Listeners:
Top listeners:
play_arrow
Radio BIELSKO Przeboje non-stop
play_arrow
Radio EXPRESS FM Prawdziwa Lokalna Stacja
play_arrow
Radio DISCO Zawsze w rytmie!
play_arrow
Radio MEGA Mega Przeboje!
play_arrow
Radio NUTA Same dobre nuty!
Są wielkie sukcesy, które poza naturalną, ogromną radością każą wrócić myślami do ludzi, bez których nie byłoby żadnego „wielkiego dnia”. Sukces Kacpra Tomasiaka na igrzyskach Milano-Cortina jest z pewnością jednym z takich momentów. Widząc bowiem tego młodego, niezwykle zdolnego człowieka w locie po olimpijskie medale czy też już z efektownymi, pokrytymi srebrem i brązem, krążkami na szyi, moje myśli krążą też wokół postaci, bez której (w mojej opinii) nie byłoby to możliwe. Nie umiem patrzeć na sukcesy wychowanków LKS „Klimczok-Bystra” nie mając przed oczyma pogodnego oblicza śp. Zbigniewa Baneta, który przez ponad trzy dekady prezesował Klimczokowi. Klubowi, którego nazwę przez wszystkie przypadki wymieniają dziś wszystkie media w Polsce.
Mówi się, czasem z pewnego rodzaju wyrzutem, że sukces ma wielu ojców. Czasem wyśmiewa się nadmierne przypisywanie zasług wówczas, gdy czas na zbieranie pochwał, wspólną celebrację czy pozowanie do okolicznościowych zdjęć. Często niesłusznie. Sukces jak ten Kacpra Tomasiaka nie byłby możliwy bez pracy i zaangażowania, zapewne dziesiątek, oddanych i zdeterminowanych ludzi. Bo taka jest specyfika sportu – zwłaszcza indywidualnego – że medal zawisa na jednej szyi, choć na możliwość jego zdobycia pracowało wielu.
Nie byłoby wielkich chwil Kacpra, z pewnością, bez Jego świadomych i oddanych rodziców, Pani Kingi i Pana Wojciecha, którzy zaszczepili w sercu pierworodnego miłość do sportów zimowych. Nie byłoby szans na olimpijski sukces bez dbających o sportowe postępy, na różnych etapach, trenerów, by wymienić choćby Jarosława Koniora, Sławomira Hankusa czy Bartłomieja Kłuska, na trenerze kadry narodowej, dziś tryumfującym Macieju Maciusiaku, skończywszy. Nie udałoby się bez wspierającej społeczności SMS Sportów Zimowych „Szczyrk” czy też bez ludzi, którzy stoją za organizacyjnym sukcesem Polskiego Związku Narciarskiego, dzięki któremu możliwe było finansowanie szeroko zakrojonych programów wspierających skoki narciarskie u dzieci – ze związanymi z naszym regionem Apoloniuszem Tajnerem i Janem Winklem na czele. Bez inwestujących spore środki w utrzymanie bazy sportowej samorządów. No i w wyliczance tej dochodzimy w końcu do sztafety działaczy klubu z Bystrej, od jego założycieli po obecny, kierowany przez Pawła Niemczyka zarząd, której tak ważną częścią był właśnie Zbigniew Banet.
