Bielska piłka

Patryk Kierlin – piłkarz, narciarz, podróżnik czy celebryta?

today21.03.2026 09:55

Tło
share close

Czy można jednocześnie być bramkarzem, instruktorem narciarstwa, podróżnikiem i bohaterem telewizyjnego programu? W przypadku Patryka Kierlina odpowiedź brzmi: tak! Jego droga sportowa zaczęła się w Zaporze Wapienica, prowadziła przez Kuźnię Ustroń, LKS Czaniec i Spójnię Landek, zahaczyła o testy na Cyprze i futsalową Bundesligę w Austrii. Po drodze były podróże po świecie, epizody przed kamerą i decyzje, które nie zawsze były oczywiste. W rozmowie opowiada o początkach, sportowych zakrętach i o tym, dlaczego mimo wielu pasji wciąż najbliżej mu do bramki. Zapraszamy na długą, ale niezwykle barwną rozmowę, której po prostu nie chce się przerywać.

Od nart do bramki w Wapienicy

Mikołaj Drążek: Patryk, swoją przygodę z piłką zaczynałeś w wieku około 13 lat w Zaporze Wapienica. Od małego wiedziałeś, że w przyszłości chcesz zostać piłkarzem?

Patryk Kierlin: Zacząłem grać w piłkę mając 12 albo 13 lat. Wcześniej w ogóle byłem bardziej związany z narciarstwem. Tata nie chciał mnie zapisywać do klubu piłkarskiego, raczej pchał mnie w stronę nart. Startowałem w zawodach i to był mój główny sport. Później jednak skończyły się te młodzieżowe starty, a narciarstwo robiło się coraz droższe. Bez dużych nakładów finansowych trudno było dalej rywalizować.

Z drugiej strony całe życie, kiedy graliśmy z kolegami w piłkę na podwórku, to i tak stawiali mnie na bramce. W końcu pomyślałem, że spróbuję w klubie.

MD: Jak trafiłeś do Zapory Wapienica

Na pierwszy trening zabrał mnie kolega – Tymek Gieras. Mieszkał wcześniej niedaleko mnie, później przeprowadził się do Wapienicy i powiedział, że jest tam fajna drużyna. Poszedłem na trening i tak to się zaczęło. Pamiętam, że chłopaki byli zadowoleni, bo w końcu pojawił się bramkarz. Problem polegał na tym, że ja w życiu wcześniej nie broniłem na dużej bramce. Do tego miałem długie włosy, które wpadały mi do oczu, więc pierwszą rzeczą, jaką musiałem zrobić, było kupienie opaski.

MD: Już jako 15-latek dostałeś szansę gry w pierwszym zespole u trenera Daniela Bąka. Jak wspominasz ten okres?

PK: Pamiętam, że zaczął się sezon, ale przez pierwsze miesiące nie mogłem grać, bo nie miałem jeszcze 15 lat. Urodziny mam w listopadzie i trzeba było poczekać, aż formalnie będę mógł występować w seniorach.

W końcu dostałem szansę. Trenowałem cały czas – z drużyną, ale też jeździłem do Cieszyna do szkółki bramkarskiej na dodatkowe trening.

MD: Twój rozwój był wtedy bardzo szybki. Z miesiąca na miesiąc było widać postęp?

PK: Nie wiem, czy aż tak szybki. Na pewno dużo trenowałem i się uczyłem. Pamiętam natomiast jedną rzecz – nigdy nie umiałem dobrze kopać „piątek”. Zawsze jakiś obrońca wybijał za mnie. Mówiłem wtedy: spokojnie, jeszcze się nauczę (śmiech).

Kierlin w barwach Zapory Wapienica (w zielonej koszulce)

Dlaczego nie było Podbeskidzia ani Rekordu?

MD: W tym wieku pojawia się też temat wyboru szkoły średniej i często pierwszych poważniejszych testów. Myślałeś o szkole sportowej albo o grze w akademii Rekordu czy Podbeskidzia?

PK: W Podbeskidziu byłem raz na treningu z pierwszą drużyną. Zabrał mnie Richard Zajac, bo akurat brakowało bramkarza. To był trening na boisku w  Dankowicach, ale w zasadzie jednorazowy epizod.

