Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Jak sam mówi karierę miał jego tata, on sam krótką przygodę z piłką. To właśnie ojciec Grzegorz Więzik zaszczepił w nim miłość do piłki chociaż pierwsze treningi zaliczył w ukochanej dyscyplinie swojej mamy. Czasem w sporcie jest tak, że trafiasz idealnie na swoje pięć minut i pojawiasz się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. Kuba częściej z niedosytem wspomina okazje, które mogły sprawić, że wiele mogło potoczyć się inaczej, ale…
Choć na najwyższym ligowym szczeblu zaliczył tylko epizody, to i tak pobyt w mistrzowskiej drużynie Śląska Wrocław pozwolił przeżyć niezapomniany bój z Club Brugge czy klęskę z FC Sevillą, która okazała się ostatecznym triumfatorem ówczesnej Ligi Europy. Na Słowacji dzielił szatnię z Jakubem Kiwiorem, a w niższych ligach niemieckich gdzie kończył granie był pod wielkim wrażeniem organizacji i zaplecza treningowego, którego próżno do dziś szukać nawet w naszej ekstraklasie. Dziś pierwsza część rozmowy z Jakubem Więzikiem, jego wspomnienia i ciekawostki z niezapomnianej piłkarskiej przygody.
A.H. Kuba – mama z sukcesami uprawiała siatkówkę, tata stał się legendą bielskiej piłki, Twoje pierwsze sportowe kroki to tak naprawdę kultywacja rodzinnych tradycji…
J.W. Z uwagi na to, że rodzice zawodowo uprawiali sport, a na osiedlu gdzie się wychowywałem dominującą dyscypliną była piłka nożna… na pierwszy trening zaprowadziła mnie mama. Był to trening siatkówki w BBTSie, ale po tym jak większość zagrań odbijałem nogami okazało się, że jednak bardziej ciągnie mnie do dyscypliny taty (śmiech).
A.H. Po tym gdy okazuje się, że jednak preferujesz grę nogami pod skrzydła bierze Cię tata i co dalej?
J.W. Rodzice zdecydowali, że będę kontynuował naukę w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Komorowicach o profilu piłka nożna, która jako ciekawostkę dodam – na początku nie była moją wielką miłością
A.H. Skoro mówisz, że na początku piłka nie wyzwoliła w tobie miłości, gdzie następuję moment, w którym się to zmieniło?
J.W. Tata zaczął zabierać mnie na mecze Podbeskidzia, jeszcze na starym stadionie gdzie byłem chłopcem do podawania piłek w trakcie meczów, to on zaszczepił we mnie tą miłość do niej, ponieważ gdy np. mecz odbywał się o godzinie 14, my pojawialiśmy się w klubie już o 8. Tata oprowadzał mnie po szatniach, pokazywał kulisy wszystkich przygotowań do meczu, a nawet zabierał do szatni gdzie mogłem przeżywać wraz z piłkarzami wszystkie emocje towarzyszące im od momentu wejścia do szatni do wyjścia na boisko, to wszystko sprawiło, że poczułem, że tez chciałbym zostać piłkarzem.
A.H. Byłeś chłopcem do podawania piłek, a na boisku podziwiałeś swojego tatę, jego gra inspirowała Cię do tego by kiedyś grać na takim poziomie jak on?
J.W. Wtedy będąc małym chłopcem na boisku widziałem tylko jego, ale wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy jak dobrym był piłkarzem, mimo tego, że wtedy tak naprawdę był już u schyłku swojej kariery.
A.H. A kiedy zdałeś sobie sprawę z tego co w zawodowej piłce osiągnął Grzegorz Więzik?
