Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Krzysztof Chrapek swoją przygodę z piłką zaczynał w Górniku Brzeszcze, jak sam o sobie mówi – nigdy nie był przebojowy i nie myślał nawet o zawodowej karierze… A mimo to trafił najpierw do Podbeskidzia Bielsko-Biała, a później do Lecha Poznań, z którym zresztą od zawsze sympatyzował. Jego rozwój w pewnym momencie zastopowały kontuzje. Pech towarzyszył mu zarówno na boisku, jak i poza nim – w pierwszej części naszej rozmowy napastnik wraca m.in do swojego wypadku samochodowego. Porozmawialiśmy także o kulisach poszczególnych transferów i o relacjach z Robertem Lewandowskim, z którym dzielił szatnię w Poznaniu… Druga część wywiadu ukaże się tradycyjnie za dwa tygodnie.
M.L: Chciałbym zacząć od tych początków, bo ta przygoda z piłką zaczęła się przecież w niższych ligach – w Górniku Brzeszcze. Jak to wyglądało i jakie wspomnienia wiążą się z tymi pierwszymi krokami w dorosłym futbolu?
K.Ch: Pierwsze kroki stawiało się właściwie samemu. Nie było wtedy takich szkółek, w których zaczynało się od czwartego roku życia – tak jak jest to teraz. W klubach przyjmowali dopiero od ósmego roku, więc tak naprawdę trafialiśmy do klubów sportowych już jako dzieci, które coś tam potrafiły. Wszystkiego uczyliśmy się sami, na boisku. Dopiero, gdy miałem 8 lat trafiłem do Górnika Brzeszcze i tam zacząłem treningi. W wieku juniorskim, mając 16 lat, trafiłem do pierwszej drużyny seniorów, grającej wówczas na poziomie IV ligi. To był już bardzo fajny poziom i mocna liga. Później niestety spadliśmy do okręgówki, drużyna się trochę posypała. Pamiętam, że w jednym sezonie po pierwszej rundzie mieliśmy chyba tylko sześć punktów. Wtedy przyszedł trener Jarosław Matusiak, który później był też trenerem bramkarzy w Podbeskidziu. Pojawił się również sponsor, bardzo znany w naszym środowisku – pan Andrzej Drobisz, który zainwestował w drużynę. Udało się stworzyć bardzo fajny zespół — na 15 meczów wygraliśmy 13, jeden zremisowaliśmy i jeden przegraliśmy. Dzięki temu wyszliśmy z bardzo trudnego sezonu.
M.L: I nagle z tego amatorskiego poziomu trafił Pan do ówczesnej drugiej ligi, jak do tego właściwie doszło?
K.Ch: Moje przejście do Podbeskidzia było trochę przypadkowe. Nie byłem na to nastawiony, nawet jakoś specjalnie nie śledziłem dużej piłki. Po prostu grałem i trenowałem. Kiedyś przyjechał mnie obejrzeć skaut Podbeskidzia, innym razem też chyba skaut Zagłębia Sosnowiec. Zagrałem wtedy bardzo dobry mecz, strzeliłem dwie bramki i od tego momentu pojawiła się myśl, że ktoś się mną interesuje. Najbardziej zdeterminowany był pan Władysław Szypuła, który nawet przyjeżdżał do mnie do domu i mnie do tego namawiał. Wiedziałem, że moje życie może się zmienić, że przejście do wyższej ligi oznacza zostawienie wszystkiego. Na początku było mi trochę łatwiej, bo na testy zaproszono też Mateusza Płonkę, z którym razem jeździliśmy na treningi.
ML: Transfer z Górnika Brzeszcze do Podbeskidzia to była nie tylko zmiana otoczenia, ale i spory przeskok sportowy. Dało się to odczuć?
