Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Oskar Kurysia jeszcze kilka lat temu marzył, żeby zostać drugim Adamem Małyszem. Uczęszczał do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku – tam sportowo dorastał obok Kacpra Tomasiaka, z którym uczęszczał do jednej klasy. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że z tej mąki chleba nie będzie. Wtedy w jego życiu pojawił się dart. To właśnie w tej dyscyplinie ulokował swoje sportowe ambicje. Kilka lat temu narty skokowe zamienił na lotki, a dziś jest jednym z największych talentów w całym kraju.
Sport w jego życiu obecny był od zawsze. Podobnie jak masa innych chłopaków, biegał za piłką oraz próbował swoich sił w różnorakich dyscyplinach. Przez chwilę występował nawet w młodzieżowych drużynach Sokoła Buczkowice – był bramkarzem. Jednak aktywnością, która w młodym wieku pochłaniała najwięcej jego uwagi, były skoki narciarskie.
Dyscyplina tak bliska wielu Polakom, a jednocześnie bardzo daleka. Chyba każdy w naszym kraju choć raz oglądał transmisję skoków. Najpierw z udziałem Adama Małysza, później Kamila Stocha, a dziś Kacpra Tomasiaka (z tym ostatnim Oskar Kurysia przeciął się nawet na swoim sportowym szlaku). Mimo ogromnej popularności tego sportu tak naprawdę tylko garstka ludzi miała okazję spróbować w nim swoich sił. Oskar jest jedną z nich…
Do skoków już w młodym wieku namawiał go tata. On sam początkowo był bardzo sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, bo choć – jak mówi – fascynował się nimi od dziecka, to nie mógł sobie tego wyobrazić. -Pamiętam, że jak byłem bardzo mały, tata powiedział mi, że będę kiedyś skakał na nartach. Odpowiedziałem mu wtedy, że chyba coś mu się pomyliło. Parę lat później zapisał mnie do klubu – tak sobie to wymyślił. To był ten czas, gdy był taki kolejny „boom” na skoki po sukcesach Kamila Stocha…- wspomina
Pierwszy raz na belce startowej zasiadł stosunkowo późno. Gdy rozpoczął treningi w Sokole Szczyrk, miał 10 lat. Ciężko więc było sądzić, iż zrobi wielką karierę. Nie można też powiedzieć, żeby był zawodnikiem, który wyróżniał się na tle rówieśników. Taką postacią natomiast bez wątpienia był Kacper Tomasiak, z którym Kurysia spotkał się nie tylko na skoczni, ale również w szkole.

Gdy pytam go o bohatera ostatnich igrzysk olimpijskich, odpowiada bez zastanowienia: – Poukładany chłopak, dobrze się uczył, dobrze skakał. Zawsze był krok przed wszystkimi i zasłużył w 100% na te wyniki, które zrobił. My się tak trzymaliśmy w trójkę, z nim i z Antkiem (Antonim Orawskim – przyp. red.). Swoją drogą z Antkiem jest taka historia, że on skończył skakać, po kontuzji, jakiej doznał podczas… Jazdy na hulajnodze elektrycznej. Złamał rękę i nogę – wspomina szkolnych kolegów
Gdy spojrzymy na rezultaty, jakie Kurysia osiągał na skoczni to szybko dojdziemy do wniosku, że wizja zostania drugim Małyszem czy Stochem była – delikatnie mówiąc – dośc odległa. Poniższe wyniki klasyfikacji generalnej cyklu LOTOS Cup 2021 są jednym z wielu przykładów potwierdzających tę tezę…

