Bielska piłka

Najlepsze anegdoty i historie z cyklu „Góralu, czy ci nie żal…?”

today24.04.2026 09:37

Tło
share close

Za nami cała masa rozmów, anegdot oraz pięknych – ale i tych trudnych – wspomnień . Warto więc sobie nieco przypomnieć. Kolejny raz przygotowaliśmy dla was zestawienie najciekawszych fragmentów rozmów cyklu„Góralu, czy ci nie żal..?. Będzie zabawnie, będzie miło, ale nie zabraknie także tych smutniejszych momentów…

Mariusz Sacha: Młody, czemu masz spodnie tak nisko – zesrałeś się czy co?

Zaczynamy od zabawnej historii, jaką podzielił się z nami Mariusz Sacha. Uczciwie trzeba przyznać, że ta rozmowa to jedna z największych kopalni anegdot w całej historii cyklu. Były zawodnik opowiedział nam o sytuacji, która wydarzyła się w czasach, gdy dopiero wchodził od szatni Podbeskidzia… Jak wiadomo, wtedy w szatni panowały zupełnie inne zasady, o czym przekonał się na własnej skórze…

Masz jakąś anegdotę z tych czasów, która mogłaby pomóc zobrazować, jak to wówczas wyglądało?

Pamiętam, że pierwszy trening odbywał się przy Rychlińskiego, jeszcze na starym stadionie. Weszliśmy wtedy do szatni większą grupą młodszych zawodników — było nas kilku, m.in. był tam jeszcze Daniel Kasprzycki, Dariusz Rucki i Seweryn Wojciechowski. Kiedy wchodziłem, ktoś powiedział mi, żebym usiadł tam z boku w kącie, na jakiejś ławeczce i wskazał mi miejsce . Usiadłem więc tam, rozgościłem się… I w tamtym momencie podszedł  do mnie Robert Piekarski  i dość stanowczo powiedział mi, że mam w*********ć z tej szatni (śmiech) i poszukać sobie miejsca w pomieszczeniu obok.{…} Tak to właśnie wyglądało. Jako młodzi zawodnicy nie mieliśmy swojego miejsca w tej szatni. Była dla nas osobna — tam siedzieliśmy, a do głównej szatni mogliśmy wejść dopiero na odprawę.

Dziś to już wygląda zupełnie inaczej…

 Tak, dokładnie… Jest jeszcze druga historia, która zapadła mi w pamięć… Mieliśmy trening na Rekordzie, bo klub nie miał wtedy swojej bazy – i do dzisiaj zresztą nie ma. Wchodziłem na trening – a wtedy była moda na „skate’ów” – miałem lekko obniżone spodnie, gdy wszedłem do szatni, Bogdan Prusek spojrzał na mnie i rzucił: „Młody, czemu masz spodnie tak nisko – zesrałeś się czy co?” (śmiech). Momentalnie zrobiłem się czerwony, jak burak

Cała rozmowa, z której pochodzi ten fragment:

 

Juraj Dančík: Nie każdy ma okazję przeżyć coś takiego

z Jurajem Dančíkiem wróciliśmy wspomnieniami do czasów, gdy Podbeskidzie wywalczyło awans do Ekstraklasy. Wcześniej jednak zespół prowadzony przez Roberta Kasperczyka otarł się o finał Pucharu Polski. Słowacki defensor do tego okresu wracał z ogromnym sentymentem…

ML: W tym Pucharze Polski przecież niewiele brakowało, a zagralibyście w finale…
 
JD: Tak, do 70. minuty prowadziliśmy 2:0 z Lechem… I niestety nie dowieźliśmy tego. Mogliśmy zagrać w finale z Legią, która była mistrzem, więc z automatu gralibyśmy w europejskich pucharach
ML: Na pocieszenie został awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Walka toczyła się niemal do samego końca…
 
JD: Zgadza się, graliśmy praktycznie do samego końca, bo awans przypieczętowaliśmy dopiero na około dwie kolejki przed zakończeniem sezonu. To był historyczny moment dla Podbeskidzia… Do dziś czasem trafiam na te nagrania na YouTube i na chwilę wracam do tamtych chwil. Stary stadion był wtedy wypełniony po brzegi – mogło wejść około 3500 kibiców. Za każdym razem, gdy oglądam te obrazy i wspominam tamten sezon, aż łezka w oku się kręci.
 
