Inne dyscypliny

Igrzyska to nie zawsze spełnienie marzeń. Maciej Bydliński o sporcie i igrzyskach

today26.01.2026 18:51

Tło
share close

Był olimpijczykiem, jeździł w Pucharze Świata, a chwilę później – mimo najlepszego sezonu w karierze – znalazł się poza systemem. Maciej Bydliński w szczerej, długiej rozmowie opowiada o chorobie, która odebrała mu udany występ na igrzyskach w Soczi, o rozczarowaniu decyzjami działaczy, o samotnej walce poza kadrą i o tym, dlaczego dziś – jako trener – zupełnie inaczej patrzy na sport wyczynowy.

Soczi: moment, w którym ciało powiedziało „stop”

Panie Macieju, z zewnątrz igrzyska olimpijskie często wyglądają jak spełnienie marzeń i zwieńczenie kariery. W Pana przypadku Soczi było jednym z najtrudniejszych momentów. Dlaczego?

– Bo u mnie to zupełnie tak nie wyglądało. Pojechałem do Soczi chory i to miało kluczowy wpływ na wszystko, co się tam wydarzyło. Nie było mowy o normalnym przygotowaniu czy regeneracji. Wysoka gorączka utrzymywała się przez kilkanaście dni, a w dniu startu byłem po prostu bardzo osłabiony. W narciarstwie alpejskim, zwłaszcza w konkurencjach szybkościowych, fizyczność ma ogromne znaczenie. Jeśli organizm nie funkcjonuje, to nie ma znaczenia ani doświadczenie, ani umiejętności.

Dla kibiców 38. miejsce to statystyka. Dla zawodnika?

– To zupełnie coś innego. Wiesz, ile lat przygotowań stoi za jednym startem olimpijskim. Przez cztery lata wszystko podporządkowujesz jednemu momentowi. A potem stajesz na starcie i masz świadomość, że nie jesteś w stanie pojechać tak, jak potrafisz. Do dziś mam poczucie, że w Soczi nie przegrałem sportowo. Przegrałem ze zdrowiem. I to zostaje w głowie na bardzo długo.

Najlepszy sezon i nagłe wypadnięcie z systemu

Paradoksalnie najlepszy sezon w karierze przyszedł już po igrzyskach.

– Tak. Sezon 2014/2015 był dla mnie przełomowy. Dwunaste miejsce w Kitzbühel, dobre starty w Pucharze Świata, regularność. To był moment, w którym poczułem, że naprawdę jestem w stanie rywalizować z najlepszymi. Nie dlatego, że byłem blisko podium, ale dlatego, że widziałem, iż poziomowo do nich należę, a o wyniku decydują detale.

I wtedy – zamiast stabilizacji – wypadł Pan z kadry.

– Dokładnie. Po najlepszym sezonie w życiu znalazłem się poza kadrą. Spełniałem kryteria sportowe, byłem w formie, miałem wyniki. A mimo to zabrakło dla mnie miejsca i wsparcia. Dla sportowca to bardzo trudne do zaakceptowania, bo przez lata uczysz się, że liczy się wynik. Robisz swoje – jesteś w systemie. A tu okazuje się, że to nie zawsze tak działa.

To był moment, który najmocniej uderzył mentalnie?

– Zdecydowanie. Pojawia się poczucie niesprawiedliwości i samotności. Jako sportowiec masz wdrukowane, że jeśli coś nie działa, poprawiasz to pracą. Tutaj nie bardzo było na co reagować. Decyzje zapadały poza tobą, traciłeś finansowanie, zaplecze, możliwości treningowe. Zaczynasz walczyć nie tylko o wyniki, ale o to, czy w ogóle jesteś w stanie dalej funkcjonować w sporcie.

Próbował Pan jeszcze wrócić poza systemem.

– Tak, przez dwa lata. Szukałem sponsorów, prywatne firmy bardzo mi pomogły i jestem im za to wdzięczny. Natomiast narciarstwo alpejskie jest jednym z najdroższych sportów zimowych. Sprzęt, logistka, wyjazdy, zaplecze serwisowe – bez wsparcia systemowego to jest bardzo trudne do utrzymania. W pewnym momencie trzeba było spojrzeć realnie na przyszłość i życie po sporcie.