J.W. Z czasem gdy moja przygoda z piłką wkraczała na coraz bardziej zaawansowany poziom i stała się moją codziennością tata pościągał z Danii i Niemiec kasety VHS z meczami, w których występował. Jednym z momentów, który wywarł na mnie największe wrażenie była akcja z czasów gry w duńskim Silkeborgu, w której po minięciu czterech rywali zdecydował się na uderzenie z około 30 metrów pokonując samego Petera Schmeichela. Po tym meczu otrzymał on nagrodę w postaci statuetki złotej piłki, która do dzisiaj jest w naszym domu. Po tym niezwykle udanym w jego wykonaniu sezonie został wybrany najlepszym zawodnikiem ligi duńskiej. Tak udany sezon zaowocował propozycją z mocnej w tamtym czasie Borussi Moenchengladbach. Jego marzeniem była ponowna gra w Bundeslidze, jednak w ostanim spotkaniu w zasadzie o przysłowiową pietruszkę przeciwnik złamał mu nogę. Jego, a także nasz świat się zwalił – ponieważ wszyscy byliśmy tam razem, marzenia o transferze prysnęły. Kolejny rok spędził z nogą w gipsie na leczeniu kontuzji.
A.H. Aby odbudować się po ciężkiej kontuzji postanowił przejść do Viborga, z tym też związana jest ciekawa historia…
J.W. Z uwagi na to, że tata był lewonożny, a właśnie ta noga została złamana, wracając do gry postanowił przestawiać się na prawą nogę, aby lewa nie była tak mocno przeciążana, w efekcie po czasie stał się zawodnikiem obunożnym. Pamiętam, że gdy później graliśmy w siatkonogę nie potrafiłem zdobyć z nim choćby punktu bo bezlitośnie karcił mnie obiema nogami (śmiech).
A.H. Nie ma co ukrywać, że Tata miał olbrzymi wpływ na twój piłkarski rozwój…
J.W. Na pewno jeśli chodzi o aspekty techniczne oraz to jak nasycał moje życie piłką, natomiast z czasem z uwagi choćby na inną pozycję na boisku zacząłem iść własną drogą, dziś mogę stwierdzić, że to był błąd, że go nie słuchałem.
A.H. To z jednej strony nic dziwnego, że w pewnym wieku postanowiłeś robić i grać po swojemu, ale wciąż musiałeś mierzyć się z oczekiwaniami wobec sukcesów swojego ojca?
J.W. Zgadza się przez cały okres mojej przygody musiałem zmagać się z presją porównań mojej osoby do niego i to niemal na każdym kroku, w każdym meczu. Było to dla mnie bardzo ciężkie bo niezależnie od tego jak zagrałem zawsze byłem porównywany do mojego taty. Była także druga strona medalu… – (ale o tym w innej części rozmowy)
A.H. Kiedy zacząłeś już spotykać się z tą presją i porównaniami, czy było to już na samym początku w SMSie czy na dalszym etapie przygody z piłką?
J.W. Jeśli chodzi o SMS to nie pamiętam, aby ten temat tam miał miejsce, wszystko tak naprawdę zaczęło się kiedy w wieku 17 lat trafiłem do młodej ekstraklasy do drużyny Śląska Wrocław
A.H. Zanim jednak dołączyłeś do pierwszego zespołu Śląska było jeszcze po drodze wypożyczenie?
J.W. Tak, zostałem wypożyczony do Górnika Polkowice, gdzie w seniorskiej piłce zadebiutowałem na zapleczu ekstraklasy zdobywając swoje pierwsze bramki. Spędziłem tam jeden sezon
A.H. A po sezonie w Polkowicach udałeś się na kolejne wypożyczenie…
J.W. Zgadza się, kolejnym klubem był ŁKS gdzie rozegrałem rundę jesienną, także w pierwszej lidze, trenerem wówczas był Marek Chojnacki.
A.H. To w tym klubie wcześniej, tyle, że w ekstraklasie grał również Twój tata…
J.W. To prawda, tata napisał tam na tyle piękną historię, że dzięki temu co tydzień w „Dzienniku Łódzkim” mogłem przeczytać jak słabo wypadam na tle jego dokonań (śmiech)
A.H. I to nawet kiedy strzelałeś bramki?
