Piłka nożna

Podbeskidzie wraca do I ligi, ale nie do starych błędów. Krzysztof Sałajczyk o awansie, pieniądzach i transferach

today14.06.2026 06:01

Tło
share close

Podbeskidzie Bielsko-Biała wróciło do I ligi szybciej, niż jeszcze zimą zakładano w klubowych gabinetach. Zespół, który po jesieni miał przede wszystkim spokojnie się utrzymać, pod wodzą Marcina Włodarskiego przeszedł spektakularną przemianę i wygrał barażową walkę o awans. Teraz przed klubem kolejny etap: budowa kadry na I ligę, uporządkowanie struktur, rozwój sprzedaży, walka o kibica i dalsze pilnowanie finansów. O kulisach ostatnich miesięcy, decyzji o zatrudnieniu trenera Włodarskiego, transferach, rozmowach z zawodnikami, miejskim wsparciu i planie na Podbeskidzie rozmawiamy z prezesem klubu Krzysztofem Sałajczykiem.

„Na poziomie I ligi dyrektor sportowy nie jest nam dziś niezbędny”

Zacznijmy od tematu, który w Podbeskidziu wraca regularnie. Klub nadal nie ma formalnie dyrektora sportowego. Kiedy obejmował Pan funkcję prezesa, mówiło się o budowie struktury, pojawiał się temat takiego stanowiska. Dziś, po awansie do I ligi, nadal nie planujecie zatrudnienia dyrektora sportowego?

Na ten moment nie. Coraz więcej klubów odchodzi od takiego stanowiska, zwłaszcza jeśli nie mają bardzo rozbudowanej struktury i bardzo dużych budżetów. Dyrektorzy sportowi są dziś drodzy. Oczywiście w Ekstraklasie pewnie trudno już takiej funkcji uniknąć, bo tam skala działania jest inna, ale na poziomie I ligi uważamy, że nie jest nam to teraz niezbędne.

Zostawiamy komitet transferowy, który mamy. Zimą bardzo dobrze się sprawdził, teraz też funkcjonuje sprawnie. Mamy ludzi, którzy analizują rynek, rozmawiają, oceniają zawodników i wspólnie podejmujemy decyzje. Nie widzimy dziś potrzeby, żeby wydawać pieniądze na osobne stanowisko, które w naszej ocenie nie jest w tym momencie konieczne.

Skoro sam Pan wywołał temat transferów: jesteście już blisko pierwszych konkretnych ruchów?

Tak. Mieliśmy przygotowaną listę zawodników zarówno pod I ligę, jak i pod II ligę. Teraz pracujemy na tej liście. Z częścią zawodników prowadzimy rozmowy, niektóre są już zaawansowane. Jesteśmy na takim etapie, że w najbliższym czasie pierwsza osoba ma przyjechać na testy medyczne przed podpisaniem kontraktu.

To mają być uzupełnienia składu czy realne wzmocnienia?

Nie ma co ukrywać, że musimy zespół wzmocnić. Historia piłki pokazuje, że bardzo trudno jest awansować i potem grać wyżej dokładnie tą samą kadrą. Kluby, które próbują tak robić, bardzo często mają później duże problemy. Można przywołać różne przykłady, także z Ekstraklasy.

U nas nie będzie może wielkiej rewolucji, ale będzie rotacja. Szczególnie jeśli chodzi o zawodników, którzy wiosną nie odgrywali znaczącej roli. Oni będą zastępowani lepszymi zawodnikami. Potrzebujemy też większej rywalizacji dla tych, którzy wiosną wyglądali bardzo dobrze.

Na których pozycjach szukacie wzmocnień?

W zasadzie każda pozycja wymaga wzmocnienia. Nie tylko pod kątem pierwszego składu, ale też rywalizacji. Na pewno chcemy wzmocnić pozycję numer sześć, linię obrony oraz ataku. Potrzebujemy większej jakości i szerszej kadry, bo I liga będzie zupełnie innym wyzwaniem.

„Chcemy zostawić większość kluczowych zawodników”

Kibiców interesuje nie tylko to, kto przyjdzie, ale też kto zostanie. Zacznijmy od zawodników wypożyczonych, którzy byli bardzo ważni wiosną. Co z Krzysztofem Kolanko i Kamilem Sochaniem, którzy formalnie są zawodnikami Zagłębia Lubin?

