Stawicki sprawdził to z kolegą na trasie z Bielska-Białej do Zwardonia i z powrotem. Nogi następnego dnia nie bolały tak bardzo, jak mogłyby boleć po końcu świata, więc w głowie pojawiła się kolejna myśl. Skoro da się zrobić sto kilometrów, to może da się dojechać nad morze?

I pojechali. – Chcieliśmy zobaczyć, czy z Bielska-Białej do Gdańska jest daleko. Zajechaliśmy rowerem w sześć dni. Codziennie robiliśmy około 200 kilometrów, a nie mieliśmy żadnych specjalnych rowerów, tylko zwykłe górale. To było pozytywne zaskoczenie, że udało się tę trasę pokonać – opowiada Damian Stawicki. Na mecie było piwo nad Bałtykiem, zmęczenie i satysfakcja. Mogłoby się wydawać, że to po prostu fajna historia do wspominania przy znajomych. Tyle że u Damiana jedna droga bardzo szybko otwiera następną.

Po śmierci taty droga przestała być tylko sportem

Kolejna była Chorwacja. Ale to już nie była wyłącznie zabawa w wytrzymałość. – Chorwacja wydarzyła się po utracie ojca. Tata zmarł na raka. Do Chorwacji zawsze zabierał nas na wakacje, dlatego poczułem, że chcę tam pojechać rowerem. To była moja pierwsza duchowa podróż – mówi Stawicki.

Właśnie wtedy zwykła wyprawa rowerowa zaczęła zmieniać się w coś więcej. Po drodze pojawiali się ludzie, miejsca i przypadki, które Damian zaczął odczytywać jak życiowe drogowskazy. W Chorwacji spotkał osoby jadące do Medjugorie. Po powrocie ta nazwa nie dawała mu spokoju. Sprawdził, zapytał mamę i okazało się, że był tam kiedyś jako dziecko. Pojechał więc do Medjugorie już nie rowerem, ale jako pielgrzym. Tam zaś usłyszał o szlaku św. Jakuba. Po powrocie wiedział już, że chce ruszyć do Santiago de Compostela…

Tym razem solo. 3200 kilometrów. 32 dni.

Nazywam to sportową pielgrzymką. Sportową, bo codziennie robię 100, 120, czasem 150 kilometrów na rowerze, więc trzeba być przygotowanym. A pielgrzymką, bo są intencje, modlitwa, odwiedzanie świętych miejsc po drodze. Chcę też dawać młodym ludziom świadectwo i pokazywać, że wiara ma znaczenie – tłumaczy.

To ważne, bo bez tego trudno zrozumieć Damiana Stawickiego. On nie robi tych wypraw wyłącznie po to, żeby ktoś powiedział: „ale wariat”. Nie chodzi tylko o kilometry, tempo, zdjęcie z mety i kolejną granicę przekroczoną na rowerze. U niego sport jest językiem. Sposobem opowiadania o wierze, uporze, szukaniu sensu, walce ze słabością i spotykaniu ludzi po drodze.

„Celem pielgrzymki zawsze jest drugi człowiek”

Na rowerze nie da się oszukać samego siebie. Jest droga, zmęczenie, pogoda, własne myśli i ból, który któregoś dnia po prostu przychodzi. W normalnym życiu można to wszystko zagłuszyć telefonem, pracą, obowiązkami. W siodle, przez kilka godzin dziennie, zostaje się ze sobą dużo bardziej sam na sam. – Podczas wyprawy mam czas na refleksję. Na zastanowienie się, co w życiu jest naprawdę ważne. Codzienny mocny wysiłek pozwala kontynuować drogę. Tak samo jest w życiu. Jeżeli są ciężkie momenty, to nie wystarczy być silnym fizycznie. Trzeba być silnym mentalnie – mówi Damian.

Najważniejsza lekcja? Nie poddawać się po pierwszym kryzysie. – Wiele było takich dni, kiedy mi się nie chciało. Wiele było takich dni, kiedy coś mnie bardzo bolało. Ale mimo to kontynuowałem drogę. I to jest coś, co mogę przekazać ludziom: żeby się nie poddawali – dodaje.