MD: A Rekord?

PK: W Rekordzie bywałem kilka razy. Pierwszy raz jeszcze jako trampkarz. Była duża grupa zawodników i trener rozdzielał pozycje: ty napastnik, ty pomocnik, ty skrzydło… Mi akurat nie trafiła się bramka, więc grałem na skrzydle. Do tego miałem wtedy lekką nadwagę, więc wyglądało to dość zabawnie.

Później jeszcze chodziłem tam na treningi, ale nie było jakiegoś konkretnego tematu transferu.

MD: Czyli nikt nie powiedział wprost: bierzemy cię?

PK: Nie. Najczęściej słyszałem, że wszystko jest w porządku, ale problemem jest wzrost. Mówili, że jestem za niski. Nogi można wytrenować, ale wzrostu już nie zmienisz (śmiech).

Jeden z pierwszych treningów w szkółce bramkarskiej

MD: Był jednak epizod z testami w klubie spoza regionu.

PK: Tak, byłem kiedyś na testach w Olimpii Grudziądz. Wszystko wyglądało dobrze, ale oni mieli już zakontraktowanego bramkarza. Powiedzieli mi, że gdybym przyjechał wcześniej, to może byłaby szansa. To był trochę przypadek – po prostu nie trafiłem w odpowiedni moment. Testowałem się jeszcze w Pniówku Pawłowice – ale też nic z tego nie wyszło.

“Narciarstwo było moim pierwszym sportem”

MD: Nie wszyscy wiedzą, że zaczynałeś od narciarstwa – jak ten etap wpłynął na Twój rozwój sportowy?

PK: Narciarstwo było moim pierwszym sportem. Treningi były bardzo ogólnorozwojowe. To nie było tylko jeżdżenie zimą. Przez cały rok robiliśmy różne rzeczy: bieganie, wieloskoki, ćwiczenia równowagi, wspinaczkę na ściankach. 

Narciarstwo bardzo rozwija czucie ciała i ogólną sprawność. Myślę, że to później pomagało mi też w innych sportach. Nie chodzi o to, że miałem jakiś wyjątkowy talent. Po prostu byłem dobrze przygotowany fizycznie.

MD: Na studiach wróciłeś do startów w zawodach akademickich.

PK: Tak. Przez kilka lat startowałem w Akademickich Mistrzostwach Śląska i Polski, a także w cyklu Akademickiego Pucharu Polski. Zdarzyło mi się wygrać kilka razy wojewódzkie zmagania, chociaż trzeba powiedzieć uczciwie, że konkurencja bywała różna.

Zawsze miałem jednak niedosyt, bo wiedziałem, że trenuję za mało, żeby naprawdę rywalizować z ludźmi, którzy startowali regularnie w zawodach FIS.

Podczas startu w jednych z zawodów akademickich

Walka o miejsce w składzie z… burmistrzem Ustronia

MD: Po kilku latach w Wapienicy przyszedł czas na pierwszy transfer. Zgłosiła się po Ciebie Kuźnia Ustroń. Dość szybko wskoczyłeś tam do składu, a cały pobyt zakończył się awansem do IV ligi. Jak w ogóle doszło do tego transferu?

PK: Najpierw byłem na testach w Błyskawicy Drogomyśl. Myślałem, że może tam coś z tego wyjdzie, ale ostatecznie zdecydowali się na innego bramkarza. Później pojawiła się opcja Kuźni Ustroń. Oni akurat potrzebowali bramkarza, a ja byłem wtedy młodzieżowcem, więc to też ułatwiało sprawę.

Pamiętam, że w klubie był już jeden bramkarz – Paweł Sztefek, który dziś jest burmistrzem Ustronia. Rywalizowaliśmy wtedy o miejsce w składzie. Pozdrawiam Paweł! (śmiech)

Patryk Kierlin w barwach Kuźni Ustoń
Paweł Sztefek – ówczesny rywal Kierlina, obecnie burmistrz Ustronia

MD: I dość szybko dostałeś szansę gry.

PK: Z tego co pamiętam, tak. Wydaje mi się, że dość szybko wskoczyłem do bramki i grałem regularnie. W pierwszym sezonie graliśmy w okręgówce i wtedy udało się wywalczyć awans do IV ligi.