Rozmawiamy. W przypadku Krzysia Kolanko sprawy idą w dobrym kierunku, choć oczywiście wiele zależy od Zagłębia. Jestem w kontakcie z dyrektorem sportowym Zagłębia już od kilku miesięcy. Oni mają wielu zdolnych chłopaków i teraz też analizują, komu dać szansę na poziomie Ekstraklasy, a komu zielone światło na wypożyczenie.

Moim zdaniem co najmniej jeden z tej dwójki u nas zostanie, ale zobaczymy, jak to się finalnie skończy.

Rozmawiacie tylko o kontynuacji wypożyczeń? Czy jest temat definitywnego transferu któregoś z chłopaków?

Na tę chwilę nie chciałbym tego przesądzać. Wszystko jest w grze. Rozmawiamy o różnych wariantach.

Kolanko z perspektywy wiosny był dla Was jednym z kluczowych zawodników.

Tak, był ważnym zawodnikiem. Świetnie się u nas odnalazł. Dlatego chcielibyśmy, żeby został.

 

A jeśli chodzi o innych ważnych piłkarzy z wiosny? Kibice mogą drżeć o przyszłość takich zawodników jak Kizyma, Sitek, Kanach, Gach czy Urynowicz?

Chcemy zostawić zdecydowaną większość tej podstawowej jedenastki, która wiosną się ukształtowała. Kacper Gach i Marcin Urynowicz to między innymi gracze, których chcemy mieć w pierwszoligowej kadrze. Z Mateuszem Kizymą droga jest nieco dłuższa. Rozmowy jeszcze w jego sprawie trwają i są trudne. (już po rozmowie Podbeskidzie poinformowało o przedłużeniu kontraktu Maksymiliana Sitka oraz pożegnaniu z Radosławem Kanachem – przyp. red.)

Ze względów finansowych?

Tak. Ja już mówiłem to wcześniej: nie będziemy przepłacać. Podbeskidzie nie może wrócić do czasów, w których płaciło dwa razy tyle, co inne kluby. Będziemy jednym z klubów, które płacą rozsądnie, nawet w I lidze. Zawodnicy, którzy chcą tu zostać, muszą rozumieć, że klub musi twardo stąpać po ziemi.

Chcemy zostawić większość kluczowych zawodników, ale na racjonalnych warunkach. Rok temu mieliśmy przykład Linusa Rönnberga. Wszyscy byli z niego zadowoleni, ale chciał za dużo, więc odpuściliśmy. I dalej będziemy tak robić. Nie ma ludzi niezastąpionych.

A Bartosz Martosz? Zimą mówiło się o zainteresowaniu z wyższych lig.

Bartosz zostanie. Zimą realnej oferty nie było. Były obserwacje, rozmowy, jakieś sygnały, ale nic konkretnego.

Nie ma poczucia, że zimą mogła być okazja, żeby go spieniężyć, a po słabszej wiośnie temat się oddalił?

Nie patrzę na to w ten sposób. To młody chłopak, ma swoje atuty, ma też niedoskonałości, ale na takich zawodnikach trzeba budować przyszłość. Nie chcemy go sprzedawać tylko po to, żeby sprzedać.

Oczywiście jeśli przyjdzie bardzo dobra oferta, tak jak było w przypadku Michała Willmanna, to trzeba ją rozważyć. Tam oferta była dobra finansowo, a dla chłopaka to mogła być jedna z najważniejszych szans w życiu. Nie można było go zablokować. Ale co do zasady chcemy takich zawodników rozwijać, a nie od razu oddawać.

„Włodarski? Na dziś dziesięć na dziesięć”

Wróćmy do sezonu. Jak Pan dziś ocenia decyzję o zatrudnieniu Marcina Włodarskiego? Trafił Pan w dziesiątkę?

Tak, na tę chwilę: dziesięć na dziesięć. Trudno powiedzieć inaczej, patrząc na to, co się wydarzyło. Kiedy wszyscy się dziwili, że bierzemy trenera z małym doświadczeniem w piłce seniorskiej, już wtedy mówiłem, że w procesie rekrutacyjnym wyglądał najlepiej. Przygotował merytoryczną prezentację swojego modelu gry i świetnie odpowiadał na pytania, a rzeczy, które zdiagnozował z zewnątrz, okazały się trafne praktycznie w stu procentach.

