Piłka nożna

Jakub Więzik: Jego strzał, technika i kontrola piłki to było play station

today17.02.2026 10:54

Tło
share close

Zapraszamy na drugą część rozmowy z Jakubem Więzikiem. Przeczytacie w niej między innymi wspomnienia z Ligi Europy, dowiecie się kto w Śląsku Wrocław był specjalistą od okien, który zawodnik odmówił mu tradycyjnej wymiany koszulek, jakie plotki Kuba przeczytał o sobie w gazecie po wyjeździe za granicę, oraz walce o to by przedłużyć swoją przygodę na zielonej murawie mimo przeciwności losu… 

„Samo wejście do szatni Śląska było dla mnie czymś niesamowitym i wyjątkowym”

A.H. Wygląda więc na to, że atmosfery w zespole nie brakowało i mówiąc piłkarskim żargonem „szatnia” była mocna, a skoro kumple fundowali ci takie żarty to chyba można powiedzieć, że udało ci się stać jej częścią?

J.W. Muszę powiedzieć, że trafiłem do Wrocławia w naprawdę świetnym okresie. W zespole było wiele piłkarskich osobowości, myślę, że wielu było w swoich życiowych formach w tamtym okresie. Samo wejście do takiej szatni było dla mnie czymś niesamowitym i wyjątkowym, wiesz tak naprawdę to była szatnia pełna dużych nazwisk w naszej lidze i nagle wchodzisz do niej no i wiadomo jak to jest, jesteś nowy, nikogo nie znasz, nie wiesz co i jak możesz zrobić, co powiedzieć, czego się spodziewać, kto jak cię odbierze…

A.H. I tutaj musimy na chwilę wrócić do wątku z pierwszej części z tą drugą stroną medalu…

J.W. No tak, nie ma co ukrywać, że kilku piłkarzy kojarzyło mojego tatę z występów w Groclinie, więc pewnie dla mnie to wejście i pierwsze sytuacje były łatwiejsze choćby z tego względu, że gdy padały jakieś wspomnienia na temat gry mojego taty miałem już jakiś punkt zaczepienia do wymiany choćby kilku zdań czy krótkiej rozmowy, to na pewno pozwoliło mi zrzucić ten pierwszy stres i napięcie związane z pierwszymi dniami aklimatyzacji w takiej drużynie, no bo chyba ciężko sobie wyobrazić bym zagadywał do któregoś z piłkarzy na temat przysłowiowej pogody (śmiech).

A.H. To było coś takiego, że nagle zacząłeś dzielić szatnię z zawodnikami, których pewnie wcześniej podziwiałeś w telewizji i byli już uznanymi markami, ale nie brakowało też zawodników, którzy w tamtej drużynie zaistnieli i wypromowali się do innych klubów…

J.W. Dokładnie, tak to właśnie wyglądało, niesamowite uczucie i radość i wielkie dla mnie przeżycie. Sebastian Mila, którego chyba nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba, Przemek Kaźmierczak, Sebino Plaku, Dudu Paraiba, Piotr Ćwielong,Waldek Sobota czy Marco Paixao, nie sposób wszystkich wymienić ale wielu z nich miało wtedy kapitalny okres w Śląsku oraz europejskich pucharach gdzie zagrali mecze, które wielu kibiców zapewne pamięta i odtwarza ich skróty do dziś…

„Pamiętam jak powiedział, że najlepszym piłkarzem z jakim grał i trenował był Quaresma”

A.H. Z którym z tamtych piłkarzy nawiązałeś taką najbliższą relację?

J.W. Na pewno Przemek Kaźmierczak dużo mi pomógł jeśli chodzi o taką aklimatyzację. Akurat tak się złożyło, że w tym samym okresie jeździliśmy na rehabilitację, ja po urazie kostki, a Przemek po kontuzji kolana. Opowiadał mi wtedy dużo o wrażeniach z pobytu w FC Porto, pamiętam, jak powiedział, że najlepszym piłkarzem z jakim grał i trenował był Quaresma. Powiedział mi również, że pierwszy raz w Portugalii spotkał się z tym, że jakakolwiek gierka na treningu odbywała się maksymalnie na dwa kontakty.