Ciesząc się sukcesami naszego krajana i całej społeczności LKS „Klimczok-Bystra”, która przeżywa dziś być może najpiękniejszy czas w swojej historii, jest mi momentami, tak po ludzku smutno – że śp. Prezesowi Zbigniewowi Banetowi nie było dane tego doczekać. Jego niegasnąca pasja pozwalała mu cieszyć się tym, czego na co dzień niewielu dostrzegało i czego wówczas często nie było komu oklaskiwać. Z drobnych postępów, z poprawionego wyniku, z dobrego treningu, z jednego udanego skoku, z chwili, gdy „dzieciakowi wreszcie kliknęło”. Trudno mi nawet wyobrazić sobie jak bardzo szczęśliwy byłby dziś, po wymarzonych, olimpijskich medalach swojego wychowanka. Zapewne na miejscu, pod skocznią w Predazzo…
Pamiętam wiele jego entuzjastycznych reakcji i opowieści – o kolejnych startach młodych zawodników, o potencjale, który dostrzegał w konkretnych wychowankach, o perspektywach kolejnych wyzwań. W tych opowieściach często wracała też postać Kacpra – talentu, do którego Prezes miał szczególną słabość, i w którego rozwój wierzył od początku. Zresztą w mediach powszechna jest już dziś anegdota, jakoby Pan Zbyszek miał swój „firmowy” sposób witania mamy Kacpra Tomasiaka: „Witam mamę przyszłego mistrza świata!”. Proroctwo? Nie – bynajmniej! Raczej charakterystyczna dla Pana Zbyszka kurtuazja, serdeczność i ta uprzejmość, którą obdarzał wszystkich dookoła – naturalnie, bez pozy. Ale jednocześnie to zdanie mówi o nim więcej niż niejedna długa opowieść. On naprawdę wierzył, że jego wychowankowie – z małej Bystrej – mogą sięgać sportowych gwiazd. Że świat zaczyna się nie w wielkich ośrodkach, tylko tam, gdzie ktoś ma odwagę marzyć i pracować nad tym codziennie.
Kto znał Zbigniewa Baneta – jednego z cichych ojców olimpijskiego sukcesu Kacpra Tomasiaka – temu nie trzeba go przedstawiać. Wystarczyło powiedzieć: „Banet”, i wszystko było jasne. A jeśli ktoś go nie znał… tym bardziej warto, żeby dziś na chwilę się zatrzymał i przeczytał. Poniżej publikuję tekst, który miałem przyjemność popełnić w 2022 roku, tuż po niespodziewanym odejściu Pana Zbyszka. Jest on jednym z rozdziałów książki „100 lat Ludowego Klubu Sportowego ‘Klimczok-Bystra”. To szczególna publikacja – w zdecydowanej większości opracowana i przygotowana właśnie przez śp. Zbigniewa Baneta. Jego twórczy testament.

Zbigniew Stanisław Banet na świat przyszedł 23 stycznia 1940 r. w okupowanej, od blisko czterech miesięcy, przez Niemców Warszawie, jako jedyny syn Feliksy, z domu Drążkiewicz, oraz Władysława. Pierwsze lata życia spędził właśnie w stolicy Polski, a konkretniej na Czerniakowie (adres: ul. Lubkowska 3/37), stanowiącym część dzielnicy Mokotów. Sąsiadem rodziny Banetów na Lubkowskiej był, między innymi, znany polski pisarz i pieśniarz – Stanisław Grzesiuk. Pani Feliksa pracowała tu w konsulacie brazylijskim, pełniąc obowiązki związane z zarządzaniem kuchnią oraz dbaniem o czystość pomieszczeń konsula i jego małżonki. Ojciec Zbigniewa – Władysław, z zawodu murarz-kamieniarz, wykonywał zaś w czasie okupacji pracę kierowcy w firmie transportowej. W pamięci Pana Zbigniewa warszawskie dzieciństwo sprowadzało się do kilku, mocno dramatycznych obrazów ulotnej, dziecięcej pamięci i opowieści przywoływanych przez mamę – takich jak publiczna egzekucja 102 nieszczęśników, osadzonych w więzieniu Pawiak czy rozstrzelanie, ukrywającego się w ich kamienicy młodego człowieka. W 1944 roku, jako mały, 4,5-letni chłopiec zmierzyć musiał się z tragedią Powstania Warszawskiego i jego skutków dla ludności cywilnej ówczesnej Warszawy. Sytuacja w ogarniętej hekatombą powstania Warszawie zmusiła w końcu rodzinę Banet do ucieczki z miasta, która miała szczególnie dramatyczny charakter. W pamięci Pana Zbyszka do końca Jego dni przetrwały obrazy bombardowanego kościoła, w którym wraz z innymi ewakuującymi się warszawiakami ukryła się Jego rodzina, czy też ucieczki przed kolejnym bombardowaniem zakończonej upadkiem i poważnym złamaniem ręki. „Azylem” małego Zbyszka okazał się na kilka kolejnych dni niemiecki nazistowski obóz przejściowy w Pruszkowie. Obóz przejściowy Dulag 121 w Pruszkowie, w którym to gromadzono ludność cywilną wypędzoną z obracającej się w gruz i pył Warszawy, był miejscem