Przyszedł i wygrał ligę. Od momentu jego przyjścia byliśmy najlepszą drużyną w lidze. Można powiedzieć, że zrobił robotę.

 

To była rzeczywiście Wasza jedynka? W środowisku pojawiały się, między innymi, głosy, że mocno rozważaliście też Piotra Tworka i rywalizowaliście o niego z Rekordem.

Nie rywalizowaliśmy z Rekordem o trenera Tworka. Prawda jest taka, że Piotr Tworek był gdzieś w orbicie naszych zainteresowań. Pamiętałem go jeszcze z czasów dobrej pracy w Warcie Poznań. Zrobiliśmy rekonesans w środowisku, sprawdzaliśmy różne nazwiska, nie tylko te z pierwszej, wytypowanej piątki. Mieliśmy też opcje rezerwowe i tam trener Tworek się pojawiał.

Natomiast Marcin Włodarski był naszym pierwszym wyborem. Był bardzo dobrze oceniany, również dzięki rekomendacjom. Dużą rolę odegrał tutaj Dariusz Kołodziej, który z nim pracował, rozmawiał z nim i bardzo dobrze nam go przedstawił. Gdyby trener Włodarski odmówił, wtedy dzwonilibyśmy do kolejnej osoby.

Historia bardzo szybko rozliczyła ten wybór pozytywnie.

Tak, ale trzeba pamiętać, z jakiego punktu startowaliśmy. Rozmawiając z trenerem Włodarskim, umawialiśmy się uczciwie: walczymy o utrzymanie, a w kolejnym sezonie budujemy drużynę, która może powalczyć o awans. Trzeba byłoby być bardzo próżnym człowiekiem, żeby z czternastego miejsca stawiać trenerowi za cel awans do I ligi.

Kontrakt trenera po awansie automatycznie się przedłużył?

Tak. Podpisaliśmy z nim umowę na półtora roku. Gdybyśmy się nie utrzymali, kontrakt by się rozwiązał. Był też zapis, że jeśli w kolejnym sezonie awansujemy, umowa zostanie przedłużona. Awansowaliśmy od razu, więc kontrakt automatycznie się przedłużył. Trener ma teraz kontrakt do 2028 roku.

Czy są tam zabezpieczenia na wypadek zainteresowania z wyższych lig albo większych klubów?

Jeżeli będzie zainteresowanie, to taki klub musi się z nami dogadywać. Oczywiście w piłce nigdy nie ma pełnego spokoju. Jeśli po trenera zgłosi się bardzo duży klub, to trener też pewnie będzie chciał rozważyć taką szansę. Ale wtedy trzeba go od nas wykupić.

Pawliczak, Brede i czas, którego klub potrzebował

A z perspektywy czasu żałuje Pan epizodu z Tomaszem Pawliczakiem w roli pierwszego trenera? Padły wtedy zapewnienia, że trener dostaje swoją szansę, swój czas. To niespecjalnie się udało.

Nie żałuję. To dało nam czas, żeby spokojnie przeprowadzić proces rekrutacji. Nie chcieliśmy ściągać kogoś z łapanki, kogoś niesprawdzonego, podejmować decyzji w emocjach.

Trener Pawliczak był w klubie, więc mogliśmy się rozeznać, zebrać informacje w środowisku, porozmawiać z kandydatami, poznać ich pomysły. Prawda jest taka, że chcieliśmy go przytrzymać do końca rundy i zimą zrobić zmianę. Niestety mecze z Jastrzębiem i Kleczewem były takimi ciosami, które pokazały, że idzie to w złym kierunku. Wtedy trzeba było reagować szybciej.

A co z trenerem Krzysztofem Brede? Dalej widnieje na klubowym Payrollu?

Ma ważny kontrakt do 30 czerwca i normalnie pobiera wynagrodzenie. To jest koszt, z którego niedługo zejdziemy.