A.H. A propos pucharów, w pamiętnych eliminacjach Ligi Europy w 3 rundzie nie byliście faworytem trafiając na obyte już w europie Club Brugge, pamiętasz emocje przed meczem po wylosowaniu tego przeciwnika?

J.W. Kojarzę, że przed meczem z Belgami nie było jakiegoś nadzwyczajnego ciśnienia, i co istotne na pewno nie przegraliśmy tego meczu w szatni, przez jakieś bojaźliwe nastawienie i pompowanie balonika. Pierwsze starcie graliśmy u siebie, spotkanie było wyrównane, ale na pewno udało się nam stworzyć więcej okazji bramkowych. W drugiej połowie profesurkę przy wykończeniu akcji zaliczył wspomniany przeze mnie wcześniej Plaku, który na pełnej szybkości wykonał podcinkę nad bramkarzem i ostatecznie wygraliśmy 1:0 mając całkiem korzystny rezultat przed rewanżem w Belgii

„Nastawienie było tylko i wyłacznie takie, że z Belgii wracamy z awansem”

A.H. Po zwycięstwie we Wrocławiu apetyty na awans na pewno wzrosły, mimo tego, że w mediach ten wynik traktowany był raczej jako niespodzianka, rozumiem, że do Belgii jechaliście po awans?

J.W. Zgadza się, nastawienie było tylko i wyłącznie takie, że z Belgii wracamy z awansem. Uważam, że zagraliśmy tam naprawdę dobre spotkanie no i to co wyprawiał na boisku Waldek Sobota to chyba pamięta większość kibiców, która w tamtym okresie śledziła występy polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę, że ten mecz go wtedy naprawdę zbudował i pozwolił wejść na taką falę, która w późniejszym czasie doprowadziła do tego, że Waldek został kupiony właśnie przez Club Brugge. Co warte przypomnienia w obu meczach z Belgami kapitalne asysty przy golach Plaku i Soboty zaliczył Przemek Kaźmierczak. Z meczu wyjazdowego pamiętam jeszcze takie osobiste przeżycie gdy wyszedłem do rozgrzewki w narożniku boiska, w którym rozgrzewał się też obok sam Eidur Gudjonsen, zdałem sobie z tego dopiero sprawę, gdy przeczytałem jego nazwisko na koszulce ponieważ nie miałem pojęcia, że aktualnie gra w Bruggi. Piłkarz, którego jako nastolatek podziwiałem w telewizji gdy grał w FC Barcelonie czy gdy grałem tym klubem na konsoli w Fifę… (śmiech)

A.H. Waldek zasłynął w szatni Śląska nie tylko świetnymi występami na boisku…

J.W. Gdy pozycja Waldka rosła i co za tym idzie rosły też finanse postanowił on sprawić sobie nowy samochód. Gdy już podjechał pod klub nowym Audi z salonu oczywiście razem z chłopakami ruszyliśmy do oględzin jego najnowszego nabytku. Wszystko było pięknie dopóki ktoś nie zauważył, że nowa wypasiona fura w tylnych drzwiach ma jednak tzw. korbotronik (śmiech). Nie muszę mówić, że przez długi czas było to głównym tematem szydery i w każdym temacie związanym z uchylaniem szyb w autokarze czy np. otwarciu okna w szatni zwracaliśmy się do Waldka jako specjalisty. To był super zawodnik i mega skromny, pozytywny chłopak, który śmiał się razem z nami.

A.H. Po niemałym sukcesie jakim było wyeliminowanie Club Brugge poprzeczka w następnej rundzie została zawieszona naprawdę wysoko ponieważ wylosowaliście można powiedzieć pucharową potęgę w tamtym czasie czyli FC Sevilla…

J.W. Pamiętam, że klimat tego meczu w dosłownym tego słowa znaczeniu był jak przystało na Hiszpanię bardzo gorący. W dniu treningu przedmeczowego, który tak jak mecz odbywał się około godziny 21 było tak parno, że po kilku okrążeniach rozgrzewkowych wszyscy byliśmy mokrzy (śmiech). Następnego dnia mecz rozpoczął się dla nas zaskakująco dobrze, bo w 16 minucie Marco Paixao uciszył stadion, ale prowadzenie udało się utrzymać zaledwie 20 minut, później było już tylko gorzej i gospodarze robili w ofensywie co chcieli. Po zakończonym spotkaniu próbowałem poprosić Ivana Rakiticia o wymianę koszulkami, ale niestety odmówił, chyba nie był zainteresowany posiadaniem tak cennej i unikatowej koszulki jak ta z moim nazwiskiem (głośny śmiech).