MD: Czyli pierwszy sezon – awans, a drugi już na poziomie IV ligi.

PK: Dokładnie tak. W drugim sezonie graliśmy już w czwartej lidze. Pamiętam tylko, że końcówka poprzednich rozgrywek była dla mnie trochę pechowa. W przedostatnim meczu sezonu – z Błyskawicą Drogomyśl – dostałem czerwoną kartkę. Wcześniej jesienią miałem też sytuację, gdzie dostałem żółtą kartkę za wyjście przed pole karne. Wtedy była taka moda, żeby bramkarz grał wysoko, trochę jak Neuer.

W meczu o awans dostałem czerwoną kartkę i przez to nie zagrałem w ostatnim spotkaniu sezonu. Później miałem też mecz zawieszenia na początku kolejnego sezonu w czwartej lidze.

MD: W tamtym sezonie byłeś podstawowym bramkarzem?

PK: Na początku tak. Później do zespołu dołączył Michał Skocz. On wcześniej grał w Czechach i przez pierwszą część rundy nie mógł być jeszcze zgłoszony do gry. Kiedy już został uprawniony, to w drugiej rundzie zaczęliśmy grać trochę na zmianę.

MD: Po Kuźni trafiłeś do AKS-u Mikołów. To była decyzja związana ze studiami w Gliwicach?

PK: Tak. Dojazdy były bardzo męczące. Miałem ponad godzinę na trening i tyle samo z powrotem. Z czasem zacząłem czuć, że odbija się to na formie. Dlatego szukałem czegoś bliżej i padło na Mikołów.

MD: To był krótki epizod.

PK: Tak, pół roku. Przez większą część rundy byłem tam pierwszym bramkarzem. Na koniec sezonu trener zaczął rotować nas w bramce.

Pierwszy transfer do Spójni Landek

MD: Wtedy pojawił się temat Spójni Landek.

PK: Zgadza się. Zadzwonił do mnie trener Bartosz Woźniak. Zorganizował mi dodatkowe treningi bramkarskie, więc mogłem dalej się rozwijać.

Druga rzecz to była chęć gry w czwartej lidze, a nie w okręgówce.

No i trzecia – w zasadzie nie wiedziałem, na co się piszę. Nie byłem świadomy, ile punktów Landek miał po pierwszej rundzie.

MD: Czyli transfer trochę w ciemno.

PK: Dokładnie. Transfer totalnie w ciemno, ale pozytywnie to wszystko wspominam.

Cypr – testy i niedoszły kontrakt

MD: Jeszcze w trakcie studiów i będąc zawodnikiem Spójni Landek wylądowałeś na Cyprze. Słyszałem, że był tam temat kontraktu, a nawet wyjazdu z drużyną na obóz przygotowawczy. Jak to w ogóle wyglądało? Co to był za klub i dlaczego finalnie nie zostałeś na wyspie?

PK: To była w ogóle dość spontaniczna historia. Byłem na wakacjach ze znajomymi, kiedy zadzwonił do mnie tata i powiedział, że dzień po powrocie lecimy na Cypr, bo załatwił mi testy w jednym z tamtejszych klubów – AO Ajia Napa.

MD: Któż nie inny jak Tata – niezawodny agent. Pamiętam, że zawsze Cię wspierał

PK: Tak, polecieliśmy na Cypr razem. Wylądowaliśmy w Larnace i właściwie na miejscu dopiero zaczęliśmy się orientować, jak to wszystko wygląda. Dojazdy na treningi do Ajia Napy – to jakieś 40-45 minut samochodem. Na początku mieszkaliśmy w Larnace w pierwszym lepszym miejscu znalezionym przez biuro podróży.

MD: To chyba nie były najlepiej zaplanowane testy?

PK: Plan był taki, że potrenuję tydzień, a później klub zdecyduje, czy zostaję na dalsze testy. Po tym tygodniu zwlekali z decyzją praktycznie do ostatniej chwili. Tata miał już nawet zarezerwowany mój lot powrotny, ale po jednym z treningów trener powiedział, że mam zostać i dalej trenować.