„Trener potrafił zbudować zawodników”

Wróćmy na moment do zimy, która stała się chyba momentem przełomowym dla tej drużyny. Wszyscy w Bielsku w zimie drżeli jeszcze o utrzymanie, wiosna to jednak już pełen triumfów marsz po awans. Co w Pana opinii tak mocno zaskoczyło?

Pierwsza rzecz to działania trenera Włodarskiego. Zimą podziękował kilku zawodnikom. Część odeszła, część została przesunięta, Oskar Zawada poszedł na wypożyczenie, bo to młody, zdolny chłopak i chcieliśmy, żeby grał. Mocno obniżyliśmy też budżet.

Przyszli zawodnicy, którzy wiosną odegrali bardzo ważną rolę, jak Oskar Tomczyk, Radek Kanach czy Kamil Sochań. Jeśli w jedenastce zmienia się trzech ludzi, to już jest duża zmiana.

Druga rzecz to warsztat trenera. Każdy, kto z nim pracuje, potwierdza, że ma bardzo dobry warsztat trenerski. Treningi są ciekawe, zawodnicy dobrze na nie reagują. Do tego jest człowiekiem z naprawdę dobrym podejściem do zawodników. Proszę spojrzeć, jak pod jego wodzą wyglądali Maks Sitek, Krzysiu Kolanko, Wojtek Słomka czy Lucek Klisiewicz. W zasadzie każdego rozwinął. I treningowo, i mentalnie. Jest człowiekiem, który mocno stąpa po ziemi. Nie ma z nim problemów we współpracy, rozumie sytuację klubu, nie stawia nierealnych warunków. Myślę, że zawodnicy są w stanie pójść za nim w ogień.

 

„W II lidze pieniądze nie wystarczą”

A Pan rozumie „uniwersum” naszej II ligi? Awansowała Unia Skierniewice, klub budowany cierpliwie, ale wciąż półprofesjonalny, w którym trener uczy wf-u w szkole, a popołudniami prowadzi treningi zespołu. Warta Poznań wymieniła ogromną część kadry i również awansowała. Do III ligi spadło za to najbogatsze ze wszystkich Zagłębie Sosnowiec. O czym to mówi?

O tym, że piłka nożna jest nieprzewidywalna. Pieniądze grają ważną rolę, ale można je też wydawać głupio i bez planu. Moim zdaniem zarówno w II, jak i w I lidze trzeba budować drużynę z głową, racjonalnie, w oparciu o zaufanych ludzi.

Unia Skierniewice nie awansowała przypadkiem. Tam monolit budował się kilka lat. Znam tych ludzi, mieliśmy okazję współpracować i tam naprawdę widać zdroworozsądkowe podejście. Jest rodzinna atmosfera, ale też coraz większy profesjonalizm. To, że awansowali z III do II ligi, a potem z II do I, nie jest przypadkiem. To dobrze prowadzony klub.

A o wielu klubach II ligi nie da się tego powiedzieć. Czasem wystarczy przyjechać na mecz i zobaczyć, jak klub funkcjonuje organizacyjnie, jak przyjmuje rywala, jak wygląda zaplecze. Od razu widać, gdzie jest profesjonalnie, a gdzie nie.

Na Podbeskidzie wszyscy dodatkowo się mobilizowali?

Tak. Nie ma co ukrywać, że kiedy przyjeżdżało Podbeskidzie, to w wielu miejscach było większe zainteresowanie, więcej kibiców, większa otoczka. Prezesi innych klubów też to mówili. Podbeskidzie to nadal duża marka w polskiej piłce, jeżeli chodzi o rozpoznawalność.

Cieszy się Pan, że w I lidze nie będzie już derbów z Rekordem? Patrząc na wyniki derbów w minionym sezonie – w mieście rządzi BTS.

Przede wszystkim cieszę się, że Rekord również spokojnie w II lidze się utrzymał. Mam bardzo dobry kontakt z Januszem Szymurą, bardzo go lubię i szanuję. To pasjonat, który wkłada w klub swoje prywatne pieniądze. Jak najwięcej takich ludzi w sporcie.

A same mecze? Na pewno chcieliśmy je wygrać. Natomiast patrząc szerzej: to były fajne wydarzenia. Dużo kibiców, bezpiecznie na trybunach, dobra organizacja. Kluby między sobą też dobrze współpracowały. Rekord wygrał, chwała im za to. Utrzymali się, my awansowaliśmy. Bielsko-Biała nadal ma dwa kluby na szczeblu centralnym, więc finalnie wszyscy powinni być zadowoleni.