Nowa rola: trener zamiast zawodnika

Wtedy pojawiła się rola trenera.

– Tak, to była naturalna droga, choć niełatwa emocjonalnie. Założyłem klub, który przez kilka lat był najlepszy w Polsce. Pracowałem z młodymi zawodnikami, z których część dziś jest w kadrach. Doprowadziłem zawodnika U16 do mistrzostwa świata w swojej kategorii wiekowej. To daje ogromną satysfakcję, choć inną niż własne starty.

Z perspektywy czasu – trener ma łatwiej czy trudniej niż zawodnik?

– Często trudniej. Jako zawodnik masz kontrolę nad sobą. Jako trener oddajesz stery komuś innemu. W dniu startu nie wiesz, jak zawodnik się czuje, jak zareaguje na stres, czy dobrze odczyta trasę. Stoisz z boku i przeżywasz to wszystko, nie mając realnego wpływu na wynik.

Dziś patrzy Pan na sport z większym dystansem?

– Tak. Sport nadal jest ważny, ale nie definiuje już całego mojego życia. Uczę jazdy sportowej i zaawansowanej, prowadzę szkolenia i wyjazdy. Jest pasja i adrenalina, ale jest też większa równowaga. I to jest coś, czego wcześniej bardzo brakowało.

A igrzyska? Nadal wracają?

– Zawsze będą wracać. Ale dziś potrafię to podsumować spokojniej: zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy. A w sporcie to jest najuczciwsze podsumowanie.

 

Cortina i Bormio bez przypadku. Faworyci, wyrównany slalom i Maryna

Kto Pana zdaniem może zdominować narciarstwo alpejskie na zbliżających się igrzyskach? Będą niespodzianki?

– Myślę, że w przypadku tych igrzysk przypadków raczej nie będzie. Trzeba pamiętać, że zawody odbędą się w miejscach bardzo dobrze znanych zawodnikom. Konkurencje mężczyzn zaplanowane są w Bormio, a kobiet w Cortinie – to są trasy, na których od lat odbywają się zawody Pucharu Świata. Zawodnicy je znają, wiedzą, czego się spodziewać i to mocno ogranicza pole do niespodzianek.

Największe zaskoczenia pojawiają się zwykle wtedy, gdy igrzyska trafiają w miejsca mniej oczywiste, gdzie na co dzień nie jeździ się zawodów. Wtedy łatwiej o niespodziewane rozstrzygnięcia. Tutaj tego raczej nie widzę. Uważam, że ci, którzy wygrywają w Pucharze Świata, w dużej mierze potwierdzą to również na igrzyskach.

Czyli faworyci?

– Tak, szczególnie w konkurencjach technicznych u kobiet i w zjeździe. Natomiast trzeba pamiętać, że poziom światowy jest dziś niesamowicie wyrównany. Zwłaszcza w męskim slalomie. Tam tak naprawdę pierwsza dziesiątka Pucharu Świata jest na tyle blisko siebie, że bardzo trudno kogokolwiek jednoznacznie wskazać. To jest konkurencja, w której dosłownie każdy z tej dziesiątki może wygrać. Jeden błąd, jeden lepszy przejazd i wszystko się odwraca. Gdybym miał typować konkretne nazwiska, to byłaby czysta loteria.

Z polskiej perspektywy wszyscy patrzą na Marynę Gąsienica-Daniel. Jak Pan widzi jej sytuację przed igrzyskami?

Bardzo jej kibicuję. Uważam, że jest w bardzo dobrej formie i ma realne szanse na bardzo dobry wynik. Zresztą jesteśmy w kontakcie i wiem, jak te jej przygotowania przebiegają. W jej przypadku kluczowe będzie zdrowie i to, żeby wszystko dobrze się ułożyło w dniu startu. Potencjał na walkę o wysokie miejsca zdecydowanie jest. Bardzo bym jej życzył, żeby to zaprocentowało medalem.

 

Autor: Sebastian Snaczke