Przeniosłem się wtedy do Ajia Napy. Znajomy znajomego taty załatwił mi tam apartament – w samym centrum, w okolicy klubów i imprez. Trochę szkoda było, że nie mogłem z tego korzystać, bo codziennie były treningi i trzeba było się pilnować (śmiech).

Szatnie klubu AO Ajia Napa

MD: Jak długo byłeś na Cyprze?

PK: Przez miesiąc trenowałem z zespołem. Na pierwszy trening w ogóle poszedłem pieszo, bo nie wiedziałem, jak tam dojechać – autobusów praktycznie nie było, nikogo jeszcze nie znałem. Dopiero później chłopaki z drużyny zaczęli mnie zabierać samochodem.

Grałem w sparingach, trenowałem normalnie z drużyną. W pewnym momencie wzięli mnie nawet na bok, zrobili mi zdjęcie do rejestracji zawodnika, więc wyglądało to naprawdę poważnie.

Mieliśmy w piątek trening, a w poniedziałek drużyna miała lecieć na obóz przygotowawczy do Bułgarii. Właśnie w ten piątek trener wziął mnie na rozmowę i powiedział, że wszystko jest w porządku, ale szukają bardziej doświadczonego bramkarza do pierwszego składu. Ostatecznie znaleźli zawodnika z Włoch, który wcześniej grał w Serie B. No i na tym temat się zakończył.

Wróciłem do Polski w trakcie sezonu.

Wiedeń, Erasmus i… futsalowa Bundesliga

MD: W trakcie studiów korzystałeś też z programu Erasmus i wyjechałeś do Austrii. Twój pobyt w Wiedniu miał trwać pół roku?

PK: Tak, Erasmus trwał pół roku, ale ostatecznie zostałem tam dłużej. W Wiedniu znalazłem klub – SC Wacker Wien – który grał mniej więcej na poziomie naszej okręgówki. Z tym zespołem udało się nawet wywalczyć awans.

Kierlin (czerwona koszulka) w barwach SC Wacker Wien
Kierlin (czerwona koszulka) w barwach SC Wacker Wien

Szybko poznałem też sporo Polaków na miejscu i zupełnie przypadkiem trafiłem do drużyny futsalowej. Zagrałem kilka meczów w austriackiej Bundeslidze futsalu – chyba cztery spotkania.

MD: Czyli masz w CV występy w Bundeslidze.

PK: (śmiech) Tak można powiedzieć. Wyniki nie były jakieś spektakularne, ale doświadczenie było ciekawe. Fragement z naszego meczu krążył nawet w sieci, jako popularna rolka na kanale 4-3-3

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez 433 (@433)

 

MD: Z tego co wiem, to Austrii nie opuściłeś po Erasmusie i… długo opuszczać nie chciałeś

PK: Zgadza się. Po pół roku skończył się Erasmus, ale na studiach miałem jeszcze obowiązkowe praktyki. Udało mi się je załatwić zdalnie, więc zostałem w Wiedniu na kolejne miesiące.

Wtedy bardzo pomógł mi prezes klubu – można powiedzieć, że zostałem jego pupilkiem. Załatwił mi pracę na uberze. Wyglądało to tak, że pracowałem w weekendy, a gdzieś pomiędzy pracą był jeszcze mecz. Czasem cały weekend praktycznie bez snu.

W tygodniu miałem za to dużo czasu na treningi. Trenowałem motorycznie u jednego z Polaków, który prowadził tam takie zajęcia. Fizycznie czułem się wtedy naprawdę bardzo dobrze.

Wszystko przerwała pandemia. W Austrii lockdown był bardzo restrykcyjny – zamknęli praktycznie wszystko, liga stanęła. Wróciłem wtedy do Polski, bo nie było wiadomo, kiedy sytuacja wróci do normy.

Podróże – druga pasja

MD: Nie da się ukryć, że wielu może uznać Cię za podróżnika, a jeśli ktoś obserwuje Cię w mediach społecznościowych, to widzi, że lista odwiedzonych przez Ciebie krajów jest naprawdę długa. Były Stany Zjednoczone, Karaiby, Japonia, Korea, Oman. Skąd wzięło się u Ciebie zamiłowanie do podróży?

