Inne dyscypliny

Olimpijski spokój zamiast presji. Mateusz Ligocki: „Zakazałbym liczenia medali”

today28.01.2026 07:48

Tło
share close

Pięć startów na czterech zimowych igrzyskach, dwadzieścia dwa lata kariery, ponad pół tysiąca startów w zawodach rangi międzynarodowej, „włoskie podium” i jedna dewiza, której trzyma się do dziś: „podejdź do tego jak do każdego innego startu”. Mateusz Ligocki – były snowboardzista, czterokrotny olimpijczyk, człowiek, który zna smak wielkiej sceny i… codzienności sportowca poza fleszami – opowiada o tym, dlaczego igrzyska są największą imprezą sportową świata, jak nie dać się „zjeść” otoczce, czemu zakazałby liczenia medali i dlaczego dziś najbardziej życzy sportowcom… bezpieczeństwa na przyszłość.

Szansa jedna na milion

Radio Bielsko: Panie Mateuszu, zacznijmy szeroko: czym tak naprawdę są zimowe igrzyska olimpijskie?

Mateusz Ligocki: Zimowe igrzyska olimpijskie to jest najpiękniejsza i największa impreza sportowa na świecie. Startują w niej sportowcy, którzy są elitą – światową czołówką w swoich konkurencjach, dyscyplinach, ze wszystkich krajów. I ważne: tam nie pojawia się nikt z przypadku. Limity są tak wygórowane, że nie wystarczy być najlepszym w swoim kraju. Trzeba spełniać międzynarodowe kryteria olimpijskie.

I dlatego ja zawsze powtarzam: ogromne gratulacje dla wszystkich, którzy spełnili te kryteria. Bo oni – niezależnie od wyniku – są naszymi wielkimi sportowymi ambasadorami Polski. Przywożą nam chlubę, promocję, dumę. I powinniśmy ich wspierać, szukać dobrych stron, trzymać kciuki.

Powiedział Pan kiedyś, że bycie olimpijczykiem to „szansa jedna na milion”. Mocne. Skąd to przekonanie?

Bo jak się tak uczciwie zastanowimy, ilu ludzi w Polsce i Polaków na świecie uprawia sport, ilu jest w kadrach, ilu ma szansę, żeby w ogóle dotrzeć do kwalifikacji… a potem ilu finalnie jedzie na igrzyska, to naprawdę wychodzi statystycznie coś w stylu „jeden na milion”. I to nie jest jak w totolotku, że „skreślasz sześć cyfr”. To lata pracy, długa droga, selekcja. Mówi się nawet, że żeby zostać olimpijczykiem, to trzy pokolenia wcześniej ktoś w rodzinie już musiał być „bliżej sportu” niż przeciętnie. I dlatego szacunek dla olimpijczyków jest absolutnie bezdyskusyjny.

Pan tę drogę przeszedł kilka razy. Jak dziś Pan wspomina swoje igrzyska?

Miałem zaszczyt reprezentować Polskę na igrzyskach: Turyn 2006, Vancouver 2010, Soczi 2014 i Pjongczang 2018. I powiem wprost: wspominam to bardzo dobrze. To jest wielki honor być częścią reprezentacji na tej najważniejszej imprezie. Każdy start w życiu traktowałem tak samo – czy to były zawody szkolne, mniejsza ranga, Puchar Świata czy igrzyska – zawsze dawałem z siebie wszystko. I na igrzyskach też tak było: maksimum, żeby wynik był jak najlepszy.

A co było dla bardziej „olimpijskie” – sport czy otoczka?

Otoczka potrafi przytłoczyć rozmachem. Zwłaszcza jak wcześniej funkcjonowałeś „skromniej”. Ja pamiętam Turyn: jako snowboardziści jeździliśmy po zawodach praktycznie z jednym trenerem, który był od wszystkiego – od prowadzenia auta po organizację treningów, przygotowanie sprzętu i rachunki. Bez psychologa, fizjoterapeutów, całego sztabu.