„Sevilla wpadła do Wrocławia zagrać z nami w dużego dziadka…”

A.H. Rewanż we Wrocławiu mimo fatalnego wyniku wyjazdowego i tak odbył się przy komplecie publiczności…

J,W. Niestety mecz domowy zakończył się dla nas jeszcze gorszym wynikiem. Po spotkaniu mimo fatalnego nastroju i totalnego przygnębienia oraz wstydu jaki odczuwaliśmy po tym meczu wobec naszych kibiców staraliśmy się odreagować emocje używając czarnego humoru. Tak oto powstało krótkie i bolesne podsumowanie naszego występu, iż Sevilla wpadła do Wrocławia zagrać z nami w dużego dziadka… W pierwszej połowie gdy oglądałem to spotkanie z ławki rezerwowych z pozostałymi zawodnikami, określiliśmy strzał Rakiticia, jego grę, kontrolę piłki rodem z play station, byliśmy wobec Hiszpanów bezradni. W tym meczu dostałem szansę gry od 46 minuty i miałem nawet swoją okazję, niestety nie miałem czystej pozycji do oddania strzału i piłka uderzona głową została raczej bez problemu wyłapana przez bramkarza.

 

Śląsk Wrocław – FC Sevilla (sytuacja Jakuba Więzika) źródło: łączy nas piłka 

 

A.H. Piękna przygoda ze Śląskiem powoli dobiegała końca i zdecydowałeś się wyjechać za granicę…

J.W. Zgadza się, Ślask miał wtedy mocną ekipę, także napastników. Marco Paixao miał świetny okres, a ja dostawałem coraz mniej szans na grę co było absolutnie zrozumiałe dlatego zdecydowałem się na transfer do czwartoligowego Carl Zeiss Jena. Ciekawostką związaną z tym transferem było to, że po pół rocznym pobycie w Jenie – Przemek Trytko wracał do Korony Kielce, a ja można powiedzieć przyszedłem w jego miejsce.

„Praktycznie każdy trening odbywał się na innym boisku”

A.H. Pierwsze wrażenia po przybyciu do Niemiec?

J.W. Po przybyciu największy szok i wrażenie wywarła na mnie baza treningowa. Pojechałem do Jeny z klubu ekstraklasy, który niedawno zdobywał mistrzostwo, a przepaść była ogromna. Baza treningowa Jeny to było około 12 boisk, praktycznie każdy trening odbywał się na innym boisku.

A.H. Oprócz fantastycznego zaplecza czy Ty również możesz potwierdzić kwestie intensywności treningów w Niemczech?

J.W. Powiem tak, mimo że przyszedłem z klubu ekstraklasy to cóż – intensywność była nieporównywalnie większa, a okresy przygotowawcze były tak ciężkie, że pomiędzy treningami (dwa dziennie) aby mieć więcej czasu na regenerację szedłem na klubową siłownię i spałem na materacu, aby nie tracić czasu na dojazdy z klubu do domu i z powrotem. Dość powiedzieć, że gdy trafiłem do klubu właśnie na okres przygotowawczy, na porannych treningach które zaczynały się od biegu na12 km, klubowi bramkarze mieli lepsze tempo ode mnie (śmiech). Oczywiście moja wydolność na początku była obiektem żartów i szydery ze strony reszty zespołu, ale mimo słabej znajomości języka nauczyłem się riposty i odpowiadałem, że nie jestem od biegania tylko od strzelania bramek (śmiech).

A.H. Bariera językowa była na początku pewnie sporym utrudnieniem?

J.W. Niestety tak, na samym początku gdy pytałem kogoś po angielsku o podstawowe rzeczy jak godziny treningu czy inne sprawy organizacyjne odpowiadano mi specjalnie po niemiecku, ale może to była taka metoda wstrząsowa, bo dzięki temu miałem większą motywację do tego by opanować podstawy języka, a z biegiem czasu już porozumiewać się płynniej.

