Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
today25.01.2026 18:15 1
Czwarty sezon Bielskiej Ligi Darta dobiegł końca, a nowym mistrzem został Przemysław Laszczak. W rozmowie z Radiem BIELSKO opowiedział o swojej drodze do tytułu, wyzwaniach i presji, która mu towarzyszyła. Porozmawialiśmy także na temat powstania ligi, bowiem jest on przecież jednym z jej organizatorów. Dowiedzieliśmy się, że wszystko jest dziełem przypadku, a fascynacja dartem rozpoczęła się pewnego piątkowego wieczoru, dzięki transmisji, na którą przypadkowo natrafił…
Mikołaj Lorenz(Radio BIELSKO): Czwarty sezon Bielskiej Ligi Darta za nami. Dotarło już do ciebie, że jesteś nowym mistrzem?
Przemysław Laszczak: Jasne, że tak! Ja już z tym byłem oswojony od tygodnia. Trochę nie dojechałem na ten ostatni czwartek, ale to chyba wynikało z tego, że podszedłem do tematu już trochę zbyt luźno. Nie powinienem, bo wcześniej – kiedy losy jeszcze się ważyły – cały dzień budowałem sobie mental pod ten występ i to faktycznie działało. Tym razem tej potrzeby już nie czułem i wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Ale nieważne – ostatecznie cel został osiągnięty.
ML: Nie ma co ukrywać, że przed sezonem nie byłeś stawiany w roli faworyta… kiedy ty właściwie poczułeś, że możesz sięgnąć po końcowy triumf?
PL: Ja nie będę ukrywał, że cały czas czuję się trochę jak Leicester z sezonu 2015/2016. Na samym początku raczej nikt nie dawał mi realnych szans. Gdyby wskazywać dziesięciu zawodników, którzy potencjalnie mogli sięgnąć po mistrzostwo, pewnie nie znalazłbym się w tym gronie. Natomiast chciałbym zaznaczyć, że jakieś przebłyski tej rosnącej formy były już wcześniej, przed startem pierwszej kolejki – udało mi się wygrać turniej w Pszczynie i w Andrychowie, więc czułem, że ta dyspozycja rośnie… I tak naprawdę po tym pierwszym wygranym finale w Bielsku – w czwartej kolejce z Markiem Strokiem dotarło do mnie, że mimo iż będzie to piekielnie trudne, to jednak jest możliwe. Wtedy też moje nazwisko pierwszy raz pojawiło się na szczycie ligowej tabeli. Ten turniej był takim kamieniem milowym…
ML: A jak wielką zasługą twojej wysokiej formy są te legendarne treningi z Mateuszem Wróblewskim? To on jest ojcem chrzestnym twojego sukcesu?
PL: Absolutnie te treningi są kluczowe (śmiech), ale chciałbym też zaznaczyć, że Mateusz nie jest moim jedynym sparingpartnerem, bo całkiem niedawno moja dziewczyna też dołączyła do tego grona i teraz ona również ze mną gra. Treningi z Mateuszem pomagają – jak najbardziej, ale to też jest codzienna praca, każdego dnia poświęcona co najmniej godzinka, żeby porzucać i potrenować. On też przede wszystkim prezentuje wysoki poziom i te mecze z nim są bardzo wymagające.

ML: Patrząc na ciebie z boku, można było odnieść wrażenie, że dobrze sobie radzisz z presją, a jak to wyglądało w rzeczywistości?