Młodzi z akademii? „Nie będzie nacisku na trenera”

W poprzedniej naszej rozmowie mocno podkreślał Pan, że atutem trenera Włodarskiego jest doświadczenie w pracy z młodzieżą. Wiosną, ze względu na walkę o awans, trudno było szeroko otwierać drzwi młodym. Czy w I lidze będzie większa presja na wprowadzanie zawodników z akademii?

Nie będzie presji na trenera. Młody zawodnik musi zapracować na to, żeby grać w I lidze. My nie będziemy naciskać. Trener najlepiej wie, na kogo postawić.

Ale w strategii sportowej założyliśmy, że chcielibyśmy, aby w każdym sezonie dwóch nowych chłopaków z akademii dostawało możliwość pracy z pierwszą drużyną. Jeżeli będą się rozwijać i dobrze wyglądać, nie widzę przeszkód, żeby trener ich wypróbował.

W sparingach już wielu młodych dostawało szanse. Trener bardzo fajnie to organizował. U niego nie wygląda to tak, że ktoś z automatu zostaje przesunięty do pierwszej drużyny i tam zostaje. Jest kontakt z Darkiem Kołodziejem, dyrektorem akademii. Wyróżniający się zawodnicy są zapraszani na kilka treningów. Jeśli dobrze wyglądają, dostają kolejne szanse. Jeśli nie — wracają niżej i pracują dalej.

Rezerwy mogą być w tym kontekście bardzo ważne. Jest szansa, że również one awansują, tyle że do IV ligi.

Byłoby bardzo dobrze. Bezpośrednie zaplecze pierwszej drużyny ma ogromne znaczenie. IV liga to już całkiem przyzwoity poziom i byłaby dobrym krokiem dla naszej młodzieży.

Zresztą to też nie jest przypadek, że w klubach, które funkcjonują dobrze, poziom rezerw jest wysoki. Im wyższy poziom rywalizacji dla zaplecza, tym lepiej dla całego klubu.

My trochę zmieniliśmy też podejście do rezerw. Nie chcieliśmy, żeby grała tam wyłącznie sama młodzież. Postanowiliśmy, żeby było tam trzech, czterech doświadczonych zawodników. Stąd Damian Chmiel, Kornel Osyra, zawodnicy schodzący z pierwszej drużyny. Tak chcemy to budować, żeby cały system zaczął działać.

 

„Nie będziemy mówić, że celem jest Ekstraklasa”

Odkładając na bok radość po awansie: jakiego sezonu spodziewa się Pan w I lidze? Padł już w klubie konkretny cel sportowy?

Jeszcze nad tym nie siedzieliśmy. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Na pewno nie będziemy mówić buńczucznie, że celem jest awans do Ekstraklasy, bo to byłoby niepoważne.

I liga to bardzo profesjonalna, silna liga. Zrobimy wszystko, żeby zostać w niej na dłużej i nie spaść. Ale też budujemy drużynę po to, żeby móc o coś powalczyć, żeby nie być chłopcem do bicia. Może zaskoczymy wszystkich, tak jak zrobiła to Polonia Bytom, ale nie ma co się nastawiać na hurraoptymizm. To będzie ciężki sezon.

Czyli podejście zdroworozsądkowe.

Tak. Finansowanie będzie na podobnym poziomie jak w II lidze. Oczywiście I liga daje większe możliwości, choćby wpływy z PZPN, ale nie będziemy budować budżetu oderwanego od rzeczywistości.

„Awans pomoże nam budować klub biznesowo”

Kiedy obejmował Pan klub, mówił Pan nie tylko o wyniku sportowym, ale o całym organizmie: sprzedaży, marketingu, klubie biznesu, strukturze, wizerunku. Jak bardzo ustabilizowanie się w I lidze może pomóc w realizacji tych celów?

Na pewno pomoże. I liga to wyższy poziom rozgrywkowy. Można powiedzieć, że jesteśmy w pierwszej czterdziestce klubów w Polsce. Pod kątem rozmów z biznesem, sponsorami i partnerami to dużo zmienia.

