Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Jego przygoda z piłką rozpoczęła się na Osiedlu Karpackim – to tam na betonowym boisku stawiał pierwsze kroki w futbolu. Później, w młodym wieku dołączył do Podbeskidzia Bielsko-Biała, a w międzyczasie miał okazję występować z orzełkiem na piersi. W 2007 roku wziął udział w mistrzostwach świata do lat 20, podczas których szatnie dzielił z późniejszymi wielkimi gwiazdami polskiego futbolu. Na turniej mógł w ogóle nie pojechać… Pomogła mu lekkomyślna decyzja Kamila Grosickiego! Mariusz Sacha w szczerej rozmowie wraca do początków swojej drogi, wspomina wejście do szatni Podbeskidzia oraz dzieli się z nami barwnymi anegdotami z młodzieńczych lat.
Jak właściwie zaczęła się twoja przygoda z piłką? Kto zaszczepił w tobie miłość do tego sportu?
Miłość do piłki nożnej narodziła się u mnie na Osiedlu Karpackim, gdzie się wychowywałem. W każdej wolnej chwili po powrocie ze szkoły szło się na betonowe boisko. Niestety, najczęściej grali tam starsi, więc musieliśmy czekać, aż pozwolą nam dołączyć. Od najmłodszych lat cały czas biegałem za piłką. Na pierwszy trening do klubu — moim pierwszym klubem był BBTS Włokniarz Bielsko-Biała— zabrał mnie kolega Marcin Pierniak. Trenowałem tam ze starszą o 2-3 lata grupą. Zabrał mnie dlatego, że na podwórku i na boisku wyróżniałem się na tle rówieśników i uznał, że mogę nauczyć się czegoś więcej.
Czyli od zawsze wyróżniałeś się na tle rówieśników?
Tak, zawsze wyróżniałem się w młodszych rocznikach. Grałem ofensywnie, strzelałem dużo bramek i praktycznie od początku trenowałem ze starszymi grupami. To środowisko mocno mnie rozwijało i podnosiło poziom. Podobnie było na początku mojej przygody w Podbeskidziu, kiedy występowałem w lidze międzywojewódzkiej. Grałem tam z zawodnikami ze starszych roczników (’85, ’86), a mimo to byłem podstawowym zawodnikiem.
Granie w piłkę to od początku był twój jedyny plan?
Praktycznie nie robiłem nic innego — wracałem ze szkoły, odrabiałem lekcje i od razu szedłem „ciupać w gałę”. To chyba było już moje przeznaczenie. Byłem tak pochłonięty piłką, że zdarzało mi się zaniedbywać szkołę. W pewnym momencie mama nawet zabroniła mi chodzić na treningi… W końcu trener musiał interweniować i wybrać się do niej na rozmowę, żebym mógł wrócić na treningi.
To było zderzenie z zupełnie innym światem. W drużynie byli przecież bardzo doświadczeni zawodnicy o dużych nazwiskach, jak choćby Adam Kompała czy Paweł Sibik. Ja miałem już za sobą występy w rezerwach Podbeskidzia, gdzie strzelałem sporo bramek, więc trenerzy to zauważyli i postanowili dać mi szansę. Pamiętam, że trener Jan Żurek zabrał mnie na pierwszy obóz do Turcji. Byłem tam najmłodszym zawodnikiem. Byli też moi koledzy z regionu — jednak wszyscy byli ode mnie o starsi. Jeśli chodzi o przyjęcie w szatni, musiałem sobie radzić sam. To były zupełnie inne czasy niż dziś. Teraz młodzież funkcjonuje trochę inaczej, a wtedy to wyglądało zupełnie inaczej. Trzeba było czasami spuścić głowę, nosić sprzęt, czasem nawet buty starszym zawodnikom. Przede wszystkim jednak liczyła się dobra gra, bo tylko w ten sposób można było naprawdę zaistnieć w drużynie.

Masz jakąś anegdotę z tych czasów, która mogłaby pomóc zobrazować, jak to wówczas wyglądało?
