Piłka nożna

Bohaterowie zza sportowych kulis – #1 Artur Mazur

today21.12.2025 06:23

Tło
share close

Nie strzelają goli, nie pojawiają się w skrótach meczowych i nie dostają oklasków po ostatnim gwizdku. A jednak to właśnie oni sprawiają, że mecz w ogóle może się odbyć. Gdy ich zabraknie, klub czuje to tak, jakby wypadł z gry najlepszy zawodnik — nagle wszystko zaczyna się sypać.

Ruszamy z nową serią reporterską o ludziach, których nazwisk próżno szukać w tabelach, ale których obecność jest fundamentem lokalnego sportu. O działaczach, kierownikach, społecznikach. O tych, którzy trzymają kluby w całości, gaszą pożary, łatają dziury i robią swoje wtedy, gdy nikt nie patrzy. O bohaterach zza sportowych kulis.

Pierwszym bohaterem tej serii jest Artur Mazur — wieloletni kierownik Czarni Jaworze. Gdy w 2023 roku odszedł, klub odczuł to tak, jakby stracił najlepszego zawodnika. W Jaworzu wystarczy powiedzieć jedno słowo: „Mazi” — i każdy wie, o kogo chodzi.

 Pierwszy mecz pamięta się na zawsze

W życiu małego chłopca są takie chwile, które nie zapowiadają się na przełomowe. Nie mają w sobie nic z wielkiego wydarzenia. To nie są dni, na które czeka się tygodniami ani momenty, które zapisuje się w kalendarzu. Czasem to zwykłe popołudnie. Zwykła droga. Zwykłe „chodź, idziemy”. A jednak właśnie takie chwile potrafią zmienić wszystko. Młody, chłonny wrażeń umysł nagle natrafia na coś, co rozsadza dotychczasowe ramy i ustawia świat na nowo. Pierwszy wielki turniej oglądany z zapartym tchem. Pierwszy mecz na żywo. Pierwsze spotkanie z bohaterem, który przestaje być tylko nazwiskiem, a staje się symbolem marzeń. Od tego momentu nic nie jest już takie samo. Codzienność zaczyna płynąć innym rytmem. Myśli krążą wokół nowej pasji, weekendy podporządkowują się meczom, a zwykłe popołudnia zamieniają się w małe święta. To nie jest chwilowa fascynacja — to początek drogi, która zostaje na lata.

Dla Artura Mazura tym momentem był dzień, w którym tata zabrał go na mecz drużyny z ich miejscowości – Czarnych Jaworze. Artur miał wtedy jedenaście lat. Nie pamięta dziś składu, strzelców ani dokładnej daty. Pamięta za to wynik i przeciwnika. – To był trzeci mecz w historii Czarni Jaworze. Graliśmy z Inwestem Godziszka. Przegraliśmy 0:1. I to był mój pierwszy mecz na żywo w życiu – wspomina. Mecz jak mecz. Zapewne nie najwyższej jakości widowisko ówczesnej B-klasy. A jednak! Pierwszy prawdziwy kontakt z czymś, co niepostrzeżenie stało się częścią życia.

Zeszycik, który porządkował świat

Po tamtym meczu nic nie wydarzyło się od razu. Nie było wielkich deklaracji ani planów na przyszłość. Nikt nie mówił o pasji na całe życie. A jednak coś zaczęło się powoli układać. W domu pojawił się zeszycik. Zwykły, szkolny. Artur zaczął zapisywać w nim wyniki. Nie te z telewizji. Nie Ligi Mistrzów ani hiszpańskiej La Liga. Czarnych Jaworze...To były czasy przedinternetowe. Wyniki sprawdzało się w „Kronice Beskidzkiej”, a jeśli czegoś brakowało, dzwoniło się do innych klubów. Klub do klubu. Człowiek do człowieka. Sport funkcjonował wtedy inaczej — wolniej, ciszej, bardziej po ludzku – wspomina.

Ten zeszycik nie był tylko notatnikiem. Był pierwszą próbą porządkowania świata wokół boiska. Pierwszym sygnałem, że to nie była jednorazowa ciekawość, lecz coś, co zaczyna wnikać głębiej. Z tygodnia na tydzień piłka przestawała być dodatkiem. Stawała się punktem odniesienia.

Boisko jako centrum świata

Z czasem boisko w Jaworzu przestało być tylko miejscem, gdzie rozgrywa się mecze. Stało się przestrzenią spotkań, rozmów i historii. Miejscem, w którym każdy znał każdego, a każdy mecz był wydarzeniem — nawet jeśli kończył się porażką. Artur był tam coraz częściej. Najpierw jako kibic. Potem jako ktoś, kto zaczynał zwracać uwagę na szczegóły: kto gra, kto nie dojechał, dlaczego mecz przełożono, czemu brakuje sprzętu. Jeszcze nie wiedział, że właśnie w tych drobiazgach rodzi się przyszła rola.