Wkrótce dołączy do nas nowa osoba, która będzie odpowiedzialna między innymi za te obszary. Chcemy budować klub biznesu, przebudować strukturę sprzedażową i marketingową. Awans sprawił, że pod tym kątem możemy mocno pójść do przodu. Chcemy doinwestować wewnętrzne struktury klubu.

Czyli zapowiadany dział sprzedaży zaczyna się materializować?

Tak. Będziemy ogłaszać osobę, która przejmie obowiązki dyrektora operacyjnego. Będzie nadzorowała te struktury i tworzyła podstawy do tego, żeby sprzedaż, marketing i współpraca z biznesem funkcjonowały profesjonalnie. Ma ona duże doświadczenie w zarządzaniu tymi obszarami.

Pan podejmując się roli prezesa mówił też o pięcioletnim planie powrotu na najwyższy szczebel rozgrywkowy. Ten plan jest nadal aktualny?

Podkreślałem wtedy, że w piłce nożnej jest bardzo dużo zmiennych. Jeden sezon może wszystko przewrócić do góry nogami. Przykład Zagłębia Sosnowiec pokazuje, że można zapowiadać szybki powrót do I ligi, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

Ale my wykonaliśmy duży krok, żeby być bliżej Ekstraklasy. Po dwóch latach jesteśmy już poziom wyżej. Nie chcę składać pustych deklaracji, natomiast kierunek jest jasny: chcemy budować stabilny klub, który będzie się rozwijał.

„Nie mamy długów. Dodatkowe pieniądze idą dziś w rozwój, nie w dziurę”

Hasło stabilny klub pada często. Także pod kątem finansów. Co więc dla Pana znaczy dziś, że Podbeskidzie jest klubem stabilnym finansowo? Pytam, bo w sprawozdaniach finansowych regularnie pojawia się strata netto. Jeszcze bardziej wymowna jest pozycja – strata ze sprzedaży. Bez dotacji miejskich i dokapitalizowania ten model nadal wygląda na taki, który się nie spina.

Dla mnie najważniejsze jest to, że nie mamy długów. Nie mamy zaległości wobec pracowników, zawodników, kontrahentów. Jesteśmy klubem stabilnym w tym sensie, że pieniądze, które teraz pozyskujemy, możemy przeznaczać na rozwój, a nie na zasypywanie dziury spowodowanej zaległościami.

W poprzednich miesiącach mnóstwo energii i czasu poświęciłem na to, żeby z pomocą właścicieli klub wrócił do stabilności. Oczywiście jest wsparcie miasta, są dotacje, są dokapitalizowania, ale budując budżet, możemy dziś spokojnie patrzeć w przyszłość. Nie martwimy się, że w pewnym momencie zabraknie pieniędzy. Założyliśmy sobie koszty kadry, mamy to wkalkulowane. Nie będzie tak, że co miesiąc trzeba będzie szukać pieniędzy.

Czyli doniesienia o zaległościach wobec Bielsko-Bialskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji nie są aktualne?

Nie. To wszystko jest spłacone. Nie mamy żadnych zaległości. Nikomu nie zalegamy pieniędzy.

Miasto, dokapitalizowanie i publiczne pieniądze

Wróćmy do tematu dokapitalizowania poprzez objęcie nowych akcji — przez miasto i prywatnego inwestora. Czy to jest kierunek, z którym Pan śpi spokojnie? W ostatnich miesiącach, choćby przy przykładzie Śląska Wrocław, pojawiały się pytania o nierówną konkurencję i szersze postępowania dotyczące finansowania klubów przez samorządy.

Wszystko jest zgodne z prawem. Nad tym pracują prawnicy. Trzeba też jasno powiedzieć, że naszym właścicielem jest miasto. Podniesienie kapitału w spółce jest normalnym instrumentem właścicielskim. Prywatne spółki również są dokapitalizowane przez właścicieli. W ŁKS Łódź  prywatny właściciel kilka dni temu podniósł kapitał.

U nas działa zasada proporcjonalności. Pieniądze daje miasto i daje prywatny akcjonariusz. Co więcej, w tych ostatnich ruchach Edward Łukosz dokładał taką samą kwotę jak miasto, mimo że ma mniejszy pakiet udziałów. W tym sensie to raczej on jest bardziej „poszkodowany” niż miasto.