Ale w tych wyprawach równie ważni są ludzie. Przypadkowi, spotkani gdzieś po drodze. Tacy, którzy otwierają furtkę, garaż, ogród albo drzwi własnego domu. Damian spał u ludzi, których wcześniej nie znał. Na podwórkach, w garażach, raz nawet w samochodzie. Pukał do drzwi w małych miejscowościach i pytał, czy może przenocować. – Zawsze znajdowałem dobrych ludzi. Przed wyprawami czytałem, że gdzieś jest niebezpiecznie, że tam coś się dzieje, że tam zamachy, a tak naprawdę wszędzie spotykałem ludzi, którzy chcieli pomóc. Nikt nie chciał zrobić mi krzywdy. Myślę, że jak wychodzimy do ludzi z dobrem, to głównie dobro nas spotyka – mówi. Brzmi naiwnie? Może. Ale trudno dyskutować z kimś, kto sprawdził to na własnej skórze przez tysiące kilometrów.

Maroko, czyli słowo rzucone w telewizji

Po Santiago przyszło Maroko. Trochę przypadkiem, trochę z impulsu, trochę dlatego, że Damian zdążył już przyzwyczaić ludzi do tego, że kiedy rzuca coś półżartem, za chwilę może naprawdę zacząć to organizować. – Trafiłem do „Pytania na śniadanie” i pod koniec programu Kasia Cichopek zapytała mnie o kolejny pomysł. Ja właściwie żadnego konkretnego pomysłu nie miałem, ale powiedziałem na głos: może Maroko, Afryka. No i słowo się rzekło, publicznie, w telewizji, na całą Polskę – opowiada.

 

 

Potem, wracając z Warszawy, zastanawiał się z koleżanką, czy jechać do Azerbejdżanu, czy właśnie do Maroka. Kilka minut później zobaczył wielki baner reklamujący Maroko i Casablancę. – Pomyślałem: dobra, mamy odpowiedź – śmieje się. Do Maroka jechał dwa miesiące. Na rowerze crossowym, co dziś uznaje za błąd, bo kosztowało go to więcej sił niż jazda na gravelu. Ale dojechał. A kiedy wjechał do Afryki, w głowie pojawiła się myśl, której długo nikomu nie mówił. – Pomyślałem: skoro dojechałem do Afryki, to mogę dojechać dookoła świata. Jakby odblokował się kolejny poziom. Nie ma już takiego lęku. Skoro dotarłeś tutaj, to można iść dalej. Tylko trzeba chcieć.

Kilometry dla Kazika

Z czasem wyprawy Damiana zaczęły coraz mocniej łączyć się z pomaganiem. Szczególne miejsce zajmuje tutaj Kazik Sromek z Bystrej, chorujący na dystrofię mięśniową Duchenne’a. Jego leczenie wymaga ogromnych pieniędzy, a kolejne akcje Damiana i jego brata Kuby miały pomagać w nagłaśnianiu zbiórki.

 

Najgłośniejszą z nich był bieg z Bielska-Białej do Ustki. Dwaj bracia. Około 800 kilometrów. 20 dni. Codziennie maraton. – Mój pierwszy pomysł, który powiedziałem bratu, był taki, że przebiegniemy Polskę z Bielska do Ustki. On powiedział, że jestem nienormalny i że to się nie uda. Ale jestem człowiekiem wielkiej wiary i uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Przygotowaliśmy się i zrobiliśmy to: 20 dni, codziennie maraton – opowiada Damian.

Nie było sztabu fizjoterapeutów, specjalnej ekipy, luksusowego zaplecza i technologii rodem z projektów Red Bulla. Byli dwaj bracia, droga, buty, ból i cel. – Do dzisiaj nie wiemy, jak udało się to zrobić bez kontuzji. Ból był taki, że stawy między sobą wołały, które bardziej bolą – mówi.

