Piłka nożna

Wisła nie chce futbolu na pokaz. „Chcemy grać tak wysoko, jak nas poniosą nasi zawodnicy”

today25.04.2026 06:05

Tło
share close

W Wiśle nikt nie zamierza konkurować ze skokami narciarskimi o miano sportu numer jeden. Ale piłka nożna wcale nie stoi tam w miejscu. WSS Wisła rozwija się po swojemu — bez pompowania ambicji ponad stan, za to z mocnym naciskiem na dzieci, młodzież i lokalną tożsamość. Chcielibyśmy, żeby jak najwięcej było naszych zawodników – mówi prezes klubu Zbigniew Wuwer. I właśnie w tym zdaniu najlepiej zamyka się dziś filozofia wiślańskiego futbolu.

Bez sztucznego pompowania. Piłka ma rosnąć naturalnie

W lokalnym futbolu łatwo ulec pokusie, by przyspieszać wszystko na siłę. Ściągnąć kilku zawodników, podkręcić budżet, spróbować wyskoczyć ligę wyżej i przez moment poczuć, że klub „idzie do przodu”. W Wiślańskim Stowarzyszeniu Sportowym patrzą na to inaczej. Prezes Zbigniew Wuwer, który przewodzi organizacji od ćwierć wieku, nie ukrywa, że WSS chce grać jak najwyżej, ale tylko wtedy, gdy będzie to wynikało z rzeczywistego potencjału klubu. – Chcemy grać jak najwyżej i zajmować jak najlepsze miejsce, ale musimy patrzeć realnie. W Wiśle mamy dziś około 120 najmłodszych dzieci trenujących piłkę i wierzę, że z czasem to zaprocentuje. Jak to się mówi – z tej mąki będzie chleb – podkreśla prezes.

To nie jest język rewolucji. To jest język cierpliwości. W Wiśle nie chcą budować drużyny na chwilę, tylko klub na lata. I dlatego znacznie ważniejsze od głośnych ruchów są tam fundamenty. – Nie wchodzi w grę ściąganie zawodników z daleka. Chcemy, żeby jak najwięcej było u nas chłopaków stąd, naszych zawodników – mówi Wuwer. W tych słowach jest i rozsądek, i charakter tego miejsca. Wisła chce być klubem swoich ludzi, a nie zlepkiem nazwisk dobranych pod tabelę.

Największe wyzwanie? Zamknąć szkoleniowy łańcuch

Choć seniorzy są wizytówką każdego klubu, w tej rozmowie bardzo wyraźnie słychać było, że dziś najważniejsza batalia w WSS Wiśla toczy się nie o ligowe punkty, ale o ciągłość szkolenia. Klub ma mocne podstawy w najmłodszych kategoriach. Problem zaczyna się później, na etapie przejścia do starszych roczników. I właśnie dlatego jednym z głównych celów stało się stworzenie drużyny juniorskiej. – Dziś bardzo ważne jest dla nas stworzenie drużyny juniorskiej. Mamy najmłodsze grupy, ale później zaczyna nam brakować zawodników w wieku juniora. A to właśnie od tego etapu powinno się budować dalszą ścieżkę, żeby chłopcy mogli piąć się wyżej, tak jak bywało to wcześniej – tłumaczy prezes.

To bardzo ważny fragment tej układanki. Bo jeśli klub chce naprawdę opierać się na swoich zawodnikach, musi dać im możliwość przechodzenia przez kolejne etapy. Bez tego nawet najlepsze szkolenie najmłodszych z czasem traci ciągłość. A jeśli najzdolniejsi pójdą dalej? W Wiśle nikt nie zamierza im tego blokować. Wręcz przeciwnie. – Jeśli czterech czy pięciu chłopaków trafia do szkół mistrzostwa sportowego, to przecież nie można im tego zabraniać. Nie można powiedzieć młodemu zawodnikowi: nie idź dalej, zostań tutaj. Jeśli ma szansę się rozwijać, to trzeba mu ją dać – podkreśla Wuwer. To podejście dużo mówi o klubie. Tu nie ma lęku przed tym, że ktoś urośnie ponad lokalny poziom. Jest raczej duma, że klub może stać się dla kogoś pierwszym ważnym przystankiem.

Raków pomógł otworzyć kolejne drzwi

Jednym z ciekawszych wątków rozmowy była współpraca z Rakowem Częstochowa. W wielu miejscach podobne partnerstwa wyglądają dobrze głównie na stadionowym banerze. W Wiśle, jak przekonuje prezes, za tym szyldem stoi konkret. – Raków Częstochowa jest naszym partnerem i ta współpraca naprawdę daje nam konkretne korzyści. Nasi trenerzy jeżdżą tam na szkolenia, a dzieci mają możliwość wyjazdów na mecze i korzystają z wejściówek. To wszystko naprawdę robi dobrą robotę – opowiada Wuwer.

Współpraca z dużym klubem daje więc nie tylko prestiż, ale też realne korzyści dla trenerów i młodych zawodników. Co ciekawe, jej początek był dość nieoczywisty. – Zaczęło się trochę przypadkowo, od jakiejś kurtuazyjnej rozmowy, że nasze grupy mają podobne koszulki. Potem pojawiły się pierwsze kontakty, ktoś przyjechał, jeden z zawodników pojechał na testy i z czasem ta współpraca zaczęła się zacieśniać – wspomina prezes. To historia, która dobrze pasuje do Wisły. Nic na siłę. Bez wielkiej strategii ogłaszanej fanfarami. Po prostu z jednego kontaktu zrobił się kolejny, z kolejnego relacja, a z relacji konkretna współpraca.