K.Ch: Na początku na pewno było trudno. Nie byłem jakąś silną osobowością, która wchodzi do szatni i od razu mówi „siema, siema” i jest wszystko fajnie. Raczej trzymałem się z boku, spokojnie, gdzieś na uboczu. A wiadomo, jak to jest, gdy przychodzi się do nowej drużyny — zawsze jest ciężko. Trzeba się spiąć i trzeba się pokazać. Na początku na pewno wyglądało to trochę inaczej, bo też nie grałem jakichś wielkich spotkań. Długo jeździłem na mecze i czasami nawet nie wchodziłem na boisko, ale powoli, krok po kroku, udawało mi się najpierw przebić do składu, później strzelić bramkę i było coraz łatwiej. Tak naprawdę wszystko zmieniło się wtedy, gdy przyszedł Krzysztof Tochel. Pamiętam, że kiedyś na treningu podszedł do mnie i powiedział: „Nie chciałeś przyjść do mnie, to ja przyszedłem do ciebie”. Okazało się, że to właśnie trener Tochel chciał mnie wtedy ściągnąć do Zagłębia Sosnowiec. Od tego momentu zacząłem więcej grać, pojawiły się bramki i zaczęło to zmierzać we właściwym kierunku.

M.L: Jak czas pokazał, nie był to ostatni raz, gdy zaliczył Pan ogromny awans sportowy. Mimo braku awansu do Ekstraklasy, świetne występy w barwach Górali zaowocowały transferem do Lecha Poznań. To było spełnienie marzeń?
K.Ch: Było blisko tego awansu do Ekstraklasy. Rok wcześniej zatrzymaliśmy Znicz Pruszków, ale wtedy to oni zatrzymali nas i niestety nie udało się awansować. W międzyczasie nawiązałem współpracę z agencją menedżerską Radka Osucha. Po sezonie zaczęło się pojawiać zainteresowanie moją osobą. Byłem wtedy trzecim strzelcem pierwszej ligi. Pierwszy był chyba Marcin Robak albo Ilijan Micanski – a ja byłem trzeci, miałem bodajże 18 bramek. Zaczęły pojawiać się zapytania. Z tego, co słyszałem — bo też nie do końca we wszystko wnikałem — pojawiało się Zagłębie Lubin, był GKS Bełchatów, podobno było tego więcej… Gdy pojawiła się oferta z Lecha Poznań – a nie ukrywam, że kibicowałem Lechowi – to w zasadzie nawet nie chciałem już rozważać innych opcji. Wiedziałem, że będzie mi tam ciężko i że może łatwiej byłoby się przebić w innym miejscu. Jednak wygrała chęć dołączenia do tak wielkiego klubu, z wielkimi nazwiskami.
M.L: No właśnie, w Lechu spotkał Pan wielu świetnych zawodników, przecież w tej szatni był także Robert Lewandowski!
K.Ch: Ja byłem wtedy młodym zawodnikiem, który dopiero wchodził do zespołu. Trafiłem do nowego miejsca i nagle siedziałem obok gwiazd Ekstraklasy, między innymi obok Semira Štilicia. Z Robertem Lewandowskim nie miałem jakichś szczególnie bliskich kontaktów. Ograniczały się one głównie do treningów— czasami mieliśmy wspólne bieganie i wtedy zamienialiśmy kilka zdań, ale poza treningami raczej się nie spotykaliśmy.Już wtedy było jednak widać, że Robert ma ogromny potencjał. Mimo że nie był jeszcze tak umięśniony jak jest teraz, to obrońcy mieli z nim ogromne problemy. Potrafił w niesamowity sposób się zastawić i bardzo trudno było odebrać mu piłkę. Do tego zawsze znajdował się tam, gdzie powinien być napastnik — w odpowiednim miejscu i czasie.