Sport lokalny nie oferował blasku ani wielkich emocji znanych z telewizji. Oferował coś innego: poczucie przynależności. Świadomość, że jest się częścią czegoś, co dzieje się tu i teraz, wśród swoich. I to właśnie to „swoje” zaczęło mieć dla Artura największe znaczenie.

Z kibica w człowieka od wszystkiego

Formalnie wszystko zaczęło się w 2011 roku. Ówczesny prezes Czarni Jaworze, Marcin Ząbek, szukał kogoś, kto przejmie funkcję kierownika drużyny. Kogoś, kto zna klub, jest na miejscu, orientuje się w realiach i — co najważniejsze — komu naprawdę zależy. Artur pasował idealnie. Choć wtedy jeszcze nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. – To było tak, że ja już wcześniej byłem bardzo blisko klubu. Kręciłem się przy drużynie, jeździłem na mecze, interesowałem się wszystkim, co się dało. Prezes Ząbek w jakiś sposób to docenił, zaprosił na spotkanie – i jakoś poszło…  – opowiada.

Artur Mazur i ówczesny Prezes Czarnych - Marcin Ząbek
Artur Mazur i ówczesny Prezes Czarnych Jaworze – Marcin Ząbek, fot. facebook GKS Czarni Jaworze

Mało kto wiedział, że od 2010 roku Artur po cichu prowadził nieoficjalną, klubową stronę internetową, na popularnym wówczas portalu. Aktualizował wyniki, pisał krótkie relacje, wrzucał informacje — nie podpisując się nazwiskiem, bez rozgłosu, bez potrzeby bycia zauważonym. Po prostu robił to, bo czuł, że warto. – W pewnym momencie wyszło, że to ja jestem tym administratorem. Ktoś skojarzył fakty, ktoś zapytał. No i wtedy zaczęła się rozmowa – wspomina.

 Mój debiut przypadł na listopad 2011 roku, ostatni mecz rundy. I w zasadzie od razu wiedziałem, że chcę to ciągnąć dalej – mówi Artur. A-klasa. Z nazwy amatorska. W praktyce bardzo szybko okazuje się, że amatorstwo kończy się tam, gdzie zaczyna się odpowiedzialność. Bo od tej chwili ktoś musi dopilnować wszystkiego: dokumentów, terminów, sprzętu, wyjazdów, kontaktów z sędziami i rywalami. Ktoś musi być na miejscu zawsze wtedy, gdy coś się sypie.

To już nie było tylko kibicowanie. To była praca — często niewidoczna i czasochłonna, nieraz wykonywana wówczas, gdy cała reszta mogła się oddać na przykład pomeczowej celebracji. Bez oklasków, ale dokładnie taka, jakiej Artur potrzebował. I do której, jak się okazało, był przygotowany znacznie wcześniej, niż sam wtedy przypuszczał.

Sto pięćdziesiąt procent albo wcale

– Ja mam taką naturę, że jak coś robię, to nie na sto, tylko na sto pięćdziesiąt procent – mówi dziś bez wahania. Kierownik drużyny to nie tylko protokół meczowy i zmiany zawodników. To organizacja dnia meczowego od A do Z. Transport, sprzęt, stroje, kontakty, formalności. Pamiętanie o sprawach, o których nikt nie chce pamiętać, ale wszyscy zakładają, że będą załatwione.

Czasem kończy się to anegdotą. – Pojechaliśmy kiedyś do Zabrzega… bez getrów. Były koszulki, spodenki — wszystko, tylko nie getry. Dogadaliśmy się z rywalami, pożyczyli nam swoje. Mecz się odbył. Ale takie rzeczy bierzesz na siebie – opowiada. To jest właśnie ta praca, której nikt nie widzi w relacjach pomeczowych. Ta, która zaczyna się na długo przed pierwszym gwizdkiem i kończy długo po ostatnim. Taka, która ma być w centrum zainteresowania tego cyklu.

Gdy klub staje się drugim domem

Przez lata Czarni Jaworze byli dla Artura czymś więcej niż klubem. Byli codziennością. Rytmem tygodnia. Miejscem, w którym spotyka się ludzi, z którymi przeżywa się wszystko: awanse, porażki, radości i rozczarowania. Najlepsze momenty pamięta się długo. Jak awans do ligi okręgowej. Jak mecz z Czechowicami, w którym beniaminek wygrał z faworytem po golu w ostatniej akcji spotkania. Takie chwile zostają na zawsze.

Ale są też momenty trudne. Spadki. Zmęczenie. Wypalenie. – Po kilkunastu latach byłem wykończony. Wiedziałem, że jeśli nie mogę dać z siebie stu procent, muszę się zatrzymać – przyznaje. W 2023 roku Artur Mazur zrezygnował. Z funkcji kierownika. Z pracy w zarządzie. W Jaworzu, bez cienia przesady, zanotowano spory szok…

Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Być może. Są jednak tacy, których odejście wprawia środowisko w konsternację. Tak, jakby z dnia na dzień zniknął ktoś, kto spinał wszystko w całość. I tak było w tym przypadku… W mediach społecznościowych pojawiały się krótkie, szczere komentarze: „Artur, wróć”. Bo choć nigdy nie wychodził na boisko, jego brak był odczuwalny jak strata kluczowego zawodnika. Tak działa lokalny sport — prawdziwe role widać dopiero wtedy, gdy ich zabraknie.