PL: Jeśli mam być szczery to w pewnym momencie zacząłem nawet odczuwać taką małą niechęć do gry, wręcz gra przestała mnie cieszyć. Wynikało to z tego, że do tej pory, gdy przyjeżdżałem na ligę z nastawieniem: „pograć sobie i pojechać do domu”. Natomiast w momencie, kiedy faktycznie zaczęła pojawiać się realna szansa na zwycięstwo albo na zajęcie jakichś topowych miejsc, ta presja wewnętrzna rzeczywiście zaczęła narastać. Może ja tego nie okazywałem na zewnątrz, ale z kolejki na kolejkę było ją coraz bardziej czuć. Bo mimo wszystko, jeżeli jesteś faworytem, to już nie gra się tak łatwo i nie gra się z czystą głową, jak chociażby we wcześniejszych meczach z Markiem Strokiem czy Arturem Hazuką. Wtedy tak naprawdę wiedziałem, że ja ewentualnie mogę — nic nie muszę. Jeżeli wygram, to będzie miłe zaskoczenie, będzie fajnie. W momencie, kiedy faktycznie zaczęła pojawiać się ta realna szansa, było już trochę inaczej. Rzeczywiście w pewnym momencie przestałem się tą grą aż tak cieszyć. Nawet dzieliłem się tym pewnego razu, gdy wracaliśmy razem do domu z Rafałem Szopą, że ta radość zaczyna trochę znikać. Presja bycia liderem i presja tego, żeby wygrywać i utrzymać tę pozycję, z kolejki na kolejkę stawały się coraz większe… I faktycznie gdzieś tam w mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli, że jednak chętniej grało mi się wtedy, gdy było to takie typowo przeciętne granie — bez tej całej otoczki i oczekiwań.
ML: Ostatecznie udało się wygrać, co wcale nie było łatwe, patrząc na to, z jakimi rywalami musiałeś się mierzyć…
PL: Moje zwycięstwo w tym sezonie uważam po części za zwycięstwo całej ligi, bo tak naprawdę, żebym mógł wygrać, musiałem podnieść swój poziom na tyle, żeby dostosować się do poziomu naszych graczy. To jest znaczny progres w porównaniu do tego, co było wcześniej. Dziś, żeby realnie konkurować z resztą stawki, trzeba było ten poziom naprawdę mocno podnieść. Dlatego uważam, że jest to sukces nie tylko mój, ale całej Bielskiej Ligi Darta, która pod względem poziomu wyraźnie się podniosła — i to diametralnie widać. Jeżeli cofniemy się do statystyk z pierwszego sezonu, który rozgrywaliśmy w Stolarni, kiedy średnie 38–40 pojawiały się praktycznie przy każdym nazwisku i porównamy to z obecnymi wynikami, gdy można przegrywać mecze ze średnią 60+, to jasno pokazuje, o jakim progresie mówimy.
ML: Oczywiście, że tak, poziom ligi znacznie wzrósł. A jest taki zawodnik, który stanowi dla ciebie szczególne wzywanie? Taki, z którym zawsze masz problemy przy tarczy?
PL: Myślę, że nie ma takiego zawodnika. To jest przede wszystkim kwestia nastawienia przed meczem z danym rywalem. Szczerze mówiąc, zdecydowanie bardziej wolę grać z tymi czołowymi zawodnikami, aniżeli z takimi, którzy gdzieś tam „prześlizgnęli” się z grupy z czwartego miejsca… Najlepszym przykładem jest sytuacja z jednej z ostatnich kolejek, gdy przegrałem zaraz po grupach z Nikodemem Pudełko, który wyszedł z grupy z czwartego miejsce — umówmy się, nie grając w grupie jakiegoś wielkiego darta — i zaraz po fazie grupowej mnie pokonał, a później finalnie tego dnia doszedł bodajże do czwartego miejsca. Dlatego zdecydowanie bardziej wolę grać z faworytami, niż z takimi, których „na papierze” powinienem pokonać do zera.
ML: A spotkania ze swoimi kolegami, Mateuszem Wróblewskim i Rafałem Szopą, z którymi współtworzysz Bielską Ligą Darta, traktujesz trochę inaczej?