J.W. Nie miało to większego znaczenia, czy zagrałem nieźle czy rzeczywiście mecz mi nie wyszedł, pamiętam nawet, że w relacji z jakiegoś meczu jeden dziennikarz napisał, że pomyliłem dyscypliny…
A.H. Miałeś wtedy 19 lat, ciężko to było przełknąć?
J.W. Dzisiaj już się nawet z tego śmieję, ale wtedy byłem młody, były to moje pierwsze kroki w poważnej piłce i nie ukrywam, że nie było to przyjemne. Gdy strzelałem bramki nie było mowy o jakimś pozytywnym zdaniu o mojej osobie, gdy przegrywaliśmy mecz jechano mnie równo z trawą nawet gdy mój udział w meczu to było kilkanaście minut…
A.H. Ale mimo wszystko trener Chojnacki chyba miał inne zdanie, bo zagrałeś w ŁKS-ie 16 razy?
J.W. To prawda trener Chojnacki wierzył we mnie, to było coś nieocenionego przy takiej fali krytyki, jestem mu za to bardzo wdzięczny, dzięki temu mogłem się ograć na zapleczu ekstraklasy i pojawiło się nawet zainteresowanie moją osobą z innych klubów
A.H. Pytał o ciebie nawet klub z ekstraklasy…
J.W. Po zakończonej rundzie w ŁKS-ie był kontakt z grającej w ekstraklasie Jagielloni Białystok, w tym czasie jednak w Śląsku zmienił się trener. Do Wrocławia przyszedł Stanislav Levy i zadecydował, że w przerwie zimowej zabiera mnie na okres przygotowawczy z pierwszym zespołem Śląska. Muszę przyznać, że runda rozegrana w ŁKS-ie dodała mi dużo pewności i naprawdę pojechałem na ten obóz z dobrą energią. Obóz na Cyprze przepracowałem na tyle dobrze, że byłem wysoko w hierarchii trenera Levego. Znalazłem się w grupie czterech napastników w kadrze razem z Łukaszem Gikiewiczem, Johanem Voskampem oraz Christianem Omarem Diazem.
A.H. No i tutaj zaczyna się chyba ten najciekawszy okres ponieważ zapracowałeś sobie na debiut w ekstraklasie, a wisienką na torcie były europejskie puchary?
J.W. Tak mój debiut w ekstraklasie to był taki mały szok dla mnie. Pamiętam, że gdy jechaliśmy z hotelu na stadion byłem przekonany, że zacznę mecz na ławce, ale kiedy trener odczytał skład okazało się, że zagram od początku przeciwko Pogoni Szczecin.
A.H. Co zostało w pamięci z tego debiutu?
J.W. Pamiętam, że byłem niesamowicie zestresowany, na rozgrzewce przed meczem nie potrafiłem dobrze kopnąć piłki, Sylwek Patejuk pokazywał mi ze śmiechem „tutaj jestem” bo każde podanie było niecelne. W meczu z każdą minutą było już coraz lepiej, tym bardziej, że Śląsk miał wtedy taki zespół, że tak naprawdę przez większość czasu nie schodziliśmy z połowy przeciwnika. Mógł to być dla mnie debiut marzenie, ponieważ w jednej akcji Sylwek Patejuk wyłożył mi piłkę na siódmy metr, ale przestrzeliłem minimalnie obok słupka, mogła być to bramka na 1:0. W 63 minucie zostałem zmieniony przez Łukasza Gikiewicza, a wynik w 85 minucie ustalił Piotr Ćwielong i wygraliśmy 1:0.
