Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Kilka tygodni temu Kacper Tomasiak sensacyjnie sięgnął po dwa indywidualne medale na igrzyskach olimpijskich. Na koniec dołożył jeszcze trzeci w duecie z Pawłem Wąskiem. To wszystko działo się na skoczni w Predazzo… Skoczni, która od lat jest niezwykle szczęśliwa dla Polaków. To właśnie tam Adam Małysz w 2003 roku sięgnął po dwa złote medale mistrzostw świata. To na tym obiekcie dekadę później swój pierwszy wielki sukces odniósł Kamil Stoch, sięgając po tytuł mistrzowski… I wreszcie, to w tym miejscu nasza drużyna wywalczyła historyczny brązowy medal…
W XXI wieku skoki stały się naszym sportem narodowym. Sukcesy Adama Małysza, zapoczątkowane na przełomie 2000 i 2001 roku, sprawiły, że ten niszowy dotąd sport stał się nieodłącznym elementem życia każdego Polaka. Orzeł z Wisły momentalnie stał się bohaterem narodowym, a jego poczynania śledziły miliony rodaków.

Przez wiele lat, to na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za całą dyscyplinę. Mimo że inni również próbowali swoich sił w zawodach Pucharu Świata, to dla kibiców liczył się tylko Małysz. Wiślanin był alfą i omegą polskich skoków. Indywidualnie zdobył niemal wszystko… Gdy jednak dochodziło do rywalizacji drużynowej, z zazdrością musiał spoglądać w kierunku swoich rywali ze skoczni. Martin Schmitt, Janne Ahonen, czy Andreas Goldberger mieli coś, czego Małysz nie miał – drużynę… Tak więc przez lata polscy kibice spoglądali głównie na konkursy indywidualne, traktując rywalizację zespołową, jako niewarty uwagi dodatek w pucharowym kalendarzu.
Sukcesy Małysza sprawiły jednak, że do skoków zaczęli garnąć się inni. Tak oto po wielu latach samotnej walki o czołowe lokaty, w końcu mógł liczyć na towarzystwo następców. Najpierw – w trakcie ostatniej kampanii Wiślanina – swój ogromny potencjał obudził w sobie Kamil Stoch, a w kolejnych latach następni… W końcu utworzyła się grupa zawodników, mogąca realnie rywalizować z czołowymi reprezentacjami.
Nie wolno jednak zapominać, że pierwsze, historyczne drużynowe podium naszej reprezentacji miało miejsce na długo przed wspomnianymi wcześniej wydarzeniami. Już w 2001 roku w Villach, Polacy pierwszy raz w historii aktywnie uczestniczyli w ceremonii dekoracji najlepszych drużyn. Wówczas na najniższym stopniu podium wraz z Adamem Małyszem stanęli Łukasz Kruczek, Robert Mateja i Wojciech Skupień.
Przez długie lata takie wyniki były jednak incydentalne. Ten obraz zmienił się dopiero po tym gdy legendarny skoczek z Wisły odwiesił narty na kołku. W 2013 roku wreszcie mieliśmy drużynę gotową, aby walczyć o medal na imprezie mistrzowskiej. Kamil Stoch był czołowym skoczkiem Pucharu Świata, Piotr Żyła przeżywał swój najlepszy okres w dotychczasowej karierze, to właśnie w tym sezonie – choć dopiero po mistrzostwach świata – sięgnął po premierowe zwycięstwo w zawodach elity.
Punktować w Pucharze Świata w końcu zaczął Dawid Kubacki, a najmłodszy z całej czwórki Maciej Kot niemal całą kampanię spędził „w punktach”, w miarę regularnie wchodząc do czołowej „10”. Można powiedzieć, że to wszystko dawało solidne podstawy ku temu, aby w końcu polskie skoki doczekały się drużynowego medalu.
Polacy napędzeni wcześniejszym indywidualnym złotem Stocha, do konkursu przystępowali ze sporymi nadziejami, ale i ze świadomością, że wcale nie będzie łatwo. Naszpikowane gwiazdami reprezentacje Austrii, Niemiec czy Norwegii wydawały się być faworytami do „pudła”. Nasi jednak przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej dyspozycji dnia, byli w stanie nawiązać z nimi rywalizację.