ML: W Ekstraklasie strzelił Pan jedną bramkę prawda?
 
JD: Tak, jedną – z Wisłą Kraków. To była to moja pierwsza bramka w Ekstraklasie, więc emocje były ogromne – w końcu to najwyższy poziom rozgrywek. Strzeliłem gola na 1:0, dzięki czemu zdobyliśmy trzy punkty z Wisłą Kraków. Nie każdy ma okazję przeżyć coś takiego, więc było to naprawdę niesamowite – fantastyczne emocje i niezapomniane wspomnienia.
Cała rozmowa, z której pochodzi ten fragment:

Tomasz Nowak: Dużą rolę niestety odegrały władze klubu

Z kolei z Tomaszem Nowakiem porozmawialiśmy na temat nieco mniej przyjemnych doświadczeń. Pomocnik wskazał czynniki, które jego zaniem zaważyły o tym, że Podbeskidzie w sezonie 2020/21 drugi raz w swojej historii spadło z Ekstraklasy. Nasz rozmówca zwracał uwagę na to, że zarząd klubu nie wzmocnił wystarczająco składu po awansie…

M.L: Radość jednak nie trwała długo. Następny sezon już wam nie wyszedł. Analizował Pan po latach, co tak naprawdę poszło wówczas nie tak? Ma Pan swoją diagnozę?

T.N: Myślę, że tutaj dużą rolę niestety odegrały władze klubu. Było wiadomo, że następuje reorganizacja Ekstraklasy i spada tylko jedna drużyna. Wydaje mi się, że w klubie pojawiło się takie minimalistyczne podejście – „Skoro spada tylko jeden zespół, to na pewno nie będziemy nim my”. Tym bardziej że wtedy było jeszcze dwóch innych beniaminków – Stal Mielec i Warta Poznań – z którymi wcześniej rywalizowaliśmy w 1. Lidze i ich ogrywaliśmy. Pojawiło się więc takie podejście, że z nimi sobie poradzimy, a skoro spada tylko jedna drużyna, to wszystko będzie w porządku. To spowodowało, że nie zrobiliśmy solidnych transferów. Nie wzmocniliśmy się zawodnikami, którzy przyszliby jako realne wzmocnienie i byliby gotowi na poziom Ekstraklasy. Jedynie uzupełniliśmy kadrę. Myślę jednak, że na przestrzeni wielu poprzednich sezonów i doświadczeń różnych klubów można było wyciągnąć wnioski, że drużyny awansujące do Ekstraklasy – niezależnie od tego, czy dominowały w lidze, czy wygrywały mecze dzięki kontratakom i solidnej obronie – potrzebowały wzmocnień, a nie tylko uzupełnień składu, żeby się utrzymać. Przez wiele lat z rzędu beniaminkowie spadali z Ekstraklasy, co pokazywało, że między tymi ligami jest bardzo duża różnica. Myślę więc, że tutaj pojawił się problem, bo nie sprowadzono zawodników, którzy realnie podnieśliby poziom drużyny. Moim zdaniem wystarczyłoby trzech piłkarzy na poziomie Ekstraklasy – takich, którzy od razu weszliby do pierwszego składu i byliby prawdziwym wzmocnieniem…

Sławomir Cienciała: Powiedziałem wtedy jasno: „uciekajmy stąd”