„W gazecie przeczytałem, że mam zostać sprzedany do Anglii za milion euro”

A.H. Klub z Jeny miał jeszcze jeden ciekawy wątek, który pojawił się gdy regularnie trafiałeś do siatki…

J.W. Tak, na początku szło mi naprawdę nieźle, i po strzeleniu chyba 7 bramek, w jednej z lokalnych gazet przeczytałem, że mam zostać sprzedany do Anglii za milion euro. Po czasie domyśliłem się, że mogło to być działanie środowiska związanego z klubem, żeby wykorzystać okres gdy byłem na fali, by wzbudzić zainteresowanie potencjalnych chętnych i podbić cenę. Niemniej wtedy byłem mega zaskoczony i zapytałem prezydenta klubu Lutza Lindemanna o co chodzi i czy coś jest na rzeczy. Lutz powiedział mi, że Rozmawiał z Rolandem Duchateletem, który chce bym po sezonie pojechał na testy do Standardu Liege. Później dowiedziałem się, że Roland Duchatelet był udziałowcem w Carl Zeiss Jena, Charlton Athletic oraz Standard Liege.

A.H. Czy ten wyjazd do Belgii doszedł do skutku, a jeśli tak to jak wypadły te testy?

J.W. Tak, rzeczywiście po zakończeniu rundy w Jenie udałem się na testy do Liege. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że poziom w Standardzie to był ogromny przeskok sportowy. O ile na treningu strzeleckim wypadłem nieźle, to na gierkach typu 5 na 5 czy 4 na 4 nie wiedziałem co się dzieje. Tempo gry, wymiana podań, intensywność była poza moim zasięgiem (śmiech). Po powrocie do Niemiec trener Jeny wziął mnie na bok i powiedział z humorem, że wszystko fajnie i cieszy się, że dostałem szansę, ale żebym sobie jeszcze trochę w Jenie pograł i strzelił kilka bramek i może następnym razem (śmiech).

„Byłem pewniakiem do gry, ale…”

A.H. No i spełniłeś jego prośbę 🙂

J.W. Tak, jest kilka fajnych wspomnień. W finale pucharu Niemiec na szczeblu regionalnym strzeliłem zwycięska bramkę na 2:1 z FC Meuselwitz, dzięki temu awansowaliśmy do kolejnej rundy, w której wylosowaliśmy HSV Hamburg. Cała moja rodzina przyjechała do Jeny na ten mecz, było to tak wielkie wydarzenie, że na stadionie dostawiano trybuny, frekwencja i zainteresowanie było ogromne bo ostatecznie na meczu pojawiło się około 20 tyś kibiców. Byłem pewniakiem do gry, ale… Na ostatnim treningu przed meczem naderwałem mięsień łydki i po diagnozie czekał mnie miesiąc przerwy od gry. Próbowałem brać środki przeciwbólowe by za wszelką cenę móc wystąpić, ale przy tym urazie nie ma szans by normalnie biegać nie mówiąc już o sprincie. Żal był tym bardziej większy, że wówczas trenerem HSV był Bruno Labbadia, który w Kaiserslautern grał z moim tatą i zdobyli w tamtym okresie Puchar Niemiec, miałem więc dodatkowy bodziec aby się pokazać, ale wyszło jak wyszło. Sam mecz wygraliśmy z HSV 3:2, trafiając w kolejnej rundzie na VfB Stuttgart.

(2:08 – bramka Jakuba Więzika)

A.H. W tym meczu już udało Ci się zagrać, jednak tym razem nie było happy endu…

J.W. Z VfB przegraliśmy 2:0, zagrałem 15 minut, a jedyną miła pamiątką jaka została mi po tamtym spotkaniu jest koszulka Przemka Tytonia, który wtedy stał między słupkami Stuttgartu.

