Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Prezentujemy wam drugą część rozmowy z Mariuszem Sachą. Ostatnim razem wróciliśmy wspomnieniami do jego początków w futbolu, czy pięknych chwil na młodzieżowych mistrzostwach świata. Dziś czekają nas nieco mniej przyjemne chwile. Mówimy przecież o zawodniku, który ze swojej kariery nie wycisnął tyle, ile mógł. Dziś przeczytacie między innymi o złych wyborach i kontuzjach, które go trapiły. Nasz rozmówca zdradził również kulisy swojego rozstania z Podbeskidziem…
Jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszej części wywiadu, musicie to szybko nadrobić:
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, czujesz żal, że ta kariera nie potoczyła się tak, jak oczekiwałeś?
Na pewno nie mam do nikogo żalu — jeśli już, to mógłbym mieć go tylko do siebie. Niestety problemy zdrowotne też trochę pokrzyżowały moją przygodę z piłką. Po młodzieżowych mistrzostwach świata zostałem stransferowany do Krakowa, gdzie trener, który mnie ściągnął, przez pierwsze pół roku nie dał mi nawet zadebiutować. Później został zwolniony, a niedługo potem doznałem kontuzji. Dopiero śp. Orest Lenczyk na mnie postawił i pomógł mi odbudować pewność siebie. To właśnie wtedy miałem najlepszy okres w Krakowie — strzeliłem kilka bramek w rundzie i wszystko zaczęło się dobrze układać.{…} Z perspektywy czasu wiem też, że dużym błędem było podpisanie kontraktu z pewnym menadżerem, który później bardzo mnie oszukał. W trudnych momentach nie mogłem liczyć na jego pomoc, a dodatkowo wytoczył mi sprawy sądowe, przez które musiałem płacić ogromne pieniądze — nie wiadomo za co. To był naprawdę ciężki okres. Mimo wszystko czas spędzony w Krakowie wspominam bardzo dobrze, szczególnie współpracę z trenerem Lenczykiem. Był jednym z niewielu szkoleniowców w seniorskiej piłce, którzy naprawdę we mnie wierzyli i dawali mi poczucie pewności — nawet wtedy, gdy byłem w słabszej formie.
Ostatecznie zdecydowałeś się na powrót do Podbeskidzia, co o tym zdecydowało?
W Cracovi mieliśmy wtedy kryzys za trenera Rafała Ulatowskiego, później doszło do zmiany szkoleniowca. Zespół przejął Jurij Szatałow. Trafiłem do jego drużyny po ciężkiej kontuzji — byłem po operacji kostki — i przez kolejne pół roku u niego praktycznie nie zagrałem ani minuty. Cały czas byłem w kadrze meczowej, jeździłem na spotkania, ale podczas obozu przygotowawczego dostałem jasny sygnał, że nie będę jego wyborem. Trzeba jednak przyznać, że Szatałow utrzymał Cracovię w bardzo trudnej sytuacji. Ja z kolei wiedziałem, że nie ma dla mnie miejsca i nie widziałem sensu w spędzaniu kolejnych miesięcy na ławce. Wtedy pomocną dłoń wyciągnęło do mnie Podbeskidzie.

Finalnie ten powrót do Bielska nie był udany, z czego to twoim zdaniem wynikało?
Tak, to nie był udany powrót. Wracałem do Podbeskidzia, które grało już w Ekstraklasie, więc poziom był wysoki, a zespół naprawdę solidny. Zarówno kibice oczekiwali ode mnie zdecydowanie więcej – zresztą ja tak samo. Trudno powiedzieć, jak dalej potoczyłaby się ta moja przygoda, gdyby nie zmiana na stanowisku prezesa. Na moje nieszczęście tę funkcję objął wtedy Wojciech Borecki, który praktycznie od razu po przyjściu mnie „odpalił”. Zresztą to nie był pierwszy raz, tak samo ze mną postąpił w szkole sportowej, do której uczęszczałem.
Czyli krótko mówiąc, prezes Borecki nie darzył cię zbyt wielką sympatią?
Na pewno nie darzył mnie sympatią. Ja podchodziłem do niego z szacunkiem, natomiast sympatii z mojej strony również nie było. Tak to po prostu wyglądało. Zdaję sobie też sprawę, że oczekiwania kibiców wobec mnie były zdecydowanie większe. Natomiast fakty są takie, że to po przyjściu prezesa Boreckiego zostałem odsunięty od zespołu i trafiłem do tzw. „klubu Kokosa”. W tej sytuacji podjąłem decyzję, żeby iść dalej i po prostu grać — dlatego zdecydowałem się na niższy poziom rozgrywkowy, żeby odbudować swoją karierę.
Czujesz żal, że tak szybko Podbeskidzie z ciebie zrezygnowało?
Wiesz co? Jeśli już miałbym mieć do kogoś żal, to wyłącznie do pana Boreckiego — do nikogo innego…