gdzie Zbigniew po raz ostatni widział swojego ojca Władysława – aresztowanego i wysłanego do obozu koncentracyjnego „Stutthof” w Sztutowie, w pobliżu Zalewu Wiślanego. Jego losy, po wyzwoleniu obozu „Stutthof” w styczniu 1945 r. pozostają nieznane. Zbigniew zaś, wraz z matką, wysłani zostali do Wolbromia. Jednym z kolejnych przystanków na wojennej drodze Pani Felisky i małego Zbyszka była małopolska miejscowość Celiny. Tam obserwować na własne oczy mógł przejście frontu Armii Czerwonej, kontratak Niemców oraz dalsze sukcesy Rosjan. Tutaj też doczekali ostatecznie końca wojny. Tuż po wojnie, z krótkim przystankiem w Kozach, u brata ojca – Edmunda, Zbigniew wraz z matką osiedli w Bystrej Śląskiej (Bystrą Krakowską i Bystrą Śląską w jedną Bystrą połączono w dopiero w 1956 roku), gdzie Pani Feliksa podjęła pracę w sanatorium przeciwgruźliczym. Ciekawe, czy 6-letni Zbyszek przypuszczał wówczas, że to właśnie ta malutka, górska miejscowość, tak daleka od rodzinnej Warszawy, stanie się cząstką Jego serca i prawdziwym miejscem na ziemi przez kolejne, blisko 80 lat.
Niedługo po osiedleniu się w Bystrej, w wieku 6-lat właśnie, Zbigniew Banet rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej w Bystrej Śląskiej. Tutaj też na swojej życiowej drodze spotkał po raz pierwszy Zygmunta Maciejczyka – nauczyciela matematyki i fizyki, a od kilku lat dyrektora placówki. Wybitny pedagog, społecznik i wychowawca młodzieży – Zygmunt Maciejczyk, wraz ze swoją żoną, wspaniałą nauczycielką Zofią Waiss, dołożyli sporą cegiełkę do kształtującej się postawy i spojrzenia na otaczający świat młodego Zbigniewa. Ich filozofia wychowywania młodzieży i świadomość jak ważną w rolę w procesie wychowawczym niesie za sobą sport były czymś co w istotnym stopniu Zbigniew Baneta zainspirowało na długie lata, a Zygmunt Maciejczyk pozostał dla Niego autorytetem, a kto wie – może i mentorem, na kolejne, długie dziesięciolecia. Inną, bystrzańską postacią, która wywarła na dorastającego Zbigniewa wielki wpływ był lokalny kapłan – ks. Ignacy Sołtysik. To ksiądz Sołtysik zachęcił małego Zbyszka do podjęcia wyzwania bycia ministrantem. We wspomnieniach Pana Zbigniewa funkcjonował też jako oddany i wrażliwy duszpasterz, który pomagał, także materialnie, rodzinie Banet.
Kolejnymi przystankami na edukacyjnej drodze Zbigniewa Baneta, po skończonej podstawówce, było Liceum im. Mikołaja Kopernika w Bielsku-Białej oraz Wydział Górniczy Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Studia na tej górnośląskiej uczelni zakończył tytułem magistra, a później, już na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym, obronił pracę doktorską pt. „Badanie zachowania się zębnika w przekładni trójdrożnej”, zyskując tytuł naukowy dr. inż. nauk technicznych.
Z Politechniką Śląską Zbigniew Banet związał się na dłużej, już nie jako student, czy doktorant, lecz rozpoczynając na tej uczelni swoją pracę naukową w Katedrze Ogólnych Podstaw Konstrukcji Maszyn Wydziału Mechaniczno-Technologicznego. Dr Banet pracował tam łącznie przez 14 lat, pełniąc kolejno funkcję asystenta, starszego asystenta oraz adiunkta i prowadząc wykłady i ćwiczenia z zakresu podstaw konstrukcji maszyn i zapisu konstrukcji. Z „gliwickich czasów” przetrwało do końca życia Pana Zbyszka mnóstwo ważnych i wartościowych przyjaźni. Jednym z takich przyjaciół był choćby, wspominany zawsze z dużą estymą i sympatią, Hubert Kostka – legendarny polski bramkarz i mistrz olimpijski z Monachium z 1972 roku. W końcówce lat 70-tych Zbigniew Banet wrócił już na stałe do Bielska-Białej, podejmując krótki staż przemysłowy w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Samochodów Małolitrażowych, a dalej, w 1979 r., rozpoczynając wieloletnią pracę naukową na Wydziale Budowy Maszyn filii Politechniki Łódzkiej w Bielsku-Białej (dziś Akademia Techniczno-Humanistyczna). W latach 80-tych pół roku spędził też w Stanach Zjednoczonych na ciężkiej i wymagającej pracy. W ostatnich latach aktywności zawodowej Pan Zbyszek był Dyrektorem Wydziału Polityki Gospodarczej i Rozwoju Urzędu Wojewódzkiego w Bielsku-Białej, a także Głównym specjalistą ds. technicznych w Beskidzkiej Agencji Poszanowania Energii w Bielsku-Białej.