A.H. Mimo obiecującego okresu w Jenie, później doszło do nieoczekiwanego zwrotu akcji…

J.W. Po zakończonym sezonie miałem propozycje Z 4 ligowego wtedy Magdeburga i Zwickau, jednak nie chciałem zmieniać klubu, bo bardzo dobrze czułem się w Jenie mimo specyficznej relacji z trenerem. Ówczesny szkoleniowiec powtarzał mi, że nie będę u niego grał bo nie lubi wysokich napastników, jednak mimo grania końcówek strzelałem na tyle dużo bramek, że siłą rzeczy musiał mnie wystawiać. Jednak ostatecznie po pół roku takiej sytuacji i dalszych jego zapewnień, że nie będzie na mnie stawiać postanowiłem zmienić otoczenie i trafiłem do Meuselwitz, do którego przychodziłem jako ten który odebrał im zwycięstwo w finale Pucharu Niemiec, a wcześniej w podobnych okolicznościach wbiłem im bramkę w meczu ligowym w samej końcówce ustalając wynik na 3:2

„Byłem załamany i ciężko było mi się z tym oswoić”

A.H. I to niestety tam usłyszałeś po raz pierwszy „sportowy wyrok”…

J.W. Jeśli dobrze pamiętam to chyba po drugim meczu potwornie spuchła mi lewa kostka i odczuwałem ogromny ból w trakcie ruchu. Udałem się na badania do kliniki gdzie usłyszałem diagnozę, że mam uszkodzenie chrząstki 4 stopnia w lewej kostce i zostało mi maksymalnie 3-4 lata grania i to z zębami zaciśniętymi z bólu i na proszkach przeciwbólowych. Byłem naprawdę załamany i ciężko mi się było z tym oswoić. W dalszej części tej historii uraz był już na tyle uciążliwy, że według lekarzy musiałem poddać się operacji. Pojechałem do załatwionej przez klub kliniki i przyznam, że gdy zobaczyłem jej standard poczułem spokój i nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Pierwszym niepokojącym sygnałem było to, że gdy personel medyczny podał mi tzw. głupiego jasia, jedna z pielęgniarek wzięła markera i zaznaczyła „X” na prawej kostce… Byłem jeszcze na tyle świadomy, że zapytałem czy chciała zaznaczyć nogę do operacji i powiedziałem jej, że chodzi o moją lewą kostkę. Wiem, że takie rzeczy się zdarzają, ale jak się później okazało jednak była to zła wróżba.

A.H. Operacja delikatnie mówiąc została spaprana?

J.W. Operacja jak się okazało została całkowicie spaprana. Późniejsza konsultacja w Polsce u doktora Ficka wszystko mi uświadomiła. Mój uraz wymagał zeszlifowania części chrząstki, tak aby zminimalizować nieprawidłowości występujące w stawie, niestety w Niemczech wycięto jej 1,5cm część co spowodowało taką dysfunkcję mojego stawu skokowego, że przez następny rok piłkę mogłem oglądać w telewizji albo pograć sobie na konsoli.

A.H. Tamten rok upłynął Ci pod znakiem żmudnej rehabilitacji?

J.W. Zgadza się, cały czas miałem jeszcze ważny kontrakt z klubem i odbywałem rehabilitację w Niemczech. Było naprawdę ciężko i na początku postępy były tak znikome, a w zasadzie żadne, że czasem zastanawiałem się czy po tej rehabilitacji będę mógł chociaż normalnie wchodzić po schodach, a granie trudno było mi sobie w ogóle wyobrazić. Z czasem klub też już nie za bardzo się na to wszystko zapatrywał i po zakończeniu rehabilitacji i kontraktu dano mi rękę w poszukiwaniu sobie nowego pracodawcy.

„Tata przez dwa miesiące przygotowywał mnie na boisku na Straconce”

A.H. Poczułeś się na tyle dobrze, że mimo takiego rozwoju sytuacji postanowiłeś jeszcze raz zawalczyć?

J.W. Stwierdziłem, że to wszystko kosztowało mnie tak wiele wysiłku i pracy, że niech się dzieje co chce, ale chciałbym jeszcze się sprawdzić, bo tak naprawdę nie wyobrażałem sobie życia bez piłki. Po powrocie do Polski pod skrzydła wziął mnie tata. Przez dwa miesiące na bulwarach na Straconce gdzie mieści się takie mniejsze trawiaste boisko przygotowywałem się piłkarsko i motorycznie. Moim agentem był wtedy Słowak, który w pewnym momencie zadzwonił do mnie, że jest szansa na testy w drużynie Tatran Presov.