M.L: Tak jak wspomniał Pan wcześniej, od samego początku było jasne, że walka o miejsce w składzie będzie bardzo trudna. Dodatkowo nie pomogły także problemy zdrowotne i kontuzje…
K.Ch: Niestety w Poznaniu doszło do serii niefortunnych zdarzeń – nazwałbym to właśnie w ten sposób, bo często słyszałem opinie, że jestem „szklanym zawodnikiem”, że co chwilę łapię kontuzję i tak dalej. A tak naprawdę nie było to tak, że te urazy same z siebie mi się przytrafiały. Było w tym wszystkim sporo pecha. Pierwszej poważnej kontuzji zabawiłem się jeszcze w Młodej Ekstraklasie. Pojechaliśmy wtedy na mecz z Koroną Kielce, a był to okres przerwy reprezentacyjnej. W tamten weekend teoretycznie nie miałem nawet grać. Ostatecznie jednak zostałem wyznaczony do gry, bo w tym samym tygodniu kontuzji doznał Kuba Wilk. Trener powiedział wtedy, że muszę jechać i być gotowy na dłuższy występ, bo może się okazać, że będę musiał zagrać nawet od pierwszej minuty. Pojechałem więc na ten mecz po bardzo ciężkich treningach. W czasie przerwy reprezentacyjnej trenowaliśmy praktycznie od poniedziałku do czwartku dwa razy dziennie. Dopiero w czwartek dowiedziałem się, że jedę na ten mecz. Wyjazd był dość problematyczny — Wyjechaliśmy dość wcześnie, ale coś działo się na drodze, bo do Kielc dojechaliśmy bardzo późno, około 22:00 albo nawet 23:00. Kompletnie nie spodziewaliśmy się, że dotrzemy na miejsce o takiej godzinie. Sam mecz rozgrywany był na bocznym boisku, a warunki były bardzo trudne — graliśmy praktycznie w błocie. Przy jednym z kontaktów z piłką, kiedy przyjąłem ją tyłem do przeciwnika i byłem zastawiony, rywal podjechał i z całym impetem uderzył mnie praktycznie pod samym kolanem. Wtedy doznałem urazu, który — jak się później okazało — był zerwaniem więzadła krzyżowego. Co ciekawe, mimo tego jeszcze wróciłem na boisko i udało mi się nawet strzelić bramkę.

M.L: Czyli mimo zerwanego więzadła wrócił Pan jeszcze na boisko i zdołał strzelić gola?!
K.Ch: Tak (śmiech). Wróciłem jeszcze na boisko — to było maksymalnie pięć, może dziesięć minut po tym starciu — i udało mi się strzelić bramkę na 1:0. Początkowo myślałem, że to tylko mocne stłuczenie łydki. Jednak przy kolejnym kontakcie z piłką i próbie oddania strzału prawą nogą kolano wykręciło mi się o 45 stopni w bok i wróciło na miejsce. Wtedy już wiedziałem, że coś jest bardzo nie tak. Po powrocie do Poznania badania potwierdziły, że doszło do zerwania więzadeł. Później zaczęła się cała operacja i proces powrotu do piłki. W październiku przeszedłem zabieg, a w lutym pojechałem już z chłopakami na obóz. Rehabilitacja przebiegała dość szybko i ten mój powrót wydawał się iść w dobrą stronę. Wydaje mi się, że w marcu zagrałem już pierwszy mecz, choć nie jestem pewien dokładnych dat…
M.L: Później pojawił się kolejny uraz…
K.Ch: Niestety nie trwało to długo. Mam wrażenie, że była to kwestia dwóch miesięcy. Graliśmy w Krakowie z Wisłą. Mecz pdbywał się wieczorem, a rano zawodnicy, którzy nie grali w spotkaniu pierwszego zespołu, zostali ponownie oddelegowani do Młodej Ekstraklasy, również na mecz z Wisłą Kraków. W trakcie jednej akcji, podczas sprintu, przy próbie podania noga delikatnie mi podjechała i doznałem naderwania ścięgna Achillesa… Przeszedłem pierwszą operację. Później jednak, za każdym razem, gdy próbowałem wracać do