A potem przyjeżdżasz na igrzyska i nagle: spotkania z psychologiem, fizjoterapeutą, masażystami, lekarzami… akredytacje, kontrole, przepustki. To jest wielki organizm. I człowiek może się w tym zgubić, bo jest pod wrażeniem. Ale są też momenty absolutnie nie do zapomnienia: wejście na stadion olimpijski podczas ceremonii otwarcia czy też składanie przysięgi olimpijskiej – to zostaje w tobie na zawsze.

No właśnie… Jak nie dać się „zjeść” temu wszystkiemu? Jest na to przepis?

Moja rada jest prosta, choć trudna do wykonania: podejść do igrzysk jak do każdego innego startu. To są zawody, które trzeba po prostu zjechać najlepiej, jak potrafisz. Zostawić za sobą całą otoczkę i zrobić swoje.

 

Najlepszy sposób na stres – kolejne starty!

A stres? Start olimpijski „waży” inaczej niż każdy inny.

Mnie stres napędzał. To była ta adrenalina, pozytywna. Ja byłem typowym zawodnikiem startowym – uwielbiałem starty. I do dziś uważam, że nawet najgorszy start w zawodach jest lepszy niż najlepszy trening. Bo w starcie masz stres, masz prawdziwe emocje, uczysz się tego. I dlatego mój sposób na stres to było… startować jak najczęściej. Różne rangi: Puchar Europy, mistrzostwa kraju, zawody FIS. Im więcej startów, tym stres przestaje cię „zjadać”, a zaczyna pracować dla ciebie.

Z perspektywy tej bogatej, sportowej kariery – co jest takim najlepszym wspomnieniem? Taki moment, który wraca najczęściej?

Igrzyska są „wisienką na torcie”, bo cel sam w sobie. Można wygrać Puchar Świata, można robić świetne wyniki, a na igrzyska nie pojechać – bo są co cztery lata i czasem coś wypada: kontuzja, brak formy w tym konkretnym momencie. Ja jestem dumny, że mogłem reprezentować Polskę aż tyle razy. I jest coś, co – z tego co wiem – nikomu innemu w świecie męskiego snowboardu się nie udało: w Turynie połączyłem konkurencję freestyle’ową halfpipe z konkurencją szybkościową snowboard cross. To trochę jakby skoczek narciarski połączył klasyczne skoki z jazdą po muldach na nartach. 

A jeśli chodzi o emocje… najpiękniejsze są chwile, kiedy słyszysz Mazurek Dąbrowskiego na podium. Łzy cisną się do oczu – ze wzruszenia, dumy, że robisz coś nie tylko dla siebie, ale dla kraju.

W kolejnych odpowiedziach wracają Włochy. Czy do tego kraju, z perspektywy sportowej kariery, pozostał wyjątkowy sentyment?

Uwielbiam Włochy, bo tam miałem mnóstwo startów przez całą karierę. I mam z nimi masę dobrych wspomnień: choćby właśnie z Cortina d’Ampezzo, gdzie zdobywałem złote medale, między innymi, dzień po dniu, w Pucharach Europy czy też w Livigno, gdzie zdobyłem wicemistrzostwo Włoch w Half-Pipe. Albo starty, które po prostu „wchodziły”, jak zwycięstwo w Pucharze Świata w Valmalenco. Włochy kojarzą mi się z dużym szczęściem i radością sportową…

Mateusz Ligocki
fot. www.facebook.com/MateuszMatysLigocki

 

Czy wygrasz czy przegrasz – my i tak będziemy cię kochać

No i właśnie te Włochy… Już wkrótce znajdą się ponownie w centrum zainteresowania kibiców sportu z całego świata. Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Jak ocenia Pan szanse Polaków? Kto ma szansę by zostać swoistą „wizytówką” polskiego sportu podczas tej imprezy?