A.H. Rok rehabilitacji bez gry, dwa miesiące przygotowań pod okiem Grzegorza Więzika i porwałeś się na testy w drużynie Słowackiej Ekstraklasy, były jakieś wątpliwości w twojej głowie?

J.W. Może to tak wyglądać jak jakieś szaleństwo, ale tata przygotował mnie wtedy naprawdę znakomicie. Poświęcił mi ogromnie dużo czasu, dał wiele wskazówek i poprawiliśmy wiele elementów bazując na jego doświadczeniu z całej piłkarskiej kariery. Czułem się dobrze i na pewno byłem też dodatkowo bardzo napompowany tym, że po takim czasie znów mam szansę poczuć to wszystko co wiąże się z grą w piłkę. Byłem tak nakręcony, że w ogóle nie miałem jakichś obaw, a poza tym jak wcześniej mówiłem pojechałem tam bez żadnej presji.

A.H. Skończyło się angażem w Słowackiej ekstraklasie…

J.W. Zagrałem tak naprawdę w jednym sparingu, była to jak dobrze kojarzę drużyna z czeskiej ekstraklasy. Wypadłem na tyle dobrze, że sztab zdecydował, że chcą abym dołączył do zespołu i zaproponowano mi kontrakt.

A.H. Jak wspominasz ten okres, jak Ci się grało na Słowacji?

J.W. Czułem się na Słowacji bardzo dobrze, nie było też na pewno na początku takiej bariery językowej jak po przyjeździe do Niemiec. Uważam, że to bardzo fajna liga i wielu młodym chłopakom udało się dobrą grą na Słowackich boiskach przebić do większych klubów w lepszych ligach. Jeśli chodzi o mój okres w Preszowie to nie strzelałem zbyt wiele bramek, ale grałem niemal wszystko

A.H. Chyba bramki nie były dla Ciebie samego wtedy aż tak bardzo istotne, ale sam fakt tego, że zamieniłeś salę rehabilitacyjną na stadiony Słowackiej ekstraklasy

J.W. Zgadza się. Znów miałem w sobie taką radość z gry i czułem się szczęśliwy mogąc znów ubrać korki i wybiec na murawę. Przeżyłem wiele fajnych momentów, z czasu gry w Tatranie chyba tym, który smakował najbardziej była bramka strzelona Slovanowi Bratysława na ich obiekcie. Przegraliśmy tamten mecz 3:2, ale Slovan to była wtedy ligowa czołówka.

„Uraz okazał się na tyle poważny, że musiałem poddać się operacji”

A.H. Jednak i w tym okresie los znów postawił Ci wyzwanie…

J.W. Niestety w ostatnim meczu w Tatranie, który graliśmy z Dunajską Stredą obrońca wziął mnie na plecy przy wyskoku do główki i lądowanie zaliczyłem na bark. Uraz okazał się na tyle poważny, że musiałem poddać się operacji. Znów pojawiły się nade mną czarne chmury, ale po operacji zadzwonił do mnie agent z informacją, że Podbrezova oferuje mi kontrakt i chcą mnie wziąć z kontuzją, nie zastanawiałem się ani chwili, na okres przygotowawczy z drużyną pojechałem tak naprawdę z ręką sprawną w może 30%. Sprawiało mi to trochę problemów w trakcie treningów, biegania itd., no i wiązało się też z pewnym ryzykiem, jednak wszystko przebiegło na tyle szczęśliwie, że rozpocząłem sezon bez żadnego urazu.

A.H. Sezon, który zaczął się dla was wtedy bardzo obiecująco, a dla ciebie od bramki w debiucie i to z dodatkowym smaczkiem…

J.W. Tak, pierwszy mecz w Podbrezovej to wyjazd do Preszowa, gdzie wygraliśmy 2:0, a ja ustaliłem wynik meczu bramką z główki przeciwko swojemu byłemu klubowi, ale poza radoscią z wygranej i strzelonego gola nie było żadnych innych historii, ponieważ nie rozstawaliśmy się w zdrowych relacjach. Początek rundy był tak dobry w naszym wykonaniu, że w pewnym momencie kręciliśmy się w okolicach podium. Wtedy oczywiście zaczęły się „marzenia” i z chłopakami już analizowaliśmy na kogo ewentualnie możemy trafić w eliminacjach do ligi Europy. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te fantazje, bo kolejne mecze to siedem porażek i walka o utrzymanie (śmiech).