W naszym cyklu nie brakowało również tych mniej przyjemnych historii. Właśnie taką podzielił się z nami Sławomir Cienciała. Po rozstaniu z Podbeskidziem postanowił spróbować swoich sił za granicą, a dokładniej w lidze bułgarskiej… Szybko jednak okazało się, że nie był to najlpeszy pomysł…

 

M.L: Odnośnie decyzji transferowych, rozmawiałem ostatnio z Mariuszem Sachą na temat waszej przygody w lidze bułgarskiej. U niego zakończyło się jedynie na tesatch, Pan podpisał tam kontrakt, ale to nie była chyba najlepsza decyzja…

S.C: Oj dramat, dramat… Powiem szczerze, że mimo wszystko Bułgaria sama w sobie — szczególnie regiony wypoczynkowe — jest naprawdę ładna. To też trochę mogło zaciemnić obraz sytuacji, bo rok wcześniej byliśmy tam na wakacjach, więc człowiek miał pozytywne skojarzenia. Tym bardziej, że miasto, w którym mieliśmy grać — Wielkie Tyrnowo, dawna stolica — jest przepiękne. Położone w górach, nad dużą rzeką, naprawdę robi wrażenie. Podchodziłem do tego też trochę jak do przygody. To była już końcówka mojej gry, więc myślałem: „może jeszcze trochę pogram, coś zobaczę”. Nie traktowałem tego jako wyjazdu z myślą o wielkiej karierze. Wiedziałem, że mam już pewne ograniczenia, a klub też nie stawiał na walkę o najwyższe cele — raczej o utrzymanie. Na początku wszystko wyglądało nawet obiecująco. Był obóz w Turcji, właściciel z Holandii opowiadał, jak wszystko będzie dobrze zorganizowane i profesjonalne. Ale rzeczywistość bardzo szybko się rozjechała. Po trzech zwycięstwach z rzędu — co dla zespołu skazywanego na pożarcie było dużym sukcesem — przyszła porażka i nagle wybuchła afera w klubie. Atmosfera się zmieniła, pojawiły się krzyki, groźby, chaos.

M.L: Wtedy zaczęły się problemy z wypłacalnością klubu?

S.C: Tak, zaczęły się problemy i pytania o wypłaty. Pojawiały się zapewnienia, że „już jadą pieniądze”. Z tygodnia na tydzień robiło się coraz bardziej nerwowo. W końcu zostaliśmy przeniesieni z Wielkiego Tyrnowa do Sliwen — miasta w dużo gorszym stanie, które trudno porównać do wcześniejszych warunków. Mieszkaliśmy w hotelu z boiskami i zapleczem treningowym, i tam zostaliśmy „zamknięci” — trenowanie, hotel, mecze, bez normalnego funkcjonowania. To już nie było to, co sobie wyobrażałem. Zamiast spokojnego grania i życia w mieście, była izolacja i coraz większy chaos organizacyjny. Po trzech miesiącach bez wypłat trener zniknął, piłkarze zaczęli odchodzić, a my patrzyliśmy na siebie i nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W pewnym momencie pojechaliśmy do Sofii — ja, Nenad FilipovićMateusz BąkKrzysztof Hrymowicz i jeszcze kilku chłopaków — na spotkanie z prezydentem Bułgarskiej Federacji Piłkarskiej, żeby wyjaśnić sytuację. Nie mogliśmy opuścić klubu bez dokumentów, bo groziło nam zawieszenie i brak możliwości gry w innych zespołach. Przy okazji okazało się też, że w kontraktach zmieniono warunki finansowe na naszą niekorzyść zawodników. To był totalny chaos. Ja w pewnym momencie już tylko chciałem się stamtąd wydostać — nie zależało mi na niczym innym. Ostatecznie dostaliśmy potrzebne dokumenty i udało się opuścić klub. I po tym doświadczeniu nie mam już takiego romantycznego spojrzenia na Bułgarię, jak kiedyś.

