Piłka nożna

NA GWIZDEK: Mateusz Długosz. „Wygrzebaliśmy chorągiewki z kontenera na śmieci… i rozpoczęliśmy mecz”

today05.11.2026 11:45

Tło
share close

Dziesięć lat na sędziowskim szlaku, mecze na poziomie III i IV ligi, spotkania przy pełnych trybunach i możliwość dzielenia boiska z mistrzem świata. Mateusz Długosz swoją przygodę z futbolem rozpoczynał jako bramkarz. Dziś ma za sobą wiele niezapomnianych historii, ale również trudne doświadczenia, które pokazały mu, jak wymagająca i niewdzięczna jest rola arbitra. W kolejnej odsłonie cyklu NA GWIZDEK opowiada o swoich początkach, najciekawszych spotkaniach oraz o planach na przyszłość.

Zaczynał między słupkami

Zanim pierwszy raz pojawił się na boisku z gwizdkiem, próbował swoich sił jako zawodnik. Pierwsze piłkarskie doświadczenia zdobywał w młodzieżowych drużynach BKS-u Stal Bielsko-Biała. Później na kilka lat rozstał się z futbolem. Do gry wrócił dopiero w wieku 15 lat – dołączył do Pioniera Pisarzowice. Występował jako bramkarz w drużynach juniorskich, otrzymując również szanse gry w pierwszym zespole na poziomie A-Klasy. – Bywało tak, że w jedną sobotę grałem jako bramkarz cały mecz w juniorach, a później również w seniorach. -wspomina.

Na pewnym etapie, jak większość dzisiejszych arbitrów, doszedł jednak do wniosku, iż w futbolu wielkiej kariery nie zrobi. Decyzja o rozpoczęciu przygody z sędziowaniem była więc dla niego naturalnym wyborem. – Pomyślałem sobie, że chciałbym zostać przy piłce i dlatego zapisałem się na kurs sędziowski – tłumaczy.

Kurs sędziowski? „Nie chciało mi się iść”

Niewiele jednak brakowało, a dziś nie miałby na koncie tych wszystkich spotkań i wspomnień. Jak sam wspomina po latach, mimo iż zapisał się na kurs… to, gdy przyszło stawić się na zajęciach, zwyczajnie mu się nie chciało. – Na pierwsze spotkanie kursu nie chciało mi się iść i gdyby nie osoba, która mnie wtedy trochę „przymusiła”, to pewnie nie przeżyłbym swojej pięknej przygody sędziowskiej. – zdradza po latach.

Finalnie, mimo początkowych perturbacji kurs udało się ukończyć. Rozpoczął nowe wyzwanie. Jednak początki nie były łatwe. Dziś nie ukrywa, że pierwsze mecze były dla niego sporym wyzwaniem – Mimo że człowiek wcześniej oglądał mecze i sam grał w piłkę, na początku ciężko było się przestawić z roli zawodnika czy widza i wejść w buty sędziego. To zupełnie inna perspektywa i naprawdę nie jest to takie łatwe, jak może się wydawać – przyznaje. 

„Wygrzebaliśmy te chorągiewki… i rozpoczęliśmy mecz”

Pierwsze mecze przyniosły również historie, które dziś wywołują uśmiech. Jedna z takich anegdot pochodzi z Mazańcowic. Początkujący, wówczas arbiter pojawił się na spotkaniu… bez chorągiewek. Ratunkiem okazał się pobliski kontener na śmieci.

– Ze śmiesznych sytuacji mogę przytoczyć jeden mecz z ligi juniorów w Mazańcowicach na początku naszej sędziowskiej drogi. Byliśmy tam z kolegą po kursie we dwójkę (nie było trzeciego sędziego) i nie wzięliśmy chorągiewek. Pytając gospodarza klubu czy mają chorągiewki, odpowiedział nam, że nie ma, ale, że ostatnio wyrzucali do śmieci i żebyśmy tam poszukali. Poszliśmy do dużego kontenera na śmieci i wygrzebaliśmy te chorągiewki – na szczęście były z samej góry… i rozpoczęliśmy mecz  – wspomina z uśmiechem po latach.

Na sędziowskim szlaku jest już od 10 lat. W tym czasie poprowadził całą masę zawodów, spotkał wielu ciekawych zawodników, trenerów, czy działaczy. Za sobą ma mecze na poziomie III i IV ligi… Uczciwie jednak przyznaje, że na samym początku swojej drogi nie wiązał z tym zajęciem zbyt wielkich planów.

– Na początku w ogóle tego nie czułem – traktowałem to jako takie dodatkowe źródło dochodu i możliwość zrobienia czegoś dla siebie – treningu biegowego, za który jeszcze mi zapłacą. Dodatkowo mogłem się cieszyć jeszcze ze sportowej weekendowej adrenaliny, której byłem nauczony przez całe życie – grając w meczach ligowych. – mówi.