„To był wtedy młody chłopak i nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło”

A.H. W Podbrezovej doszło również do momentu, gdzie twoje piłkarskie ścieżki przecięły się z wchodzącym wtedy do seniorskiej piłki obecnym filarem defensywy FC Porto i reprezentacji Polski…

J.W. Dokładnie tak, chyba po pół roku odkąd przyszedłem do Podbrezovej dołączył do nas Jakub Kiwior z drużyny rezerw Anderlechtu. Wiadomo, że to był wtedy młody chłopak i nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że kiedyś wspomnę z kim grałem w jednej drużynie, że jego talent tak eksploduje. Jak pomyślę w jakich już grał klubach i na jakim jest poziomie to widzę, że w mojej przygodzie z piłką coś ewidentnie poszło nie tak (śmiech!)

A.H. Czy mimo młodego wieku Kuby (18 lat) pamiętasz coś co mogło już wtedy rzucać się w oczy sugerując tzw papiery na grę?

J.W. Szczerze mowiąc w tamtym okresie raczej trudno byłoby to przypuszczać z samej gry. Kuba był raczej cichym, skrytym i bardzo spokojnym człowiekiem, ale mentalnie wydawało mi się, że nie robi dla niego różnicy gierka na treningu, sparing, mecz o tzw. „6 punktów” czy z jakim zawodnikiem przyjdzie mu stanąć w pojedynki sam na sam. Miał taki spokój, wydawało mi się, że niczym się nie przejmował, może to była jedna z tych cech dzięki, której z czasem na boisku zaczął radzić sobie tak kapitalnie, że dziś jest w takim miejscu. Myślę, że jeśli nie przytrafią mu się żadne kontuzje czego mu z całego serca życzę to będziemy mogli podziwiać jeszcze wiele jego wspaniałych występów i może dołączyć do grona najlepszych polskich zawodników na swojej pozycji.

„Musiałem zrozumieć, że w moim życiu kończy się coś ważnego”

A.H. Kontuzje, które niestety w Twoim przypadku spowodowały, że musiałeś pożegnać się z graniem na wysokim poziomie…

J.W. Niestety, wraz z upływem czasu, coraz większej liczbie treningów, meczów na Słowacji kostka znowu zaczęła puchnąć uniemożliwiając mi nawet normalne poruszanie się. Miałem znów przerwę w grze, doktor Ficek kolejny raz próbował jeszcze ratować mnie zabiegiem w Polsce, ale błędu popełnionego podczas operacji w Niemczech nie dało się już w żaden sposób naprawić. Trudno było mi się z tym pogodzić, w głowie często wracałem do tej feralnej operacji, zadając sobie wiele pytań, na które przecież żadna z odpowiedzi i tak nie mogła zmienić aktualnej rzeczywistości. Musiałem zrozumieć, że w moim życiu kończy się coś ważnego, coś co gdyby nie zdrowie chciałbym robić nadal, to było najtrudniejsze… Te wszystkie chwile, momenty, emocje, miejsca, ludzie, wszystko to co wydarzyło się w moim życiu w związku z grą w piłkę zawszę będzie zajmować szczególne miejsce w moim sercu, bo gdyby nie miłość do piłki jaką zaszczepił we mnie tata nie byłoby mi dane tego wszystkiego przeżyć.

———–

Płatna współpraca

Fani sportu mają możliwość skorzystania ze specjalnej promocyjnej oferty przygotowanej przez zakłady bukmacherskie Betters. Promocja „Zawsze +10% do depozytu” gwarantuje każdemu zarejestrowanemu użytkownikowi dodatkowe 10% wartości wpłaconych środków po dokonaniu depozytu zgodnie z regulaminem. Bonus zostanie przyznany automatycznie, a szczegółowe wszystkie zasady promocji, w tym minimalna kwota wpłaty oraz warunki obrotu, dostępne są na oficjalnej stronie Betters w zakładce promocje.

 

Autor: Zdjęcie autora Ariel Herka
[email protected]