 

Powrót, ale na innych zasadach

Powrót nie był oczywisty. I na pewno nie był szybki. Przez długie miesiące Artur próbował funkcjonować bez piłki. Bez weekendowego rytmu, bez telefonu, który dzwoni w sprawach „na już”, bez listy rzeczy do załatwienia przed kolejnym meczem. – Myślałem, że da się to wszystko zostawić. Że człowiek się przyzwyczai. Ale im dłużej trwała przerwa, tym bardziej czułem, że czegoś brakuje – przyznaje.

Najpierw były pojedyncze sygnały. Telefony od zawodników. Wiadomości od ludzi z klubu. Pytania, rady, czasem zwykłe: „co ty byś zrobił?”. A potem przyszła rozmowa, która znów ustawiła sprawy na właściwe tory.

 

– W pewnym momencie zobaczyłem, że pewne rzeczy zaczynają się rozjeżdżać. Nie dlatego, że ktoś robił coś źle. Po prostu brakowało osoby, która spina to wszystko w całość. I wtedy pomyślałem, że może jednak warto wrócić – mówi. Wrócił. Ale już nie jako ten sam Artur Mazur sprzed lat. Wrócił z dystansem. Z większą świadomością granic. Z jasnym założeniem, że nie wszystko musi brać na siebie. – Teraz wiem jedno: jeśli chcesz robić to długo, musisz umieć odpuszczać. Zostawiać innym przestrzeń. Inaczej znów skończy się tak samo – tłumaczy.

„Na niego zawsze można liczyć”

Jego powrót szybko został zauważony. Przez zawodników. Przez działaczy. Przez trenerów, którzy z nim pracowali. Jednym z nich był Krzysztof Dybczyński, których akurat prowadził z ławki Czarnych.

– Artur to dla mnie kierownik w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzetelny, poukładany, bardzo odpowiedzialny. Człowiek, na którego zawsze można było liczyć – mówi Dybczyński. I dodaje coś, co w środowisku lokalnego sportu znaczy bardzo dużo:
W pracy z nim nie było sytuacji, w której coś zostało odpuszczone. Jeśli coś brał na siebie, to było zrobione. I zrobione dobrze.

Dybczyński podkreśla też inną, często niedocenianą cechę. – W trudnych momentach potrafił uspokoić sytuację. Nie dolewał oliwy do ognia. Umiał spojrzeć na wszystko chłodno, z dystansem. Dla trenera to ogromna wartość. To właśnie takie cechy sprawiają, że ludzie „zza kulis” stają się realnym filarem drużyny — nawet jeśli nie widać ich w tabelach.

Artur Mazur i ówczesny trener Czarnych - Krzysztof Dybczyński / fot. facebook GKS Czarni Jaworze
Artur Mazur i ówczesny trener Czarnych – Krzysztof Dybczyński / fot. facebook GKS Czarni Jaworze

Dziś: mniej na barkach, więcej sensu

Dziś Artur Mazur nadal działa przy Czarnych Jaworze. Inaczej niż kiedyś, ale wciąż z tą samą motywacją. Już nie wszystko na jego barkach. Już nie każde niedociągnięcie jako osobista porażka.

Teraz bardziej cieszę się samą obecnością. Tym, że mogę pomóc, ale nie muszę być wszędzie. Że są ludzie, którzy też biorą odpowiedzialność – mówi.

Nie szuka poklasku. Nie potrzebuje oklasków. Największą satysfakcję daje mu coś zupełnie innego. – Często spotykam chłopaków, z którymi na przestrzeni lat pracowałem. Ktoś krzyknie „cześć, kierownik” na ulicy. Zamienimy kilka słów. Z sympatią i uśmiechem. I to jest chyba najlepsze podsumowanie – przyznaje.

Bohater zza sportowych kulis

Artur Mazur nie buduje historii ligowych występów. Nie zapisuje się przy jego nazwisku liczby bramek ani asyst. A jednak bez takich ludzi lokalny sport po prostu by nie istniał.

Ten tekst jest o kimś, kto przez lata był i jest zawsze obok. Kto pilnuje, żeby mecz w ogóle mógł się odbyć. Kto bierze odpowiedzialność wtedy, gdy inni mogli skupić się na grze.

Dlatego właśnie Bohaterowie zza sportowych kulis zaczynają się od Artura Mazura.
Bo jeśli gdzieś szukać sensu tego cyklu, to właśnie w takich historiach. Bo w lokalnym sporcie nie ma ludzi drugiego planu — są tylko tacy, których widać, i tacy, bez których nic się nie wydarzy.

Oglądaj nas na YouTube

Autor: Zdjęcie autora Sebastian Snaczke
[email protected]