PK: Szczerze mówiąc, trudno powiedzieć. Kiedy byłem młodszy, praktycznie cały czas kręciłem się wokół sportu – najpierw narty, potem piłka. Wakacje często kolidowały z przygotowaniami do sezonu.

Dopiero kiedy skończyłem 18 lat i zacząłem sam decydować o swoim czasie, zacząłem szukać okazji do wyjazdów. Od tamtej pory staram się co jakiś czas gdzieś polecieć. A jeśli chodzi o dalsze podróże, to spory wpływ miała też moja narzeczona.

MD: Jest kraj, który zrobił na Tobie szczególne wrażenie?

PK: Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Oman. To arabski kraj, ale bardzo liberalny i spokojny. Ludzie są otwarci i życzliwi.

Podobała mi się też Korea. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ta kultura bardzo przypadła mi do gustu. W porównaniu z Japonią to właśnie Korea zrobiła na mnie większe wrażenie.

Długi pobyt w LKS-ie Czaniec

MD: Po powrocie z Austrii związałeś się z LKS-em Czaniec. I to właśnie tam spędziłeś najwięcej czasu – trzy i pół sezonu. Jak do tego doszło?

PK: Kiedy wróciłem z Wiednia, nie zakładałem, że zostanę w Polsce. Myślałem, że wrócę do Austrii, bo studia były wtedy w dużej mierze zdalne.

Najpierw odezwał się do mnie jeden z bramkarzy z Czańca, którego poznałem wcześniej na testach. Zapytali, co robię i czy nie chciałbym przyjechać na trening. Niedługo później napisał też trener Sławek Tynka.

Pojechałem na treningi do Czańca. Pytali, co mogą zrobić, żebym został. Mówiłem wtedy wprost, że planuję wrócić do Wiednia, ale jeśli warunki będą dobre, to mogę zostać.

Ostatecznie zdecydowałem się zostać w Polsce i podpisałem umowę z Czańcem.

Foto: Sebastian Garus

MD: I zostałeś tam na ponad trzy lata.

PK: Warunki były naprawdę dobre jak na ten poziom – fajny obiekt, dobre boiska, obozy zimowe. Atmosfera też była bardzo w porządku. Na początku studiowałem jeszcze częściowo zdalnie, więc dojazdy nie były aż takim problemem.

MD: Zdarzało Ci się też grać w rezerwach.

PK: Tak, nawet pamiętam taki mecz rezerw Czańca z rezerwami Zapory Wapienica w B-klasie.

MD: Pamiętam go bardzo dobrze, bo grałeś wtedy w ataku.

PK: I strzeliłem Ci bramkę.

MD: Jedną…

PK: Tak, chociaż w tym meczu miałem dwa trafienia. W pierwszej połowie sam na sam. W drugiej – już Tobie – po strzale w okienko.

MD: Niestety potwierdzam.

PK: (śmiech)

Patryk Kierlin w meczu z rezerwami Zapory Wapienica. Foto: Sebastian Garus

MD: Dlaczego po tak długim czasie zdecydowałeś się na zmianę?

PK: Z czasem zaczęło to być coraz trudniejsze logistycznie. Pracowałem już na Śląsku, dojazdy na treningi trwały czasem półtorej godziny. Nie zawsze mogłem być na wszystkich zajęciach.

Pojawili się też nowi bramkarze i rywalizacja była większa. Do tego miałem wrażenie, że trochę wpadłem w stagnację – kilka rund z rzędu mieliśmy bardzo podobny dorobek punktowy i niewiele się zmieniało.

Wtedy odezwał się Landek i pomyślałem, że to dobry moment na zmianę.

Telewizja, programy i… pokaz mody

MD: Odrywając się na chwile od piłki… W Twoim życiorysie są też epizody telewizyjne. Skąd pomysł na udział w programach?

PK: W głównej mierze to pomysł mojej narzeczonej (śmiech). Pierwszym programem były „Gry małżeńskie”. Zgłosiliśmy się tam z Kamilą trochę z ciekawości. Nawet nie do końca wiedzieliśmy, w czym bierzemy udział.

Kadr z programu „Gry Małżeńskie” – prod. Polsat Cafe

Jak już się zorientowałem, jaki to program, to pomyślałem, że trochę cringe, ale skoro już się zgłosiliśmy, to pojechaliśmy.