Wtedy przeniosłeś się do Polonii Bytom, później była Stal Stalowa Wola. Jak to wspominasz?
Wiesz co, do Polonii Bytom trafiłem w momencie, gdy jej spadek z pierwszej ligi do drugiej był już właściwie przesądzony — sytuacji nie dało się uratować… Klub ściągał wtedy ciekawych zawodników. Grał tam m.in. Tomasz Górkiewicz, który – podobnie jak ja – jest z naszego regionu. Ostatecznie faktycznie spadliśmy, a pod koniec mojej przygody z Polonią zaczęły mnie coraz bardziej trapić kontuzje. W końcu dogadałem się z prezesem i rozwiązaliśmy kontrakt. Poszedłem do Stali Stalowa Wola, ale nie pograłem tam zbyt wiele. Zmagałem się z kontuzją, z którą – mimo konsultacji – żaden z lekarzy nie był w stanie mi skutecznie pomóc. Leczyłem się półtora miesiąca, wracałem, czasem wytrzymywałem dwa–trzy treningi i uraz znowu się odnawiał. Taki stan ciągnął się przez niemal rok. Psychicznie było to dla mnie bardzo trudne. Czułem presję – ze strony kibiców, bliskich, samego siebie – ale zdrowie po prostu nie pozwalało mi dalej tego ciągnąć.
W międzyczasie byłeś na testach w Bułgarii, razem ze Sławomirem Cieńciałą, jeśli się nie mylę. Jak do tego doszło?
Tak, byłem tam ze Sławomirem Cieńciałą i Mateuszem Bąkiem. Trafiliśmy do Bułgarii, ale był to raczej krótki epizod — na tych testach przewinęło się wtedy kilkudziesięciu zawodników. Wiesz co, traktowałem to jako taką furtkę. Sławek mnie do tego przekonał, a my znaliśmy się od najmłodszych lat, od czasów Podbeskidzia. Czułem też większą pewność, że będzie tam ktoś, kogo znam i komu mogę zaufać. Nigdy wcześniej nie byłem na testach w zagranicznym klubie, więc świadomość, że mogę liczyć na bliską mi osobę, była dla mnie bardzo ważna. Do tego dochodziła ciekawość i chęć sprawdzenia siebie w nowej sytuacji. Ostatecznie Sławek tam trafił, jednak z tego, co pamiętam, nie była to dla niego najlepsza decyzja…
Czyli okazało się, że są niewypłacalni?
Tam chyba pojawiły się problemy finansowe — na początku wszystko wyglądało w porządku, pieniądze były, ale później ich zabrakło i sytuacja zrobiła się naprawdę trudna. Dlatego wydaje mi się, że Sławek nie będzie tego wyjazdu dobrze wspominał.
Ty ostatecznie nie przekonałeś ich do siebie?
Tak, ale była to bardzo ciekawa przygoda — wyjazd za granicę, poznanie nowej kultury i zobaczenie, jak wygląda piłka w innym kraju. Później wróciliśmy do Polski i czekaliśmy na telefon. Ja go nie dostałem, więc można powiedzieć, że przegrałem rywalizację.

Po zakończeniu gry na poziomie centralnym, grałeś jeszcze trochę na naszych lokalnych boiskach. Ostatnie miejsce, w którym byłeś to Jaworze, nie kusi, żeby jednak jeszcze gdzieś pograć?
Niestety, w trakcie mojej gry w Jaworzu, przeszedłem operację kolana, a w moim wieku miało to duże znaczenie i ostatecznie zdecydowało o moim odejściu od futbolu. Szczerze mówiąc, pograłbym jeszcze, czasem dostaję takie propozycje. Jednak jestem już osobą w pewnym wieku, mam rodzinę, pracę i muszę skupić się na swoich priorytetach. Gra w Jaworzu, Międzyrzeczu czy Wilkowicach była dla mnie czystą przyjemnością i dawała mnóstwo radości, ale zdrowie jest najważniejsze. Uraz kolana sprawił, że nie mogłem już dawać z siebie wszystkiego…. Mimo tego czasem pojawiają się myśli, że fajnie byłoby jeszcze pograć na dużym boisku, choćby przez pół roku.
Czyli nie wykluczasz tego?
Nie wykluczam. Ostatnio do mnie wróciła taka myśl, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie…
A nie myślałeś, żeby zająć się „trenerką”?
Kiedyś chodziły mi takie myśli po głowie, teraz już nie do końca. Czasami się nad tym zastanawiam, kiedyś wydawało mi się, że mógłbym być trenerem, ale tylko drużyny seniorskiej. Ostatnio przeszło mi przez myśl, żeby trenować dzieciaki, ale to nie jest na pewno priorytet na ten moment. Mam obecnie tak bardzo ograniczony czas, że ciężko, by mi było to wszystko połączyć.
To tak na koniec… Gdybyś miał wskazać jakieś jedno wspomnienie z boiska, najładniejszą bramkę, najlepszy mecz, albo najważniejszy moment… To, co by to było?
Pojawia mi się przed oczami mecz w Płocku – wtedy jeszcze w Wiśle grał Irek Jeleń. Przegraliśmy to spotkanie, ale ono było dla mnie wyjątkowe, bo po raz pierwszy założyłem opaskę kapitana Podbeskidzia. Miałem wtedy może 18 lat…. Ta opaska trochę mnie jednak chyba przygniotła, bo dostałem wędkę na początku drugiej połowy. Tego nigdy nie zapomnę.
Czyli jednocześnie to takie trochę negatywne wspomnienie. Takie słodko-gorzkie…
Nie, nie, ono nie jest negatywne. Dla mnie jest bardzo pozytywne, bo byłem chyba najmłodszym kapitanem w historii Podbeskidzia i to było fantastyczne uczucie. Z drugiej strony, jako mało doświadczony zawodnik chyba nie udźwignąłem jeszcze tego ciężaru. Mimo porażki wspominam to jednak bardzo dobrze…
Przeczytajcie także pozostałe rozmowy z cyklu Góralu, czy ci nie żal…?. Porozmawialiśmy już z:
Autor:
Mikołaj Lorenz
[email protected]
„Góralu czy ci nie żal...?” Mariusz Sacha Podbeskidzie Bielsko-Biała Top-Sport
today27.03.2026, 09:06 2
Najlepsze pasmo towarzyszące na Podbeskidziu! Konkursy, akcje radiowe, rozmowy i oczywiście - starannie wyselekcjonowane przeboje non-stop!
close
Copyright Radio BIELSKO