treningów, coś było nie tak. Ciągle nie mogłem normalnie biegać. Cały proces bardzo się przeciągał. Przechodziłem różnego rodzaju zabiegi fizjoterapeutyczne, kolejne próby powrotu, schodzenia z obciążeń i ponowne wdrażanie do treningów. W międzyczasie zostałem wysłany na operację do Niemiec, do lekarza… Chyba to był lekarz Bayeru Leverkusen. No naprawdę trwało to bardzo długo, ale w końcu się udało. Wydawało się wtedy, że wszystko będzie w porządku, ale ja cały czas czułem, że coś jest nie tak. Zostałem następnie wypożyczony do Piasta Gliwice, do trenera Marcina Brosza, z którym wcześniej współpracowałem w Podbeskidziu. To był szkoleniowiec, który na mnie liczył i dawał mi zaufanie. W dużej mierze to właśnie dzięki niemu się tak rozwinąłem i trafiłem do Lecha.{..} Na pierwszym treningu w Piaście, najpierw była siłownia, a potem różne wyskoki i przebieżki — Achilles zerwał się już całkowicie. Musiał być w tak złym stanie, że nawet nie poczułem jakiegoś ogromnego bólu. Wiem, że przy zerwaniu zdrowego Achillesa często mówi się o charakterystycznym „trzaśnięciu”, jak przy łamaniu gałęzi. U mnie to wyglądało inaczej — ten Achilles był już tak osłabiony, że zerwał się dosłownie jak nitka. Tego samego dnia zaczęły się telefony do Poznania, a następnego dnia pojechałem i przeszedłem pełną rekonstrukcję ścięgna Achillesa.
M.L: Ale zamiast powrotu na boisko, znów była przerwa, co się stało tym razem?
K.Ch: Przerwa znów była bardzo długa. Powoli zaczynałem wracać na boisko — trenowałem wtedy we Wronkach z Młodą Ekstraklasą. Pewnego razu wracałem do Bielska — bodajże jechałem na roczek mojej siostrzenicy. Podczas jazdy za Wrocławiem, w miejscowości Trzebnica, doszło do kolejnej niefortunnej sytuacji. Nagle samochód za mną nie zatrzymał się przed znakiem „STOP” i uderzył w tył mojego auta z pełną siłą — dachowałem. Okazało się, że w wyniku wypadku doznałem złamania kręgów szyjnych — C6 i C7. Kiedy trafiłem do szpitala, pojawiła się obawa, że może być potrzebna operacja kręgosłupa, ponieważ odłamany wyrostek kierował się w stronę rdzenia kręgowego i mógł spowodować paraliż. Na szczęście następnego dnia okazało się, że nie będzie to konieczne, jednak spędziłem dwa lub trzy miesiące, w kołnierzu ortopedycznym. Ta przerwa znów wydłużyła czas, w którym nie mogłem normalnie grać ani trenować.
…
To jeszcze nie wszystko! Już za dwa tygodnie pojawi się druga część wywiadu. Porozmawiamy w niej m.in. o krótkiej przygodzie w Dankowicach oraz o powrocie do Podbeskidzia. A w międzyczasie możecie sprawdzić poprzednie rozmowy z cyklu „Góralu czy ci nie żal…?”
Porozmawialiśmy już z:
———–
Płatna współpraca
Fani sportu mają możliwość skorzystania ze specjalnej promocyjnej oferty przygotowanej przez zakłady bukmacherskie Betters. Promocja „Zawsze +10% do depozytu” gwarantuje każdemu zarejestrowanemu użytkownikowi dodatkowe 10% wartości wpłaconych środków po dokonaniu depozytu zgodnie z regulaminem. Bonus zostanie przyznany automatycznie, a szczegółowe wszystkie zasady promocji, w tym minimalna kwota wpłaty oraz warunki obrotu, dostępne są na oficjalnej stronie Betters w zakładce promocje.
Autor: Mikołaj Lorenz
„Góralu czy ci nie żal...?” Krzysztof Chrapek Podbeskidzie Bielsko-Biała Top
jak atrakcyjnie spędzić czas w regionie, jak ominąć korki i jak odpocząć?
close
Copyright Radio BIELSKO