Pamiętam, że pierwszy trening odbywał się przy Rychlińskiego, jeszcze na starym stadionie. Weszliśmy wtedy do szatni większą grupą młodszych zawodników — było nas kilku, m.in. był tam jeszcze Daniel Kasprzycki, Dariusz Rucki i Seweryn Wojciechowski. Kiedy wchodziłem, ktoś powiedział mi, żebym usiadł tam z boku w kącie, na jakiejś ławeczce i wskazał mi miejsce . Usiadłem więc tam, rozgościłem się… I w tamtym momencie podszedł do mnie Robert Piekarski i dość stanowczo powiedział mi, że mam w*********ć z tej szatni (śmiech) i poszukać sobie miejsca w pomieszczeniu obok.{…} Tak to właśnie wyglądało. Jako młodzi zawodnicy nie mieliśmy swojego miejsca w tej szatni. Była dla nas osobna — tam siedzieliśmy, a do głównej szatni mogliśmy wejść dopiero na odprawę.
Dziś to już wygląda zupełnie inaczej…
Tak, dokładnie… Jest jeszcze druga historia, która zapadła mi w pamięć… Mieliśmy trening na Rekordzie, bo klub nie miał wtedy swojej bazy — i do dzisiaj zresztą nie ma. Wchodziłem na trening – a wtedy była moda na „skate’ów” – miałem lekko obniżone spodnie, gdy wszedłem do szatni, Bogdan Prusek spojrzał na mnie i rzucił: „Młody, czemu masz spodnie tak nisko — co, zesrałeś się czy co?” (śmiech). Momentalnie zrobiłem się czerwony, jak burak
Wiele też się mówiło, że siłą tej drużyny była świetna atmosfera w szatni. Kto był takim największym „atmosferowiczem”?
Trudno powiedzieć, kto był największym „atmosferowiczem”. My, jako młodzi zawodnicy, zostaliśmy dobrze przyjęci, ale mieliśmy też swoje obowiązki, które musieliśmy wykonywać. I to robiliśmy, bo wiedzieliśmy, że w przeciwnym razie dostalibyśmy „po łbie”. Zespół był wtedy naprawdę mocny. Trenerem był Jan Żurek – to właśnie za jego kadencji wchodziłem do pierwszej drużyny. Każdy znał swoją rolę, a cele były jasno określone. Nie było chyba osoby, która wiodła prym w szatni pod tym względem… Atmosfera była bardzo dobra. To była drużyna dobrze zbudowana drużyna — połączenie młodych zawodników z regionu, jak np. Sławek Cienciała, Damian Zdolski, a także tych bardziej doświadczonych. W kadrze było sporo chłopaków z tego regionu, uzupełnionych przez ogranych zawodników i to wszystko bardzo dobrze funkcjonowało.
No właśnie… Wielu z was pochodziło z tego regionu, to była dodatkowa motywacja i duma, że możecie reprezentować Podbeskidzie?
Każdy walczył o miejsce w składzie i to było najważniejsze. Samo wyjście na murawę w pierwszym zespole, a nawet znalezienie się na ławce rezerwowych, było ogromnym wyróżnieniem. Mieliśmy wtedy bardzo szeroką i naprawdę mocną kadrę. Każdy z nas czekał na swój moment — debiut, dobry występ, zwycięstwo, pierwszą bramkę i radość kibiców. Te trybuny wyglądały wtedy zupełnie inaczej… Ja sam pamiętam, że jako dzieciak chodziłem na mecze, nawet do młyna, więc byłem mocno związany z tym klubem i tym miejscem. Chcieliśmy pokazać ludziom w klubie, którzy w nas wierzyli i dawali nam szansę, że potrafimy ją wykorzystać. Dla nas to było naprawdę ogromne przeżycie.