Na mecie w Ustce czekali ludzie. Miasto partnerskie Bielska-Białej przyjęło ich bardzo ciepło. Był nocleg, kolacja, gratulacje. Ale dla Damiana ważne było też coś innego: po drodze otwierali się ludzie i firmy. Dawały nocleg, obiad, kolację, wsparcie. – To pokazało, że kiedy jest akcja, w której się pomaga, Polacy chcą się łączyć. Byli otwarci, żeby nas wesprzeć. Te wyprawy mają pokazywać, że ludzie są pomocni – podkreśla. Przyznaje jednak, że sam wynik zbiórki mógł być większy. Wyzwanie było ogromne, fizycznie wręcz kosmiczne, ale zasięg charytatywny nie zawsze idzie w parze z wysiłkiem. – Przebiegliśmy całą Polskę, uzbieraliśmy około 50 tysięcy złotych. To jest dużo, ale przy skali takiego wydarzenia liczyliśmy, że uda się więcej. Dlatego będą kolejne akcje – zapowiada.

 

Zimą do Stambułu

Po biegu do Ustki można było zrobić dłuższą przerwę. Ale nie w tej historii. Kolejny był Stambuł. Zimą. Rowerem. Pomysł pojawił się nagle. Damian poszedł biegać i wpadło mu do głowy, że nigdy nie był w Turcji. Nigdy też nie jechał tak daleko rowerem zimą. Wniosek był prosty: trzeba spróbować. – To było zupełnie inne doznanie. Codziennie było bardzo zimno, zamarzały mi stopy. Mniej przyjemności, więcej cierpienia. Ale ta droga do Stambułu najbardziej mnie utwardziła i pokazała, że rower to moje DNA – mówi.

Po dotarciu do celu nie wrócił od razu do domu. Rower wysłał tirem do Bielska-Białej, a sam został jeszcze w Turcji. Podróżował pociągami i busami, odwiedził między innymi Pamukkale, Izmir i Efez, trzymając się zachodniego wybrzeża. Potem trafił do Belek, na trening Górnika Zabrze. Spotkał Łukasza Podolskiego, który przekazał koszulkę z autografem dla Kazika.

 

I to jest w tych opowieściach typowe dla Damiana. Jedna droga otwiera drugą. Sport miesza się z pomaganiem, pomaganie z przypadkowym spotkaniem, przypadkowe spotkanie z kolejną akcją. Gdyby ktoś próbował rozpisać to w Excelu, pewnie szybko by się poddał. U niego to działa bardziej jak ciąg impulsów, znaków i ludzi pojawiających się po drodze.

 

Piłkarz, który ciągle szuka boiska

W tej całej historii łatwo zapomnieć, że Damian Stawicki jest też po prostu piłkarzem. I to takim, którego regionalna mapa klubowa wygląda trochę jak turystyczny przewodnik po ładnych miejscowościach. – Rodzina i znajomi śmieją się, że gram w najładniejszych regionalnych miasteczkach – mówi. Była Wisła, Żabnica, Landek, Jasienica, Drogomyśl, epizod w Czechach, a dziś Sokół Słotwina. W Czechach grał na czwartym poziomie rozgrywkowym. Wspomina, że piłka była tam bardziej wymagająca motorycznie, a boiska często świetnie przygotowane.

W Słotwinie niedawno przeżył ważny moment: drużyna po wielu miesiącach przerwała serię bez zwycięstwa, a Damian zdobył bramkę. Żałuje tylko jednego — że nikt nie nagrał jego trafienia z około 20 metrów. – Taka bomba z prostego podbicia w okienko. Trochę żałuję, że tego nikt nie nagrał. Będę musiał powtórzyć – śmieje się.

Silverki, czyli od zera do bohatera

Jest jeszcze jeden rozdział, który w tej historii zaskakuje, a jednocześnie bardzo do Damiana pasuje. Silverki. To projekt Rekordu Bielsko-Biała dla kobiet 55+, zainicjowany przez znanego, bielskiego innowatora Daniela Kawkę, w którym Damian jest trenerem. I mówi o tym z autentyczną radością. – Prowadzimy od zera do bohatera kobiety, które mają 50 plus, ale mają takie chęci i motywację, że naprawdę wiele dzieciaków w akademii mogłoby się od nich uczyć zaparcia – mówi.