Później był jeszcze jeden program, do którego zostaliśmy zakwalifikowani, ale nie zdążyliśmy wrócić z wakacji w Stanach Zjednoczonych i musieliśmy zrezygnować.

Nagrywaliśmy też pilotażowy odcinek innego programu, ale projekt ostatecznie upadł.

MD: Ostatnio pojawiłeś się też na… pokazie mody.

PK: Mam sąsiadkę, która prowadzi agencję modelingową. Czasami brakuje jej modeli i zdarza się, że do mnie napisze z pytaniem, czy nie chciałbym przejść się po wybiegu.

Kiedyś już mi się to zdarzyło w liceum. Teraz akurat nie miałem meczu ani treningu, więc pomyślałem – czemu nie. Traktuję to raczej jako ciekawostkę i fajną historię

Patryk Kierlin na pokazie mody
Patryk Kierlin na pokazie mody

Powrót do Landeka

MD: Mówiłeś, że Landek odzywał się do Ciebie właściwie co roku. Ostatecznie po trzech i pół sezonach w Czańcu zdecydowałeś się wrócić do Spójni.

PK: Tak, można powiedzieć, że temat Landeka wracał regularnie. Co roku ktoś się odzywał z pytaniem, czy nie chciałbym tam zagrać. W końcu pojawił się moment, w którym sam zastanawiałem się, czy nie zmienić klubu.

Impulsem był telefon od prezesa z Landeka. Szukali bramkarza i zaproponowali mi, żebym przyszedł i spróbował. To nie było tak, że od razu miałem zagwarantowane miejsce w składzie. Było kilku bramkarzy testowanych, więc trzeba było po prostu przyjść i pokazać się na treningach.

Ostatecznie wszystko potoczyło się pozytywnie i zostałem w drużynie.

 

MD: To Twoje drugie podejście do gry w Spójni. Co się zmieniło w Landeku od Twojego pierwszego pobytu?

PK: Nie było już Marcina Habdasa! (śmiech) A szczerze mówiąc – niewiele. Nawet infrastruktura praktycznie się nie zmieniła. Budynek klubowy wyglądał bardzo podobnie jak wcześniej. Dopiero niedawno powstał nowy.

Jeśli chodzi o drużynę, to kiedy wracałem, właściwie nie było już zawodników z poprzedniej ekipy, z którą grałem wcześniej. Zespół był w dużej mierze zbudowany od nowa.

Walka w IV lidze

MD: Do lidera IV ligi – ROW-u Rybnik – tracicie sześć punktów. Jakie nastroje panują w drużynie?

PK: Myślę, że nastroje są pozytywne. Przede wszystkim mamy komfort, że nie walczymy o utrzymanie, jak to bywało w poprzednich sezonach. Chcemy po prostu dobrze wejść w rundę i pokazywać się z jak najlepszej strony w każdym meczu. Wiadomo, że każde spotkanie to też premie i rywalizacja sportowa, więc wszyscy chcą zdobywać punkty.

MD: Czyli walka o awans?

PK: Trudno powiedzieć wprost, że gramy o awans. Są drużyny, które budowały składy właśnie z takim celem.

Natomiast jeśli pojawi się szansa, żeby w tej walce namieszać i postraszyć zespoły z czołówki, to na pewno będziemy chcieli to zrobić.

MD: Gdyby jednak na koniec sezonu okazało się, że Spójnia Landek awansuje – byłoby to zaskoczenie?

PK: Myślę, że dla wielu osób tak. Nikt nas raczej nie stawiał w roli faworyta.

Nawet kiedy byliśmy w pewnym momencie na drugim czy trzecim miejscu w tabeli, w różnych podsumowaniach rundy niewiele się o nas mówiło.

Z drugiej strony patrząc na przebieg rundy jesiennej, były mecze, w których mogliśmy zdobyć więcej punktów. Na przykład spotkanie z Rybnikiem, gdzie bardzo szybko dostaliśmy czerwoną kartkę. Gdyby ten mecz potoczył się inaczej, nasza sytuacja w tabeli mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Były też spotkania, które zremisowaliśmy, choć mogliśmy wygrać. Ale były też takie, gdzie remis był dla nas dobrym wynikiem. Myślę, że ogólnie bilans szczęścia w tej rundzie wyszedł mniej więcej na zero.