 

W Wiśle mecz to nie tylko mecz

W Wiśle, na terenie terenów rekreacyjnych Jonidło, gdzie swoje mecze rozgrywa WSS, bardzo mocno rzuca się w oczy też coś, czego nie da się zamknąć w tabeli. Klimat miejsca. Atmosfera, która wokół lokalnego futbolu bywa dziś równie ważna jak wynik. Wuwer opowiada o tym w bardzo obrazowy sposób: – Jest tu naprawdę fajna atmosfera. Mamy dobre boisko, ładną widownię, przyjemnie jest przyjść przed meczem, przejść się, zatrzymać. Obok jest pole namiotowe, ludzie widzą, że coś się dzieje – ktoś przyjdzie na kiełbaskę, ktoś inny się zatrzyma, obejrzy mecz. To tworzy taki lokalny, dobry klimat.

I właśnie w tym chyba tkwi siła takich klubów jak WSS Wisła. Tu mecz nie jest tylko sportowym wydarzeniem. Jest elementem lokalnego życia. Pretekstem do spotkania, do rozmowy, do bycia razem. Prezes nie ukrywa też, że właśnie taki futbol ceni najbardziej. – Bywam czasem na meczach drużyn bardziej doinwestowanych, z większymi pieniędzmi, ale tam trybuny są puste i nic się nie dzieje. Jest smutno, bo to nie są „swoi” ludzie. U nas to wygląda inaczej – mówi. To mocna diagnoza, ale trudno odmówić jej trafności. W niższych ligach można mieć lepszy budżet, a jednocześnie mniej życia wokół klubu. W Wiśle wolą iść w przeciwną stronę.

„Lepiej grać niżej i wygrywać”

W pewnym momencie rozmowa zeszła także na temat ambicji i pułapek związanych z grą wyżej. I właśnie wtedy padło zdanie, które spokojnie mogłoby zostać klubowym mottem. – Lepiej grać trochę niżej, ale wygrywać i mieć z tego radość, niż iść wyżej tylko po to, żeby ciągle przegrywać – mówi Wuwer. Nie chodzi tu oczywiście o brak charakteru czy minimalizm. Bardziej o świadomość realiów. O to, że klub zbudowany uczciwie i rozsądnie może funkcjonować długo, a klub rozpędzony za szybko często kończy się równie szybko, jak się zaczął.

Prezes zna takie historie aż za dobrze. – Mam wrażenie, że na dłuższą metę takie sztuczne pompowanie po prostu się nie utrzymuje. Ktoś zrobi jeden czy dwa awanse, a później kończy się tak, że nie ma nawet czego zbierać – ocenia bez owijania w bawełnę. To jedna z tych wypowiedzi, które brzmią mocno właśnie dlatego, że nie są teoretyczne. Tylko wynikają z wielu lat patrzenia na lokalny sport od środka.

Dzieci są ważniejsze niż liga

W całej rozmowie wraca jeszcze jeden bardzo mocny akcent: priorytetem nie jest dziś dla WSS Wisła poziom rozgrywek seniorów, tylko skala pracy z dziećmi. – W całym klubie mamy ponad dwieście dzieci, bo to nie jest tylko piłka nożna, ale też biegi narciarskie i skoki. I to właśnie jest dla nas najważniejsze, a nie to, czy seniorzy będą grali w okręgówce czy jeszcze wyżej – podkreśla Wuwer. To bardzo wyraźna deklaracja. I jednocześnie coś, co dobrze tłumaczy, dlaczego Wisła nie zamierza za wszelką cenę udowadniać światu swojej wielkości w seniorskim futbolu. Bo klub już dziś wykonuje ogromną robotę tam, gdzie sport zaczyna się naprawdę — w pracy z dziećmi.

 

Padł także temat ewentualnego rozwoju piłki dziewczęcej. I również tutaj odpowiedź była szczera, bez opowiadania historii pod publikę. – Myślimy o tym, ale na dziś to jeszcze dość odległa perspektywa. Na ten moment byłoby to trudne do zrealizowania. Wisła jest miasteczkiem, które ma jednak ograniczoną ilość dzieci, które tak jak wspomniałem – realizują się już w innych grupach – przyznaje prezes.

Ćwierć wieku w klubie. I dalej chce się przychodzić o szóstej rano

Na końcu tej rozmowy najmocniej wybrzmiewa już nie tylko sam klub, ale człowiek, który jest z nim związany od lat. Kiedy pada pytanie o klubowy staż, odpowiedź jest konkretna: 25 lat! A kiedy rozmowa schodzi na energię i motywację, które po ćwierć wieku codziennego działania na rzecz lokalnej organizacji sportowej mogłyby przecież zdradzać swoje deficyty, Zbigniew Wuwer nie brzmi jak ktoś zmęczony długoletnią funkcją. – Tak, wciąż mam w sobie ten zapał. Jestem już od dawna na emeryturze, ale człowiek musi mieć zajęcie i pasję. Mnie to po prostu nadal cieszy. Zdarza się, że już o szóstej rano jestem w klubie, realizuję jakieś zadania, spotykam się z ludźmi – mówi.

I może właśnie to jest najlepsza puenta tej historii. WSS Wisła nie próbuje być klubem z reklamowego folderu. Nie goni za modnymi hasłami. Nie buduje się na skróty. Jest za to miejscem, w którym wciąż żywa jest pasja, codzienność i przekonanie, że futbol ma sens wtedy, kiedy wyrasta z ludzi, a nie z chwilowej kalkulacji.

 

Autor: Zdjęcie autora Sebastian Snaczke
[email protected]