Miejskie wsparcie to dziś jednak, lekko licząc, 75% klubowego budżetu. Czy docelowo klub powinien odchodzić od tak dużego wsparcia samorządu?

Tak. Zgadzam się, że powinno się od tego odchodzić i my zrobimy wszystko, żeby zbudować taki model biznesowy, który pozwoli jak najbardziej ograniczać zależność od wsparcia miejskiego.

Ale trzeba też pamiętać, że dotacje do sportu są w Polsce powszechne. Rekord jest klubem prywatnym, a też otrzymuje dotacje. Wiele miast finansuje sport profesjonalny w różnych formach. Gdyby nagle wszystkie samorządy przestały finansować kluby, to poziom organizacyjny wielu dyscyplin bardzo mocno by ucierpiał.

Jaki byłby model idealny?

Idąc wzorem Lecha Poznań — idealnie byłoby finansować się przez stadion. Zapełniać stadion, dobrze sprzedawać dzień meczowy, mieć mocną ofertę dla kibica i partnerów. To są potężne wpływy.

„Mecz musi być wydarzeniem, nie tylko 90 minutami piłki”

W II lidze średnia frekwencja na Podbeskidziu nie była jeszcze taka, jakiej pewnie wszyscy by oczekiwali. Liczycie, że I liga mocno to podniesie?

Liczymy, ale to się nie dzieje przypadkowo. To nie jest tak, że stadiony w Ekstraklasie nagle zaczęły się wypełniać same. Za tym stoi strategia sprzedażowa i marketingowa. Warto zobaczyć, jak wygląda dzień meczowy w Zabrzu: otoczka, atrakcje na promenadzie, jedzenie, muzyka, aktywności dla dzieci, rywalizacje, gry.

Mecz coraz częściej jest częścią większego wydarzenia. My też chcemy iść w tym kierunku. To już powoli się pojawiało: dmuchańce, atrakcje, gitarzysta grający „Janosika”, zimne ognie. Tego nie da się zrobić jednym cięciem i od razu przyciągnąć kilkanaście tysięcy ludzi. Ale krok po kroku chcemy budować atmosferę, która sprawi, że kibic przyjdzie wcześniej, zostanie dłużej i potraktuje mecz jako coś więcej niż 90 minut piłki.

 

To jest też element walki o sponsora.

Oczywiście. Im więcej kibiców na stadionie, tym atrakcyjniejsi jesteśmy dla sponsorów. Dlatego nawet drobne akcje marketingowe są ważne. Kibice mogli zjeść owoce na stadionie, były akcje z partnerami, rabaty, współpracę. To może wyglądać jak mała rzecz, ale takie rzeczy budują obraz klubu.

Poza tym to też konkretne oszczędności. Jeśli mamy partnera, który zapewnia owoce czy suplementację, to nie musimy tego kupować. Tu tysiąc, tam tysiąc, a po zsumowaniu może się okazać, że w skali miesiąca mamy kilkadziesiąt tysięcy złotych oszczędności. Klub buduje się właśnie takimi małymi krokami.

Plan naprawczy i krytyka

Wątpliwości wzbudził też plan naprawczy. Pojawiały się głosy, że to dokument napisany trochę na potrzeby chwili i konieczności dokapitalizowania, z oszczędnościami wpisanymi zbyt teoretycznie. Jak Pan się do tego odnosi?

Plan naprawczy nie był dokumentem napisanym „pod chwilę”. Do niego były przygotowane prognozy finansowe, wyciągi z naszych systemów księgowych i konkretne założenia pokazujące, że po wprowadzeniu oszczędności klub jest w stanie funkcjonować.

Jeżeli jakiś koszt znika z budżetu rok do roku, to jest oszczędność. Jeśli zmieniamy sposób rozliczania transportu i nie płacimy ryczałtu w miesiącach, w których nie ma meczów, to jest realna oszczędność. Na samym transporcie oszczędność może być bardzo duża.