Jako pierwszy do zawodów przystąpił Maciej Kot. Niespełna 22-letni wówczas skoczek wypadł nieźle, choć bez błysku. 123- metrowa próba na start konkursu była niezłym punktem wyjściowym. Później w dół rozbiegu ruszyli kolejno: Piotr Żyła (122 metry) i Dawid Kubacki (126 metrów). Największy wkład w rezultat naszego zespołu miał oczywiście Kamil Stoch. Świeżo upieczony złoty medalista poszybował 134 metry, czym dołożył spory zastrzyk punktowy. W efekcie na półmetku rywalizacji biało-czerwoni plasowali się tuż za trzecimi Norwegami.
W klasyfikacji panował niesamowity ścisk. Liderującą Austrię i piątą Japonię dzieliło jedynie 7,3 punktu. W tym gąszczu Polacy zajmowali czwartą lokatę z niewielką – wynoszącą zaledwie 2 punkty – stratą do trzecich Norwegów. Jasne więc było, że szansa na medal jest… I to ogromna.
W drugiej serii Polacy – mówiąc kolokwialnie – nie pękali. Kot rozpoczął od skoku na odległość 128,5 metra. Później Żyła dołożył 126 metrów, a Kubacki poszybował jeszcze dwa metry dalej. W międzyczasie miało miejsce ikoniczne już lądowanie Manuela Fettenera na jednej narcie, które – jak czas pokazał – zapewniło Austriakom złoto. Polacy natomiast do samego końca musieli drżeć o rezultat.
Zważywszy na niezwykle zaciętą rywalizację, szkoleniowcy poszczególnych ekip zaczęli manewrować długością najazdu. W ten sposób chcieli dać przewagę swoim podopiecznym w postaci rekompensaty punktowej. Co później okazało się przyczyną zmiany pierwotnych wyników… Jednak zanim do tego doszło, na belce startowej zasiadł Kamil Stoch…
– Trzeba wytrzymać presję, daleko skoczyć. Czeka Łukasz Kruczek, wiatr… Jaki jest wiatr? Jest z tyłu. I Kamil rusza do walki o medal! Być może znowu będziemy się cieszyć, jak podczas jego indywidualnego sukcesu…. Jest wysoko zawieszony…. I jest znakomicie! Jest pięknie! Może być medal – nareszcie! – naszej drużyny. Fantastyczny skok… –relacjonował rozemocjonowany Włodzimierz Szaranowicz

To jednak w ostatecznym rozrachunku nie wystarczyło… Zamiast triumfalnych okrzyków, pojawił się jęk zawodu. Podopiecznym Łukasza Kruczka do upragnionego brązu zabrakło 0,8 punku – tak przynajmniej się wydawało. Kilkadziesiąt minut po ostatnim skoku w tych zawodach, wyniki zmieniono.
Błędu dopatrzył się Thomas Morgernstern. Mimo że Austriak ze swoimi kolegami i tak był już pewny zwycięstwa, coś mu nie pasowało. I miał rację. Po weryfikacji rezultatów okazało się, że sędziowie doliczyli Andersowi Bardalowi dodatkowe punkty za obniżony rozbieg, mimo że Norweg ruszał z nominalnej belki.
Po chwili niepewności nadeszło potwierdzenie – Polacy pierwszy raz w historii sięgnęli po drużynowy medal mistrzostw świata. Premierowy medal miał także „beskidzkie akcenty” w postaci Piotra Żyły oraz szkoleniowca naszej kadry – Łukasza Kruczka. To był moment zwrotny w polskich skokach, to właśnie w Predazzo na dobre rozpoczęła się druga dekada wielkich sukcesów – tym razem już zarówno indywidualnych, jak i tych drużynowych.
To właśnie wtedy rozemocjonowany Piotr Żyła zwrócił uwagę, że spostrzegawczość „Morgiego” musi zostać odpowiednio doceniona i zadeklarował, że w ramach wdzięczności przekaże mu butelkę z wysokoprocentowym trunkiem. Do przekazania „nagrody” faktycznie doszło, jednak dopiero osiem lat później!
Cztery lata po wydarzeniach z Predazzo, polska reprezentacja w tym samym zestawieniu, pod wodzą Stefana Horngachera, w Lahti wywalczyła historyczne mistrzostwo świata. Później biało-czerwoni medale zdobywali także na igrzyskach olimpijskich oraz mistrzostwach świata w lotach, pisząc przy tym kolejne rozdziały pięknej historii tej dyscypliny…
Autor:
Mikołaj Lorenz
[email protected]
jak atrakcyjnie spędzić czas w regionie, jak ominąć korki i jak odpocząć?
close
Copyright Radio BIELSKO