PL: Nie da się ukryć, że te mecze gra się trochę inaczej. Poza aspektem czysto sportowym dochodzi jeszcze taki dodatkowy element rywalizacji między nami. Często też spotykamy się ze sobą poza ligą i gramy w luźnej atmosferze, ale wiadomo, że każdy wówczas daje z siebie wszystko, aby wygrać. Myślę, że gdy gram, z którymś z chłopaków to jest takie dodatkowe 10-15 procent presji

ML: Skoro już jesteśmy przy temacie organizatorów, jak właściwie doszło do tego, że zacząłeś grać w darta i jak to się stało, że postanowiliście stworzyć ligę?
PL: Ta historia jest o tyle ciekawa, że jest absolutnym przypadkiem. Wszystko to, czym dziś możemy się cieszyć, jest tak naprawdę dziełem przypadku. Siedziałem kiedyś z kolegą, który de facto w tym momencie nie jest w żaden sposób związany ani z dartem, ani z naszą organizacją. Po prostu przeglądaliśmy YouTube’a w poszukiwaniu czegokolwiek — nie ukrywam, była to piątkowa imprezka — więc szukaliśmy czegoś do obejrzenia i zupełnie przypadkiem trafiliśmy na transmisję z mistrzostw świata. To był bodajże 2023 rok. Na początku pomyślałem: kto to w ogóle ogląda? Jak można organizować mistrzostwa świata w darcie? Przecież to jest typowo barowy sport, który tak naprawdę pewnie nikogo nie interesuje. Natomiast zostałem przy tej transmisji chwilę dłużej — i spodobało mi się. „Zainstalowałem” temat u nas w biurze. Mateusz od razu powiedział, że też chętnie pogra. Zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca w Bielsku, gdzie można by było porzucać, ale był z tym ogromny problem — de facto znaleźliśmy w całym mieście tylko dwa elektroniczne automaty… Na swoją trzydziestkę poprosiłem więc chłopaków z biura — Mateusza i Dawida — o tarczę z lotkami. Powiesiłem ją u mnie w mieszkaniu, a Mateusz wpadał dosyć często, potem coraz częściej, aż można było powiedzieć, że praktycznie codziennie. Zaczęliśmy grać, i pojawił się pomysł, żeby ruszyć z jakąś ligą — po prostu wrzucić temat do internetu, na Facebooka. Myśleliśmy raczej o 15 graczach, żeby sobie pograć — chodziło o to, żeby nie grać cały czas ze sobą, ale też zmierzyć się z innymi graczami i zobaczyć, jaki poziom reprezentują inni. Pierwszy turniej, który zorganizowaliśmy w Stolarni, pokazał, że zainteresowanie jest ogromne — godzinę po ogłoszeniu wydarzenia na Facebooku lista 32 osób była już zamknięta, a to było 2–3 tygodnie przed turniejem. Od razu wiedzieliśmy, że pomysł ma sens, a potem zainteresowanie tylko rosło. Tak jak mówię, całe powstanie ligi jest dziełem przypadku. Zupełnego przypadku, że trafiłem wtedy na te transmisje na YouTube. Przypuszczam, że gdyby nie to, kto wie, czy w ogóle coś by powstało. Pewnie prędzej czy później by tak, ale niekoniecznie z naszej ręki…
ML: I jak się czujecie, z tym że coś, co powstało trochę przez przypadek zmieniło się w takie przedsięwzięcie?