M.L: Czyli Mariusz Sacha nie kłamał, mówiąc, że tej przygody z pewnością nie będzie Pan miło wspominał…

S.C: Zdecydowanie… My w pewnym momencie po prostu zaczęliśmy się bać. Mieliśmy wrażenie, że to są jacyś ludzie powiązani z dziwnym środowiskiem i nie chcieliśmy mieć z tym już nic wspólnego. Powiedziałem wtedy jasno: „uciekajmy stąd”. Nie chciałem się o nic prosić ani wdawać w konflikty z kimkolwiek, kto mógłby nam zaszkodzić. Uznałem, że nie ma sensu się nad tym zastanawiać — trzeba patrzeć do przodu. Lepiej było po prostu spakować się i wyjechać. I tak zrobiliśmy. Na szczęście udało się z tego wszystkiego wyjść. Później trafiłem do Odry Opole, a potem byłem w Arce Gdynia. Co ciekawe, Arka chciała mnie jeszcze przed wyjazdem do Bułgarii, ale wtedy zdecydowałem inaczej.  Pomyślałem: „pojadę do Bułgarii, spróbuję czegoś innego…”. No i tak to czasem w życiu bywa…

Cała rozmowa, z której pochodzi ten fragment:

Richard Zajac: Sam się zastanawiam, jakim cudem to nie wpadło

W naszym cyklu nie mogło zabraknąć także rozmowy z Richardem Zajacem. Słowacki bramkarz przez lata był ulubieńcem bielskiej publiczności. Sympatię kibiców zaskarbił sobie m.in. swoimi kapitanymi interwencjami. W wywiadzie golkiper wrócił wspomnieniami do tych czasów i wskazał parady, które do dziś zostały w jego pamięci…

ML: Ma Pan taką jedną swoją interwencję, która szczególnie utkwiła w głowie? Taką, że do dziś się Pan zastanawia, „jak to obroniłem”?

RZ: Jeśli mam się trzymać tego hasła – „jak to obroniłem”? To taka sytuacja miała miejsce na Legii Warszawa… Już nie pamiętam, który to był sezon, ale pamiętam, że była 80. minuta i wtedy wykonałem taką interwencję, że sam się zastanawiam, jakim cudem to nie wpadło. Dodatkowo to był jeszcze moment, w którym prowadziliśmy 0:1 na trudnym terenie. Potem w końcówce niestety zdążyli nam jeszcze strzelić trzy bramki i przegraliśmy ten mecz, ale ta interwencja z tego spotkania została w mojej pamięci. Pamiętam także to spotkanie z Sandecją, po którym awansowaliśmy do Ekstraklasy. Obroniłem wtedy rzut karny w 2. minucie – to wspomnienie też zostanie ze mną na długo. Miałem również kilka interwencji na Lechu… Na Wiśle też zawsze grałem dobre mecze, w ogóle to jest chyba mój ulubiony stadion w Polsce. Zagrałem tam cztery mecze i cztery razy zachowałem czyste konto (śmiech). 

Cała rozmowa, z której pochodzi ten fragment:

Jeśli jeszcze nie czytaliście pozostałych wywiadów z cyklu „Góralu, czy ci nie żal…?”, to musicie szybko nadrobić zaległości! Porozmawialiśmy już z:

———–

Płatna współpraca

Fani sportu mają możliwość skorzystania ze specjalnej promocyjnej oferty przygotowanej przez zakłady bukmacherskie Betters. Promocja „Zawsze +10% do depozytu” gwarantuje każdemu zarejestrowanemu użytkownikowi dodatkowe 10% wartości wpłaconych środków po dokonaniu depozytu zgodnie z regulaminem. Bonus zostanie przyznany automatycznie, a szczegółowe wszystkie zasady promocji, w tym minimalna kwota wpłaty oraz warunki obrotu, dostępne są na oficjalnej stronie Betters w zakładce promocje. Więcej szczegółów pod  linkiem: betterspartner.pl/bielsko/

Autor: Zdjęcie autora Mikołaj Lorenz
[email protected]