Cieszy mnie, że kadra jest liczna – około 60 osób. A na igrzyskach każdy ma takie same szanse w tym sensie, że to impreza, która pisze scenariusze, jakich nie wymyśli najlepszy scenarzysta. Są faworyci, są czarne konie, dzieją się rzeczy nieoczywiste.

Ja widzę mocne nazwiska w snowboardzie. Aleksandra Król-Walas – niesamowita forma po urodzeniu dziecka. Oskar Kwiatkowski – mistrz świata z poprzednich mistrzostw, nawet jeśli wraca po problemach, to stać go na wszystko. No i  Michał Nowaczyk, który jeździ na bardzo wysokim poziomie. Mamy też rewelacyjną Marynę Gasienicę-Daniel w narciarstwie alpejskim. Trzymam kciuki też za skoczków narciarskich – igrzyska potrafią dać im nowe życie. Tak naprawdę trzymam mocno kciuki za całą naszą Reprezentację, za wszystkich razem i każdego z osobna. Począwszy od bobsleistów i biathlonistów, przez wszystkie odmiany narciarstwa i łyżwiarstwa, po saneczkarstwo i skialpinizm. Nie każdy wie, że mamy swoich reprezentantów w tak wielu dyscyplinach! 

I chcę jeszcze podkreślić jedną rzecz – świetnie, że PKOL potrafi dziś zadbać, rekordowo wysokimi premiami dla medalistów, jak również premiami dla sportowców do ósmego miejsca punktowanego. To może działać jak magnes i motywacja dla kolejnych.

W mediach już wkrótce ruszy wielkie odliczanie – „ile mamy medali?, „ile medali mają inne kraje?”. Pana ta „medalowa presja” wyraźnie drażni. Dlaczego?

Bo to wypacza ducha igrzysk. Ja ubolewam, że dziennikarze nakręcają: medal, medal, medal. A Pierre de Coubertin mówił o szlachetnej rywalizacji w duchu fair play. I gdybym miał taką siłę, to bym zakazał liczenia medali. Naprawdę! Bo porównywanie „kiedyś było tyle, dziś tyle” robi krzywdę sportowi. Oczywiście każdy chce wygrać, jasne. Ale igrzyska to święto jedności – ponad poglądami, ponad podziałami. Sport ma łączyć.

A gdyby miał wysłać Pan do naszych reprezentantów jedną wiadomość na igrzyska – taką „na lodówkę” – co by to było?

Dwie rzeczy. Pierwsza: nie dać się rozproszyć. Wioska olimpijska, media, splendor – świat nagle kręci się wokół ciebie. Trzeba mieć swój rytm, swoje rytuały i zrobić robotę.

A druga rzecz jest bardzo osobista. Mam anegdotę z tenisa, z meczu Caroliny Wozniacki. Jej tata-trener wszedł na kort i powiedział: „Niezależnie od wyniku, czy wygrasz czy przegrasz – my i tak będziemy cię kochać.” I ona zaczęła grać, wygrała, a potem została numerem 1 na świecie. I ja bym powiedział naszym: niezależnie od wyniku – my was i tak kochamy i będziemy was szanować. Dajcie z siebie wszystko, czysto, bez dopingu, fair. A my jesteśmy z wami.

 

„Olimpijskiego spokoju”! Dla każdego

A gdyby miał Pan wskazać jedną rzecz, którą polski sport musi zmienić natychmiast, żeby olimpijczycy nie byli „bohaterami na czas startu”, tylko zawodowcami na co dzień — co by to było?

To jest temat, który leży mi na sercu. Mało kto wie, że sportowcy funkcjonują w systemie klas sportowych: mistrzowska międzynarodowa, mistrzowska, pierwsza, druga, trzecia… A ci z najwyższej półki – często reprezentanci kraju – to „top of the top”.