Powrót na stałe do Bielska-Białej miał jeszcze jeden, kluczowy wymiar. To tu czekała na Niego blondwłosa Halina, lub jak wolał mawiać Pan Zbyszek – Halusia, z którą spędził, w szczęśliwym małżeństwie, kolejne ponad pół wieku. W Bielsku-Białej, w drugiej połowie lat 70-tych, na świat przyszły też dwie córki Państwa Banet – Katarzyna oraz Karolina, nosząca też drugie imię na pamiątkę matki Zbigniewa – Feliksy. Rodzina stanowiła dla Pana Zbyszka zawsze wielką, niepodważalną wartość. Z dużym uczuciem przywoływał zawsze postać swojej żony, z ogromnym szczęściem i wielką dumą opowiadał o swoich córkach oraz postępach i dokonaniach trójki wnuków: Kingi, Klary i Huberta.
Sport był zawsze Panu Zbyszkowi niezwykle bliski. Sportową pasję zaczerpnął, jeszcze w czasach szkolnych, od wspomnianego wcześniej Zygmunta Maciejczyka. Sam był też choćby instruktorem narciarstwa. Z funkcjonującym wówczas z sukcesami klubem LKS „Klimczok-Bystra” połączyły Go jednak wspólne wyzwania techniczne – związane z koniecznością produkcji i zaopatrywania bystrzańskich zawodników w kaski i rzepy. W 1979 roku Zbigniew Banet zaangażował się w pracę na rzecz LKS „Klimczok-Bystra” już oficjalnie, wchodząc w skład nowego zarządu klubu, a po 4 latach – w grudniu 1983 roku wybrany został na funkcję Prezesa. Blisko 40-letnia kadencja prezesa Baneta to tysiące podjętych wyzwań i inicjatyw, których sporą część, sam Pan Zbyszek, przywołał we wcześniejszych fragmentach tej książki.
To czas rozkwitu potencjału szkoleniowego bystrzańskiego klubu, potwierdzonego w kolejnych latach objawiającymi się światu kolejnymi, dużymi talentami wyrosłymi w strukturach LKS „Klimczok-Bystra”. Wśród nich, między innymi, trójka olimpijczyków: Łukasz Kruczek – olimpijczyk z Nagano (1998) i późniejszy znakomity trener, Agnieszka Szymańczak-Fiołek – olimpijka z Soczi (2014) i multimedalistka Mistrzostw Polski, Paweł Klisz – olimpijczyk z Soczi (2014), czy też aktualny reprezentant Kadry Narodowej A w skokach narciarskich – Jakub Wolny. Pod skrzydłami Prezesa rośli nie tylko zawodnicy. Wzrastali również trenerzy, by wspomnieć wieloletniego trenera skoków narciarskich, Jarosława Koniora – dziś wiceprezesa Polskiego Związku Narciarskiego i dyrektora Szkoły Mistrzostwa Sportowego Sportów Zimowych Szczyrk. Pamiętam, sprzed kilku lat, z jaką determinacją Prezes walczył by w klubie pozostała młoda, obiecująca trenerka, Beata Szymańczak i satysfakcję, gdy udało mu się osiągnąć ten cel. Prezes Banet wierzył w ludzi ze swojego otoczenia, ufał im i robił wszystko, by ich wspierać, a Ci odwdzięczali się doskonałą realizacją swoich zadań, jak wspomniana trener Beata, której trenerska praca przyczyniła się do zapełnienia klubowej gabloty w wiele wspaniałych trofeów.