Spotkanie z mistrzem świata

Wraz z biegiem czasu przygoda zaczęła nabierać rozpędu. Pojawiły się awanse do wyższych lig, coraz lepsze spotkania. Jednym z najważniejszych momentów w jego sędziowskiej karierze był debiut na poziomie III ligi. Spotkanie odbyło się na stadionie GKS-u Bełchatów, a na trybunach zgromadziło się blisko dwa tysiące kibiców.– Pierwszy raz miałem okazję sędziować przy tak dużej publiczności, dzięki której mogłem przeżyć niezapomniane wspomnienia – w dodatku uwiecznione na YouTubie. – wspomina.

– Pamiętam też świetną atmosferę z meczu III ligi: Karkonosze Jelenia Góra – Stilon Gorzów Wielkopolski… Na każdym rogu stała policja, ponieważ pod kątem kibicowskim był to mecz podwyższonego ryzyka. Na trybunach był komplet. Mecz w marcu przy światłach o godzinie 17.00 – coś pięknego. Super atmosfera była też na meczu IV ligi: Ruch Radzionków – ROW Rybnik… Komplet widzów, pirotechnika i głośny doping – dodaje.

W pamięci zapadnie mu także pewne spotkanie sparingowe… – Zapamiętam również mecz sparingowy na Stadionie Górnika Zabrze, który wtedy podejmował w sparingu drużynę ze Słowacji – dodaje.

W Zabrzu miał okazję spotkać się na murawie z Lukasem Podolskim – to jego wskazuje, pytany o najlepszego piłkarza, z którym przeciął się na swojej sędziowskiej drodze. – Bardzo sympatyczny i utytułowany piłkarz. Po meczu zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie z moim bratem i przyjacielem Pawłem Suskiem. – mówi. Tę historię możecie zresztą kojarzyć z jednej ze wcześniejszych odsłon naszego cyklu: NA GWIZDEK: Paweł Susek. „Tanzania, Angola czy Bangladesz to miejsca, które wiele mnie nauczyły”.

Jego młodszy, brat Mikołaj poszedł w jego ślady i także postanowił spróbować sił w tym fachu. – Pomimo młodego wieku i tego, że cały czas zbiera doświadczenie, to muszę powiedzieć, że ma naprawdę duży potencjał. Jak na tak krótki staż sędziuje dobrze. Teraz tylko od jego woli i zaangażowania zależy jego dalsza przygoda z gwizdkiem. – ocenia.

Nie brakowało trudniejszych momentów…

Mateusz Długosz

Nie wszystkie momenty związane z sędziowaniem należały jednak do przyjemnych. Jednym z trudniejszych doświadczeń w ostatnim czasie była sytuacja, która wydarzyła się przed rokiem w Wapienicy. Mateusz Długosz zakończył wówczas przedwcześnie spotkanie, gdy jeden z wykluczonych zawodników odmówił opuszczenia najbliższej okolicy boiska.

Wokół tych wydarzeń zrobiło się spore zamieszanie, a finalna decyzja Podokręgu Bielsko-Biała wywołała ogromne poruszenie w środowisku sędziowskim. Władze ligi zdecydowały bowiem o podtrzymaniu wyniku z boiska, podważając tym samym autorytet arbitra. – Trochę już nabrałem do tej sytuacji dystansu. Na pewno jestem dumny z całego naszego środowiska sędziowskiego, które stanęło wtedy za mną w tej sytuacji i mnie wspierało. – podkreśla po czasie.

„Chciałbym czerpać przyjemność z sędziowania…”

Choć sędziowanie przyniosło mu wiele pięknych wspomnień, dziś coraz częściej zastanawia się nad dalszym kierunkiem swojej sportowej drogi. Nie ukrywa, że przyjemność z wybiegania na boisko jest coraz mniejsza, a życiowe priorytety zaczynają się zmieniać.

– Przede wszystkim chciałbym czerpać przyjemność z sędziowania… Co prawda jest już ona coraz mniejsza, dlatego coraz rzadziej wybiegam na zielone boiska. Jeden mecz w weekend to dla mnie maksimum. Wolę spędzić czas z najbliższymi odpoczywając, podróżując, zamiast wysłuchiwać pretensji, wyzwisk… A na koniec otrzymać za to 200 zł, tracąc przy tym całą sobotę. Rozwijam się też jako trener i myślę, że w tym kierunku chciałbym pójść w przyszłości. – kończy.

Czytaj także:

 

Autor: Zdjęcie autora Mikołaj Lorenz
[email protected]