Nie było jednak tak, że przygoda na skoczni to było jedynie pasmo niekończących się niepowodzeń. Pytany o te lepsze momenty wspomina z błyskiem w oku:
– Miałem jeden naprawdę dobry sezon. To było przed upadkiem. Wtedy każdy skok sprawiał mi ogromną frajdę… Jarałem się tym. Wszystko mi wychodziło, cały czas latałem daleko. To był mój najlepszy okres i pamiętam, że zaczynałem czuć, że coś może z tego być w przyszłości. A potem przyszedł ten upadek… – zmienia nagle ton głosu.
To właśnie on przyspieszył decyzję o zakończeniu przygody na skoczni. W trakcie jednej z treningowych prób nastoletniemu wówczas zawodnikowi, podczas lądowania wypięła się narta. Na skutek tego doznał on złamania ręki, to jednak nie okazało się w kluczowe w tej historii. Kończyna w końcu się zrosła, pozostał jednak inny ślad – ten w głowie. Jak sam mówi, popełnił wtedy błąd i nie skorzystał z pomocy psychologa. W efekcie strach, który mu towarzyszył, okazał się przeciwnikiem nie do pokonania.
– Popełniłem wtedy błąd – nie poszedłem do psychologa. Na przykład w podobnym czasie Mateusz Mysza też miał poważny upadek – leciał, nagle trafił na ciszę, zero wiatru… Nie zdążył się złożyć do lądowania, tak jak leciał, tak spadł i poważnie złamał nogę. On wrócił do skakania – skacze teraz w FIS Cup’ie. Tylko w przeciwieństwie do mnie, on poszedł do psychologa i wszystko poukładało mu się w głowie – przestał się bać, choć na początku było mu naprawdę ciężko. Jednak głowa w tym sporcie odgrywa ogromną rolę. To był właśnie mój błąd, że się na to nie zdecydowałem – analizuje po czasie.
W międzyczasie w jego życiu rozwijała się zupełnie nowa pasja, choć również związana ze sportem, to już zdecydowanie mniej wyczynowa. Na darta natknął się w podobny sposób, jak większość graczy – zupełnym przypadkiem. Pewnego razu wraz z tatą „skakał” po kanałach, poszukując czegoś w telewizji i trafił na pewną transmisję. Jak czas pokazał, był to dla niego moment zwrotny.
Po natrafieniu na ten sport Kurysia bardzo szybko zdecydował się samemu spróbować swoich sił przy tarczy. Tu znowu z pomocą przyszedł mu tata, który najpierw zamontował w domu tarczę, a później zaczął z synem jeździć po lokalnych turniejach. – Gdy zobaczyliśmy tę transmisję, to następnego dnia zamówiliśmy tarczę. Tata wszystko ogarnął, zamontował. A później woził mnie na te wszystkie turnieje, jak jeszcze nie miałem prawa jazdy – wspomina
Mimo że kilka lat temu narty rzucił w kąt, to wciąż jest związany ze skokami. Dziś już w zupełnie innej roli. W przerwach pomiędzy swoją pracą zawodową i treningami przy tarczy, działa także przy swojej ukochanej dyscyplinie – jest sędzią. Dzięki temu wciąż może się angażować na skoczni. Ale jak właściwie do tego doszło? – Gdy byłem w szkole, to był kurs na sędziego, więc po prostu go zrobiłem. I tak się to zaczęło. Kiedy skończyłem skakać, stwierdziłem, że skoro dalej lubię skoki, to mogę w nich funkcjonować w innej roli — nie jako zawodnik, ale bardziej od strony organizacyjnej – tłumaczy

Oskar bardzo szybko zaczął osiągać sukcesy przy tarczy. Już po kilku miesiącach gry udało mu się wygrać po raz pierwszy – w Kobiórze. Natomiast dziś po czasie szczerze wspomina, że ta wygrana nie zmotywowała go do dalszej ciężkiej pracy. Było wręcz przeciwnie. – Po pierwszym wygranym turnieju sodówka mi trochę uderzyła do głowy. Przestałem trenować, myślałem, że już jestem nie wiadomo kim. Dopiero Bogdan (Bogdan Hazuka – przyp. red.) mnie sprowadził na ziemię. Powiedział mi wprost: „Obudź się gościu, masz potencjał, ale musisz trenować” – mówi po czasie
To właśnie rada od starszego i bardziej utytułowanego kolegi sprowadziła go na ziemie. Od tego czasu dart zajął pierwsze miejsce w jego codziennym życiu, a regularne treningi pozwoliły mu jeszcze bardziej rozwinąć swój ogromny potencjał. Dziś, w wieku 20 lat może się pochwalić licznymi sukcesami. Na swoim koncie ma m.in. zwycięstwo w Darts Masters Oświęcim, wygraną w Silesia Masters Road, czy wygrany turniej Players Championsship w Czechach… Ponadto jest aktualnie liderem klasyfikacji generalnej Grand Prix Polski w kategorii U-23 a niedawno zaliczył swój debiut w eliminacjach do turnieju European Tour w Krakowie.
Dziś, mimo wciąż młodego wieku i bardzo nikłego doświadczenia bez wątpienia jest jednym z najlepszych darterów w naszym regionie. Gdy pytam go, czy potrafi sobie wyobrazić siebie grającego na scenie PDC, odpowiada: – Nie ukrywam, że bardzo bym tego chciał. Życie ma się jedno i każdy chce je przeżyć jak najlepiej, tak żeby później niczego nie żałować. I szczerze mówiąc, marzy mi się gra w PDC, żeby to stało się moją pracą. Wiem, że naprawdę bym się z tego cieszył- kończy z uśmiechem
Czytaj także:
Autor:
Mikołaj Lorenz
[email protected]
Kilka minut gry wstępnej z książkami, które warto przeczytać. Lokalni autorzy, cenione gwiazdy literatury, wciągające historie i tytuły, które na długo zostają w pamięci.
close
Copyright Radio BIELSKO