Ja miałem przygodę z piłką, karierę to zrobił Marek Sokołowski (śmiech). Wyjście na mecz z orzełkiem na piersi było dla mnie czymś fantastycznym, spełnieniem marzeń. Czy był to jednak najważniejszy turniej w moim życiu? Trudno powiedzieć, bo równie dobrze wspominam turnieje, w których grałem jako mały dzieciak w Szkole Mistrzostwa Sportowego – mieliśmy wtedy świetną drużynę i super ekipę. Nie jestem więc w stanie wskazać tego turnieju na pierwszym miejscu. Był on jednak bardzo ważny, bo reprezentowaliśmy nasz kraj. Myślę, że wyszło nam to dobrze i było to dla nas ogromne przeżycie oraz cenne doświadczenie, coś, o czym będę pamiętał do końca życia. Mam też wiele innym świetnych wspomnień z turniejów.
Na tym turnieju dzieliłeś także szatnie z wieloma zawodnikami, którzy zrobili później ogromne kariery, jak chociażby Grzegorz Krychowiak, Wojciech Szczęsny, Przemysław Tytoń, Bartosz Białkowski i tak dalej… Jak to wspominasz?
Reprezentowałem młodzieżówki już od 15. roku życia, więc przez te lata przewinęło się w kadrze wielu ciekawych zawodników. Grzesiu Krychowiak i Wojtek Szczęsny trafili do nas tuż przed turniejem. Wojtek był trzecim bramkarzem – bronił Bartosz Białkowski, a Przemek Tytoń był drugi. Oni byli bardzo młodzi, byliśmy od nich kilka lat starsi, więc oni trzymali się raczej bliżej trenera, niż nas. Dla nich udział w turnieju był dużym wyróżnieniem. Ich kariery potoczyły się później fantastycznie… Ciekawostka – dlaczego znalazłem się na tych mistrzostwach świata. Grałem w młodzieżowych reprezentacjach praktycznie pięć lat… Na jednym zgrupowaniu pojawił się też Kamil Grosicki. I finalnie to on znalazł się na liście powołanych, a ja nie – byłem na liście rezerwowych. „Grosik” przed mistrzostwami powiedział – nie zapomnę tego nigdy, bo dzięki temu pojechałem (śmiech) – że on ma wykupione wczasy ze swoją dziewczyną i on leci na te wakacje zamiast na mistrzostwa.
O proszę! Czyli to przez tę decyzję Grosickiego znalazłeś się na turnieju? Niesamowita historia
Niewiele osób o tym słyszało, ale pamiętam, że był tam wtedy z nami także śp. Leo Beenhakker. Powiedział, że dopóki on będzie selekcjonerem reprezentacji Polski, to ten chłopak nigdy nie dostanie powołania do kadry.
Leo Beenhakker był blisko kadry młodzieżowej, prawda?
Tak był bardzo blisko, szczerze mówiąc, nie pamiętamy już, czy był z nami na samym turnieju, ale na pewno był na zgrupowaniu przed mistrzostwami. Na pewno wniósł sporo do tej kadry, miał świetne podejście do piłki – ono otworzyło nam oczy na niektóre rzeczy…
…
To jeszcze nie wszystko! Już za tydzień ukaże się druga część naszej rozmowy. W niej przeczytacie m.in. o pobycie na testach w Bułgarii, kulisach pożeganania z Podbeskidziem oraz o tym, dlaczego zrezygnował z dalszego grania…
Przeczytajcie także pozostałe rozmowy z cyklu Góralu, czy ci nie żal…?. Porozmawialiśmy już z:
———–
Płatna współpraca
Fani sportu mają możliwość skorzystania ze specjalnej promocyjnej oferty przygotowanej przez zakłady bukmacherskie Betters. Promocja „Zawsze +10% do depozytu” gwarantuje każdemu zarejestrowanemu użytkownikowi dodatkowe 10% wartości wpłaconych środków po dokonaniu depozytu zgodnie z regulaminem. Bonus zostanie przyznany automatycznie, a szczegółowe wszystkie zasady promocji, w tym minimalna kwota wpłaty oraz warunki obrotu, dostępne są na oficjalnej stronie Betters w zakładce promocje. Więcej szczegółów pod linkiem: betterspartner.pl/bielsko/
Autor:
Mikołaj Lorenz
[email protected]
„Góralu czy ci nie żal...?” Mariusz Sacha Podbeskidzie Bielsko-Biała Top
Copyright Radio BIELSKO