To również czas rozwoju strukturalnego LKS „Klimczok-Bystra”, wielu odważnych i ambitnych inicjatyw. To w dużej mierze zasługa Prezesa Baneta i Jego niestrudzonych starań, że w miejsce zrujnowanej skoczni przy ul. Ochota, w 2010 roku do użytku został oddany kompleks nowych skoczni narciarskich HS-19 i HS-31 wraz z zapleczem sędziowskim. To również Jego starania pozwoliły na wyremontowanie budynku klubowego, tzw. „Klimczokówki”, przy ul. Juliana Fałata. Wspierał też choćby powstanie tras do narciarstwa biegowego na Magurce. Organizował, co rok z tym samym zacięciem, ważne dla lokalnego środowiska sportowego zawody: „Memoriał Józefa Przybyły” w skokach narciarskich czy też „Rollski”, przemianowane w ostatnich latach na „Puchar Klimczoka” w biegach na nartorolkach.
Czasy prezesostwa to także szereg gorzkich momentów i trudnych wyzwań. Bodaj jednym z pierwszych z nich, jeszcze w latach 80-tych, była utrata sekcji saneczkarskiej w klubie, na rzecz LKS „Beskidy”. To wielkie, klubowe dramaty, takie jak tragiczne śmierci w wypadkach samochodowych wyróżniających się zawodników: doskonałej biegaczki – Ireny Pieli oraz zdolnego saneczkarza – Ryszarda Bebek, w przypadku którego informację rodzinie o tragedii przekazać musiał sam Prezes. To także poważne wypadki na skoczniach narciarskich młodych sportowców LKS: Marka Myconia i Szymona Olka. Wspomnienie tych historii powodowało, nawet po latach, że trudno było Panu Zbyszkowi o ukrycie towarzyszących im emocji. W obliczu tych trudnych wydarzeń Prezes Banet stawał również na wysokości zadania – bardzo aktywnie organizując pomoc i wsparcie poszkodowanym, także przy użyciu swych szerokich kontaktów.
Ostatnie lata prezesury to czas dużej, działaczowskiej satysfakcji z obserwacji postępów kolejnych, zdolnych pokoleń bystrzańskich adeptów skoków i biegów narciarskich oraz wytrwałej pracy, tak mocno cenionych przez Prezesa, trenerów. To również czas dużego poświęcenia dwóm najważniejszym, z perspektywy Prezesa, klubowym projektom: planom remontu kompleksu skoczni narciarskich oraz godnego uczczenia, przypadającego w bieżącym roku, 100-lecia działalności zasłużonego klubu. W oba te projekty Pan Zbyszek zaangażowany był, jak to Pan Zbyszek – bezgranicznie i do końca swoich dni. Kilka ostatnich miesięcy spędził na analizie dokumentów i wspomnień, zbieraniu relacji i zdjęć oraz tworzeniu kolejnych rozdziałów książki podsumowującej 100 lat LKS „Klimczok-Bystra”. Książki, która już bez swojego pomysłodawcy i głównego autora, z całą pewnością ujrzy światło dzienne jesienią tego roku.
Wieloletnia działalność Zbigniewa Baneta nie pozostała niedostrzeżona. Wyróżniono Go dwoma złotymi krzyżami zasługi oraz licznymi nagrodami za działalność naukową, dydaktyczną i społeczną. W roku 2015 został laureatem prestiżowej Nagrody Starosty Bielskiego im. Józefa Londzina. Wcześniej tylko jedna osoba (Pani Jadwiga Kolarczyk) związana z Gminą Wilkowice dostąpiła podobnego zaszczytu. W roku 2019 na piersi Pana Zbyszka zawisł Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznawany przez Prezydenta RP. Uchwałą Rady Gminy Wilkowice przyznano również Zbigniewowi Banetowi tytuł „Honorowy Obywatel Gminy Wilkowice”, który wręczony Mu został w trakcie sympatycznej, okolicznościowej imprezy, podczas której zebrani, poza wspomnianym tytułem, świętowali również 80. urodziny Prezesa.