PL: My czujemy się świetnie. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że spoczywa na nas pewnego rodzaju odpowiedzialność za społeczność, którą zbudowaliśmy — a która, można powiedzieć, w pewnym stopniu sama się wokół tego przedsięwzięcia zorganizowała. Jesteśmy niesamowicie zadowoleni, że coś takiego mogło tak pozytywnie zaskoczyć. Bo, jak mówię, my początkowo liczyliśmy na jakieś 15 osób, które dołączą i pograją raz w tygodniu — totalnie dla fanów. Tymczasem zapotrzebowanie na darta, ten popyt, który obserwujemy ostatnio, jest ogromny i cały czas rośnie. Dlatego w tym momencie robimy wszystko, żeby to jeszcze bardziej rozwijać. Uwierz mi, że czasami skupiamy się na tym nawet bardziej niż na naszej pracy zawodowej, z której tak naprawdę żyjemy. Bo nie ukrywajmy — z darta nie zarabiamy i przypuszczam, że jeszcze przez kilka, kilkanaście lat, a może nawet nigdy, nie będziemy z niego żyli. To nie są pieniądze, które pozwolą utrzymać jednego człowieka, a co dopiero trzech. Powiem szczerze, że robimy to przede wszystkim dla zajawki. Wiemy, że mamy dla kogo to robić — i to właśnie nas głównie napędza. Mam nadzieję, że w przyszłości dołączymy do organizacji, które będą promowały zawodników pod kątem Mistrzostw Polski i tak dalej, że staniemy się miejsce, z którego będą wychodzić zawodnicy profesjonalni. Moim zdaniem to kwestia roku, może dwóch. Uważam, że trafią nam się zawodnicy, zwłaszcza z młodego pokolenia. Możemy teraz obserwować Oskara Kurysię, który zaczynał tak naprawdę u nas w Stolarni i moim zdaniem jest rok, dwa od udziału w Q-Schoolu i powalczenia o kartę PDC. Granie ze średnią 80 punktów na kilkulegowym dystansie już cię do czegoś zobliguje. Być może jeszcze nie czuje się na to gotowy, ale moim zdaniem to kwestia roku, dwóch, a Oskar będzie starał się o kartę PDC… I to nie jest jedyny zawodnik. Takie sytuacje pokazują też inni młodzi gracze, jak Tomek Niewdana czy Łukasz Węgrzyn z Andrychowa, który ostatnio się u nas pojawił. Czasami presja jeszcze trochę ich „zjada”. Natomiast jeśli poukładają swój mental, to są spokojnie w stanie walczyć z najlepszymi.
ML: To tak na koniec… Czwarty sezon za nami, czeka nas jeszcze oficjalne zakończenie, ale myślicie już powoli o następnym? Co już wiemy? Kiedy start? Szykujecie jakieś zmiany np. jeśli chodzi o punktację?
PL: Będziemy chcieli wystartować maksymalnie w drugim tygodniu marca. Chcemy skończyć kolejny sezon przed okresem wakacyjnym, więc ten termin jest dość sztywny. Jeżeli chodzi o punktację, wydaje nam się, że jest w porządku. Na ten moment nie planujemy żadnych zmian, bo jest to najuczciwszy i najbardziej miarodajny system, który opracowaliśmy w ciągu tych czterech turniejów. Przypomnijmy, że w zeszłym sezonie walka o mistrzostwo trwała do ostatniego meczu — Wojtek Madecki z Markiem Strokiem bili się o tytuł niemal do ostatniego spotkania. W tym sezonie było podobnie — na dobrą sprawę byłem lepszy od Artura o 22 punkty, co oznacza, że gdybym tydzień temu nie doszedł do finału, a odpadł np. w ćwierćfinale, walka toczyłaby się do ostatniej kolejki. Punktacja jest więc bardzo miarodajna, przejrzysta i uczciwa — liczy się każdy ugrany leg, każde zwycięstwo, nawet w grupie. Dlatego pozostaje bez zmian. Natomiast jeśli chodzi o samą organizację i liczbę zawodników, okaże się to w najbliższych dniach, ale mogę uchylić rąbka tajemnicy — nie będziemy grać w Bistro 105. Od marca gramy w innym miejscu, na terenie Bielska, ale w miejscu. Na razie nie zdradzę jeszcze dokładnie gdzie, bo mamy kilka opcji do wyboru. Chcemy też powiększyć możliwości, jeśli chodzi o liczbę graczy…
Czytaj także:
Autor: Mikołaj Lorenz
Ponadczasowa lista tanecznych hitów z kręgu muzyki euro dance. Największe z największych - hity wszech czasów w Twoim ulubionym radiu.
close
Copyright Radio BIELSKO