I teraz proszę sobie wyobrazić, o czym mało kto wie – wielu z nich (o ile nie wszyscy) nie ma podpisanych umów o pracę ze związkami sportowymi, a przecież reprezentowanie kraju, bycie członkiem Kadry Narodowej, podporządkowanie pod różnego rodzaju wymogi, regulaminy, kalendarze treningów i startów, obowiązki, to ciężka praca. I tu chyba się ze mną zgodzi każdy. Dziś zawodnicy Kadry Narodowej nie mają normalnie odprowadzanych składek, zabezpieczenia na przyszłość. Pojawia się pytanie – dlaczego? Bo ich praca nie jest traktowana jako praca? A jako co? 

Część ma kontrakty wojskowe – super. Część ma stypendia – też dobrze. Ale wielu ma ciężko, mimo że są poza granicą kraju 200 dni w roku, reprezentując Polskę. Chciałbym, żeby to się zmieniło: umowa o pracę, świadczenia, godne warunki, bo wtedy więcej dzieci i młodzieży będzie chciało iść w sport, a wyniki Polski będą lepsze. To jest system.
Olimpijski spokój.

Olimpijski spokój? Co to znaczy?

To znaczy: optymalnie. Nie sielanka, nie nerwówka – tylko spokój, który jest „w sam raz”. Żeby się nie zgubić w pędzie, w presji, w pogoni za sukcesem. Duch olimpijski ma w sobie coś takiego, co przypomina o rozsądku i równowadze. I tego spokoju olimpijskiego życzę każdemu.

Na koniec zapytam o rzecz, która w sporcie wyczynowym zmienia wszystko: czas. Kiedyś igrzyska były centrum świata. Dziś ma Pan rodzinę. Jak się w tym nowym etapie życia układa relacja z olimpijskim marzeniem?

Rodzina jest dla mnie wszystkim. Mam wspaniałą żonę i dwójkę małych dzieci. Wiktor Maksymilian ma cztery lata. A Laura Olympia skończy roczek dokładnie w dniu ceremonii otwarcia igrzysk – 6 lutego.

I wie Pan co? To pięknie się symbolicznie domyka. Bo igrzyska w moim życiu sportowym były czymś ogromnym — a dziś widzę je trochę inaczej. Już nie tylko jako wynik i rywalizację, ale jako historię o wspólnocie, o jedności i o tym, że człowiek nie jest samotną maszyną do wyników. Igrzyska są wielkie właśnie dlatego, że potrafią łączyć: sport z emocjami, wysiłek z dumą, a karierę z rodziną.

Czterokrotnie jechał Pan na igrzyska „po wynik”. Czy w tym roku wybiera się Pan do Włoch, tak po prostu – doświadczyć tego wydarzenia?  

No tak, to jest zupełnie inne przeżycie. Bo jako zawodnik masz „tunel”: cel, start, koncentracja. A jako kibic chcesz po prostu być blisko tych emocji i wesprzeć naszych. I bardzo się nad tym, całą rodziną, zastanawiamy. Chcemy pojechać do Livigno i Cortiny, bo te miejsca są mi najbliższe i wspierać naszych narciarzy i snowboardzistów: Oskara, Michała, Olę Król, Marynę… To są nazwiska, które mogą dać nam piękne momenty.

Pana żona jest Zaolzianką. Czy takie imprezy, jak igrzyska to czas „podwójnego kibicowania”. Jak wygląda taki dom, w którym biało-czerwona flaga nie musi wykluczać innych barw?

To jest właśnie magia igrzysk. Moja żona jest Zaolzianką – Polką z czeskim obywatelstwem. Więc naturalnie będziemy kibicować Polakom, ale też Czechom. I tu pojawia się Ester Ledecká – fenomen, który połączył narty i snowboard jak nikt. Takie postacie budują piękno olimpizmu: przekraczają granice, robią rzeczy, które wcześniej wydawały się niemożliwe. Myślę, że na trybunach będzie wesoło: flagi na policzkach — biało-czerwone i czeskie. I szczera radość, niezależnie od tego, kto akurat jest na starcie. I może właśnie o to w igrzyskach chodzi najbardziej: żeby przez kilka dni świat przestał się dzielić, a zaczął kibicować – razem.

Autor: Sebastian Snaczke