W naszym społeczeństwie panuje, słuszna skądinąd, zasada wskazująca, że „o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale”. O Prezesie Banecie, w rozmowach kuluarowych toczonych po Jego śmierci, mówi się przede wszystkim dużo i wyłącznie dobrze. Zbigniew Banet był postacią niezwykłą. Doprawdy trudno znaleźć przykład osoby, która budziłaby tak jednoznacznie pozytywne skojarzenia, bez względu na to jak dobrze i blisko ktoś Go znał. Na dźwięk wypowiadanego dziś imienia Pana Zbyszka, na twarzach bodaj wszystkich osób, które dane było spotkać już po Jego śmierci, pojawiał się nostalgiczny uśmiech, a w pamięci, bez większego trudu, wspomnienie jakiejś sympatycznej okoliczności spotkania z Nim. Bo taki był właśnie Pan Zbyszek! Szarmancki wobec kobiet, uprzejmy wobec mężczyzn, uśmiechnięty i otwarty dla każdego. Był żywą emanacją tego, co zwykło się nazywać klasą, elegancją czy staromodną kindersztubą. Przedstawicielem, chyba coraz rzadziej występującego gatunku mężczyzn – potrafiących, nawet drobnymi czasem gestami czy niewinnym komplementem, wywoływać uśmiech na ludzkich twarzach i czynić ich dzień lepszym. A co pewnie jeszcze istotniejsze – nie był to u Pana Zbyszka element wyuczonym, nie stanowił formy kreacji własnego wizerunku. Wynikał z faktu, że Pan Zbyszek kochał ludzi, a ludzie kochali Jego, okazywał podobny szacunek każdemu – wysoko postawionemu dygnitarzowi, czy też zwykłemu, nieznajomemu człowiekowi, spotkanemu na ulicy. Zależność tą najlepiej obrazuje często przytaczana przez Prezesa Baneta humorystyczna zagadka:
„- Czy wie Pan kto pierwszy mówi: Dzień dobry?
– Młodszy? Mężczyzna? Podwładny?
– Nie! Ten, który jest lepiej wychowany!”
Chyba właśnie wspomniana miłość do ludzi, połączona z wielką i niegasnącą pasją, pozwalała Prezesowi na tak szerokie zaangażowanie i niestrudzoną działalność. Bo praca społeczna nie była dla Pana Zbyszka nudnym obowiązkiem, lecz prawdziwą przygodą. Przygodą, którą kontynuował usilnie do końca swoich dni, nie zważając na swój PESEL, nie poddając się nasyceniu czy znudzeniu. Dla autora tego tekstu, przed laty początkującego społecznika, postać Pana Zbyszka stanowiła źródło nieustającej inspiracji i podziwu. Jak można, mając 80 lat, posiadać tak wielki entuzjazm wobec spraw i wyzwań dnia codziennego i realizować je cały czas, przez lata, z identyczną pasją i zacięciem? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. To tajemnica wyjątkowej osobowości Pana Zbyszka, którą pięknie, w jednym zdaniu, ujął w treści mowy pogrzebowej rodziny wnuk Hubert: „Sztuką jest żyć tak długo i umrzeć tak młodo”…
Ksiądz Maćko Kornecki, który wygłosił kazanie podczas uroczystości pogrzebowych śp. Zbigniewa Baneta, zacytował w nim też opinię, którą przedstawił mu jeden z bliskich znajomych Pana Zbyszka: „Był człowiekiem, który dawał ludziom skrzydła by mogli wzbić się w powietrze w swoim życiu, a dla tych którzy nie mieli na to sił stawał się tymi skrzydłami i niósł ich na swoich ramionach. Ciepły, uśmiechnięty i wrażliwy na każdą ludzką krzywdę i słabość, człowiek ogromnego serca”. Piękne i prawdziwe zdania.
W ostatnich miesiącach Pan Zbyszek, świetny i wrażliwy mówca, bywał często proszony o wygłaszanie mów pogrzebowych na pogrzebach swoich znajomych. Tworząc ostatnią z nich żartował, mówiąc że „następną chyba napisze dla siebie”. Nie zdążył. Nie musiał. Wszystko to, co pewnie chciałby nam przekazać, przekazał już wspaniałym świadectwem swojego życia.

Codziennie od poniedziałku do piątku od 5:30 do 10.
close
Copyright Radio BIELSKO