A.H. Z tym meczem, a właściwie po nim związana jest jeszcze jedna anegdota…
J.W. Gdy wychodziłem z szatni, w związku z tym, że wystąpiłem po raz pierwszy w ekstraklasie byłem oszołomoniy, zadzownił do mnie Tata, byłem w takich emocjach, że odebrałem telefon i w trakcie rozmowy po prostu przeszedłem przez strefę dla prasy rozmawiając z nim. Następnego dnia głównym tematem w jednym z artykułów który ukazał się po meczu było moje aroganckie i bezczelne zachowanie wobec dziennikarzy, gdzie ja nawert nie zdawałem sobie sprawy, że ktokolwiek chciał, ze mną rozmawiać ponieważ było to dla mnie całkowitą nowością
A.H. Miałeś wielki niedosyt po tym meczu, pomijając aferę medialną?
J.W. Tak, myślę, że bramka w debiucie mówiąc sportowo na pewno by mnie „napompowała” dodała pewności siebie, bo jak wiadomo napastników rozlicza się z bramek, ale niestety nie udało się. Trudno mi teraz gdybać, ale myślę, że mogło się to trochę inaczej potoczyć, a tak później kolejne mecze rozpoczynałem na ławce i przygnębiała mnie jeszcze myśl, że nie wykorzystałem swojej szansy
A.H. Ale jednak nie było tak źle bo coś tam w tej ekstraklasie pokopałeś…
J.W. Wchodziłem z ławki, ale w ekstraklasie nie udało mi się trafić do siatki. Pamiętam też jak długo przeżywałem sytuację z finałowego meczu Pucharu Polski w Warszawie na Legii. Wszedłem przy stanie 1:0 dla nas w 87 minucie meczu, przy pierwszym kontakcie z piłką wyszedłem do zagranej na krótki słupek piłki, ale przy próbie oddania strzału zostałem zablokowany przez Michała Żewłakowa. Teraz to takie gdybanie, ale gdyby wpadła byłoby dwa zero i Puchar Polski mógł trafić do nas…

A.H. Były jakieś pretensje w szatni po tym finale, po tej sytuacji?
J.W. Nie, nic takiego nie miało miejsca, to nie była jakaś stuprocentowa sytuacja sam na sam, decydowały niuanse, sekundy, to w takich detalach decydujące są umiejętności u najlepszych piłkarzy, gdybym je miał to pewnie nie siedziałbym wtedy na ławce i pewnie inaczej wykończyłbym tą sytuację (śmiech)
A.H. Mimo tych okoliczności finał na Legii przy komplecie publiczności – to chyba na długo zostaje w pamięci?
J.W. Dokładnie, komplet publiczności, odśpiewany hymn Legii przed meczem czyli „Sen o Warszawie” Czesława Niemena, całe zaplecze, organizacja, otoczka, pamiętam nawet jakie wrażenie zrobiła na mnie galeria sław w tunelu prowadzącym z szatni na boisko. Myślę, że z polskich stadionów na których miałem okazje być ze Śląskiem atmosfera na Legii była topowa!
A.H. W drodze z Warszawy koledzy z szatni zafundowali Ci niezły żarcik…
J.W. Ha ha, grupka atmosferoviciów z szatni zamówiła sushi na drogę powrotną do autokaru, może się to komuś wydać śmieszne, ale do tego czasu wcześniej sushi nie jadałem, ktoś podpuścił mnie, że najlepszym otwarciem posiłku jest zjedzenie na początek całego wasabi. Padło: „młody dajesz”, dałem się wypuścić, zjadłem całe. Po krótkim czasie wszystko w środku zaczęło mnie palić, zrobiłem się czerwony jak burak, maser przykładał mi lód do rozpalonego czoła i zdawało się, że za chwilę zamiast do Wrocławia będziemy musieli skręcić na SOR w Warszawie, ale ostatecznie sytuacja została opanowana (śmiech)
To jeszcze nie wszystko! Niebawem pojawi się druga część rozmowy, a w niej kolejne ciekawe historie z boiska i nie tylko!
Autor: Ariel Herka
Najlepsze pasmo towarzyszące na Podbeskidziu! Konkursy, akcje radiowe, rozmowy i oczywiście - starannie wyselekcjonowane przeboje non-stop!
close
Copyright Radio BIELSKO