Rozumiem, że dziennikarze wykonują swoją pracę. Nie mam do nikogo pretensji. Każdy chce pisać atrakcyjne teksty, każdy ma swoją rolę. Ale trudno oceniać dokumenty finansowe klubu bez pełnego dostępu do danych. My wiemy, jakie oszczędności wprowadziliśmy i jakie one mają znaczenie dla spółki.

W planie pojawiał się też temat zmniejszenia kosztów wynagrodzeń zawodników. Jak to się ma do awansu i gry w I lidze?

To było pisane w kontekście II ligi. Na poziomie II ligi obcinaliśmy koszty. Po awansie zasady gry się zmieniają. W I lidze otrzymamy kilka milionów złotych z PZPN, czego w II lidze nie było. To częściowo rekompensuje różnicę.

Nie oznacza to, że nagle będziemy wydawać bez opamiętania. Budżet nie będzie dużo większy niż w II lidze, ale nie ma też zagrożenia, że realizacja planu naprawczego wymusi osłabienie drużyny.

„Wizerunek buduje wynik, ale nie tylko wynik”

Kiedy obejmował Pan klub, dużo mówił Pan o poprawie wizerunku Podbeskidzia. Dziś nastroje są zupełnie inne niż kilka miesięcy temu. Wynik sportowy zrobił swoje?

Oczywiście. Wizerunek buduje wynik. Wystarczy porównać nastroje społeczne teraz z tym, co było wcześniej. Awans bardzo dużo zmienił.

Ale wynik to nie wszystko. Mamy wiele akcji społecznych, choćby działania w szkołach. Uważam, że to świetne rzeczy. Teraz ten obszar też powinien przyspieszyć, bo będzie za to odpowiadał dyrektor operacyjny. Chcemy budować klub szerzej: sportowo, społecznie, marketingowo i biznesowo.

Jednym z Pana celów była też baza treningowa. Coś w tym temacie drgnęło?

Czekamy cały czas. Największy problem jest z gruntem. Prezydent Igor Kliś mówił mi, że szuka dla nas terenu, na którym moglibyśmy budować bazę.

I liga otwiera nam więcej furtek, także pod kątem dofinansowań z Ministerstwa Sportu. Kluby Ekstraklasy i I ligi kwalifikują się już do programów skierowanych do piłki profesjonalnej. To zwiększa szanse na współfinansowanie takiej inwestycji.

Interesuje Was wyłącznie teren w Bielsku-Białej?

Tak. Nie stać nas na to, żeby kupować grunt w innej gminie. Z miastem Bielsko-Biała można rozmawiać o długoterminowym wynajmie czy dzierżawie, tak jak ma to miejsce w innych klubach. To byłby dla nas realny kierunek.

„Najważniejsze, że dodatkowe pieniądze nie idą już w dziurę”

Gdyby miał Pan dziś jednym zdaniem powiedzieć, w jakim miejscu jest Podbeskidzie po tym awansie, to co by Pan powiedział?

Jesteśmy w miejscu dużo lepszym niż kilka miesięcy temu, ale nadal musimy bardzo mocno stąpać po ziemi. Awans daje energię, daje większe możliwości, poprawia wizerunek, pomaga w rozmowach z zawodnikami i sponsorami. Ale nie zmienia tego, że klub musi być prowadzony racjonalnie.

Najważniejsze jest dla mnie to, że nie mamy długów. Dodatkowe pieniądze, które dziś pozyskujemy, mogą iść w rozwój, a nie w zasypywanie starych dziur. To jest ogromna różnica.

Czyli awans nie kończy pracy, tylko otwiera kolejny etap?

Dokładnie. Sportowo zrobiliśmy bardzo duży krok. Organizacyjnie też musimy go teraz zrobić. I liga nie wybacza wielu rzeczy. Trzeba wzmocnić kadrę, poprawić sprzedaż, rozwinąć dzień meczowy, budować klub biznesu, pracować z akademią, myśleć o rezerwach i bazie.

Awans jest piękną sprawą, ale najważniejsze jest to, żeby Podbeskidzie nie było klubem jednego zrywu. Chcemy być stabilnym klubem, który potrafi się rozwijać. Wróciliśmy do I ligi szybciej, niż zakładaliśmy. Teraz musimy zrobić wszystko, żeby zostać tam na dłużej.

 

Autor: Zdjęcie autora Sebastian Snaczke
[email protected]