Drużyna ma już kilkanaście zawodniczek, powoli myśli o sparingach, uczy się nie tylko podstaw, ale też ustawienia, gry na jeden-dwa kontakty, poruszania się w defensywie. Był nawet trening teoretyczny ze spalonego, choć na orliku ta zasada nie obowiązuje. – Tłumaczyłem, żeby podczas oglądania meczu w domu też wiedziały, kiedy spalony występuje – śmieje się Damian. To nie jest dla niego projekt „na boku”. Silverki wciągnęły go mocno.

Mam dużo radości. Jak jest sobota rano, to już się cieszę, że mam spotkanie z kobietami, które dają bardzo dużo pozytywnej energii. One się tym cieszą. Chodzą na mecze, kibicują sekcjom Rekordu. To jest super. Naszą Małgorzatę spotykam nawet w gronie najbardziej zagorzałej grupy kibiców – „Szatanów” – opowiada z uśmiechem. Sport dla seniorek, ekstremalne wyprawy rowerowe, bieganie maratonów dzień po dniu, regionalna piłka, akcje charytatywne. U kogoś innego byłby to chaos. U Damiana zaczyna układać się w dość spójną całość: ruch jako sposób na życie, spotkanie i pomoc.

 

Dziewczyna na wyprawę? „To byłoby najlepiej”

Na koniec rozmowa schodzi jeszcze na temat bardzo ludzki. Bo nawet człowiek, który potrafi samotnie przejechać tysiące kilometrów, w końcu dochodzi do prostego wniosku: fajnie byłoby czasem nie jechać samemu. – Mam 31 lat. Fajnie byłoby poznać kobietę, która może pojechałaby ze mną gdzieś. To byłoby najlepiej. Możemy zrobić akcję: Dymek szuka kobiety na wyprawę – śmieje się Damian. Brzmi jak żart, ale u niego z żartami trzeba uważać. Kiedyś w telewizji rzucił hasło „Maroko”. Potem naprawdę pojechał do Afryki.

A kolejne plany? Konkretnego „breaking newsa” jeszcze nie ma. Jest marzenie o Ameryce, może Kalifornii. Jest pomysł, żeby z bratem przebiec jakiś kraj w Europie — może Szwajcarię, może Hiszpanię. Jest Hyrox, są treningi, są rozmowy ze sponsorami. Damian nie chce jednak wymyślać czegoś na siłę. – Czasem jest tak, że idę biegać i nagle wpada mi do głowy, że jadę rowerem do Stambułu. Jak już sobie to zakodowałem, wiedziałem, że to się musi wydarzyć. Wolę, żeby kolejny pomysł był właśnie tak zakorzeniony – mówi.

Czy to opatrzność? Przeznaczenie? Intuicja? On sam nie zamyka tego w jednym słowie. – Myślę, że coś prowadzi. Staram się słuchać tego wnętrza. I myślę, że ono mi podpowie, co dalej – dodaje.

Człowiek w drodze

Najprościej byłoby nazwać go sportowym świrem. Zresztą Damian pewnie by się za to nie obraził. Ale po dłuższej rozmowie widać, że ta etykietka jest trochę za ciasna.

Bo w jego wyprawach nie chodzi tylko o to, kto dalej, szybciej, mocniej i bardziej ekstremalnie. Chodzi też o to, żeby spotkać człowieka. Sprawdzić siebie. Zanieść czyjąś historię dalej niż zasięg zwykłego posta. Sprawić, żeby Kazik z Bystrej nie był tylko linkiem do zbiórki, ale chłopcem, dla którego ktoś biegnie przez Polskę albo jedzie zimą do Stambułu. Pokazać młodym ludziom, że można mieć kryzys, ból, zmęczenie, zwątpienie, a mimo to następnego dnia ruszyć dalej.

Damian Stawicki jest człowiekiem w drodze. Czasem rowerem. Czasem biegiem. Czasem przez góry, Bałkany, Hiszpanię, Maroko albo Turcję. Czasem po prostu przez boisko w Słotwinie albo trening Silverek. I chyba właśnie dlatego jego historia działa. Bo w czasach, w których wielu ludzi dużo mówi o szukaniu sensu, on pakuje plecak, zakłada buty albo wsiada na rower — i naprawdę go szuka.

 

Autor: Zdjęcie autora Sebastian Snaczke
[email protected]