Ślub w Grecji

MD: Wspomniałeś wcześniej o swojej narzeczonej. Niedługo zmienisz też stan cywilny. Co ciekawe, Wasz ślub nie będzie typowy – planujecie ceremonię w Grecji. Skąd taki pomysł?

PK: Kilka lat temu byliśmy na ślubie znajomych na Malcie i bardzo spodobał nam się ten koncept. Wyjazd w ciepłe miejsce, ceremonia w ładnej scenerii i kameralna atmosfera. Nie chcemy robić ogromnego wesela dla kilkuset osób. Bardziej zależy nam na tym, żeby to było wydarzenie, które zapamiętamy my i nasi najbliżsi.

Sprawdziliśmy też koszty i okazało się, że organizacja takiego ślubu w Grecji wcale nie jest droższa niż duże wesele w Polsce. Oczywiście będzie mniej gości, ale dla nas to nie problem.

MD: Czyli szykuje się… wielkie kameralne wesele?

PK: Dokładnie tak – wielkie kameralne wesele w Grecji.

Co dalej z Patrykiem Kierlinem?

MD: Na koniec pytanie trochę podsumowujące. Czego możemy się spodziewać po Patryku Kierlinie w najbliższych latach? Więcej podróży, nowych sportowych wyzwań, a może próby gry na wyższym poziomie?

PK: Na pewno chciałbym dalej trenować i grać. Nie chciałbym schodzić do niższej ligi tylko po to, żeby „odcinać kupony”. Zależy mi na tym, żeby być w rytmie treningowym – przynajmniej trzy treningi w tygodniu – i utrzymywać formę. Jeśli pojawi się szansa, żeby zagrać gdzieś wyżej, to oczywiście byłoby super. A jeśli nie, to chciałbym po prostu dalej grać w czwartej lidze i czerpać z tego radość.

MD: Czyli ambicja sportowa wciąż jest?

PK: Zdecydowanie tak. Gdyby pojawiła się nawet jakaś ciekawa opcja gry za granicą – na przykład w jakimś cieplejszym kraju – to na pewno bym się nad tym zastanowił.

MD: A gdyby zadzwonił klub z wyższej ligi w Polsce?

PK: Wszystko zależy od warunków. W takim przypadku trzeba by pogodzić to z pracą albo mieć takie warunki finansowe, żeby móc się z tego utrzymać.

MD: Byłbyś gotów na jakiś czas odłożyć karierę zawodową, żeby spróbować profesjonalnej piłki?

PK: Myślę, że tak. Nie zrezygnowałbym z niej całkowicie, ale na pewien czas mógłbym ją zawiesić, żeby spróbować czegoś takiego.

Szybkie strzały Kierlina

MD: Na koniec szybka seria pytań. Odpowiadasz bez zastanowienia. Twój ulubiony klub?

PK: Barcelona.

MD: Manchester United czy Chelsea?

PK: Nie mam tutaj faworyta.

MD: Inter czy Milan?

PK: Inter.

MD: Wysoki pressing czy niska obrona?

PK: Wysoki pressing.

MD: Najlepszy piłkarz, przeciwko któremu grałeś?

PK: Szczerze mówiąc nie zwracam uwagi przeciwko komu gram, więc nie jestem w stanie odpowiedzieć. Nawet jeśli był ktoś taki, to nie pamiętam.

MD: Najlepszy piłkarz, z którym dzieliłeś szatnię?

PK: Tutaj też nie byłbym w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. Nie chciałbym nikogo pominąć ani urazić.

MD: Piłkarz, który Twoim zdaniem powinien zrobić karierę, ale jego losy potoczyły się inaczej?

PK: Damian Oczko.

MD: Piłka nożna czy narciarstwo?

PK: W zimie narciarstwo.

MD: Siatkówka czy tenis?

PK: Siatkówka.

MD: Spójnia Landek w tym sezonie zajmie miejsce?

PK: Pierwsze!

Autor: Zdjęcie autora Mikołaj Drążek
[email protected]