Bielsko-Biała

„Nosiliśmy sanki na plecach”. Wspomnienia o torze saneczkowym na Koziej Górze

today17.03.2026 10:32 1

Tło
share close

Gdy dziś idzie się leśną drogą w kierunku Koziej Góry w Mikuszowicach, trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu to miejsce żyło sportem. W zimowe dni wąska droga zamieniała się w lodowy tor, na którym z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę pędziły stalowe sanki. Przyjeżdżali zawodnicy z całej Polski i z zagranicy. Były mistrzostwa kraju, zawody międzynarodowe, tłumy widzów. Dziś pozostały po nim tylko fragmenty w lesie i wspomnienia.

Jedną z osób, które pamiętają tamten czas, jest 90-letnia Stefania Kajzer z domu Olkuska – mieszkanka Mikuszowic Śląskich, jedna z najlepszych saneczkarek bielskiego toru w latach 50. XX wieku. – Jak dożyję do sierpnia, to będę miała dziewięćdziesiąt lat. Trzydziesty szósty rocznik – mówi spokojnie.

Rozmawiamy w jej domu. Na stole leżą stare fotografie, wycinki prasowe i pamiątki. Pani Stefania mówi o nich z troską – boi się, że wraz z odejściem ostatnich świadków zniknie również pamięć o sporcie, który przez dziesięciolecia był częścią historii Bielska-Białej. Jak dodaje, bardzo boli ją, że dzisiaj w Cygańskim Lesie nie ma nawet tablicy upamiętniającej dawny tor, ani żadnego muzeum, które upamiętniałoby tę dyscyplinę sportu.

– Bardzo mnie boli, że to wszystko odchodzi w zapomnienie. Marzyłabym, żeby powstał choć mały kącik pamięci saneczkarstwa. Są przecież puchary, zdjęcia, plakaty z zawodów. Ktoś powinien to zebrać i pokazać ludziom – mówi pani Stefania.

  • cover play_arrow

    „Nosiliśmy sanki na plecach”. Wspomnienia o torze saneczkowym na Koziej Górze Adam Kanik

Ród Olkuskich i wojenne dzieciństwo

Zanim pojawiły się sanki i sportowe sukcesy, była rodzinna historia – trudna, jak wiele historii polskich rodzin z czasów wojny. – Nazywałam się Olkuska Stefania, rocznik 36. i pochodzę z rodu Olkuskich, który wywodzi się z miasta Olkusza. Moi dziadkowie mieli herb Olkuskich – opowiada.

Rodzina była przywiązana do swojej tradycji. Dziadek Stefanii był postacią niemal legendarną. – Mój kochany dziadek miał sto lat, parę dni brakowało. Mówili na niego Piłsudski, bo był bardzo podobny do Piłsudskiego. Bardzo pragnął, żeby nie zaginęło nazwisko – wspomina.

Pani Stefania urodziła się w Mikuszowicach. – Dziadkowie mieli dom jak jest wodospad, po przeciwnej stronie był dom rodzinny mojego ojca. Tam się urodziłam – mówi. Potem przyszła wojna. Rodzina została wysiedlona, a ojciec stracił warsztat stolarski. – Ojciec robił inkrustowane meble. Wynajął lokal, kupił maszyny i jak wszystko ruszyło, to wybuchła wojna. Był Polakiem i zakład został zamknięty – wspomina.

Po wojnie spotkała go tragedia. – W Mikuszowicach była szkoła, gdzie uczono języka niemieckiego. Ojciec znał niemiecki. Jak Rosjanie przyszli, to powiedzieli na niego, że jest Niemcem. Został zamknięty bez procesu – opowiada.

Najpierw trafił do więzienia na Montelupich w Krakowie, potem do Jaworzna. – Siedział niewinnie 28 miesięcy. Mam dokument wypisu z tego więzienia bez procesu – mówi pani Stefania. Jej tata z więzienia wyszedł ciężko chory. – Przyszedł z otwartą gruźlicą. Lekarz dawał mu pół roku życia. Trochę więcej żył, ale zmarł. Mama nas wychowała sama, troje dzieci we wdowieństwie. Fizycznie pracowała bardzo ciężko – dodaje pani Stefania.

Tor na Koziej Górze

W powojennych latach młodzi mieszkańcy Mikuszowic szukali sportu i ruchu w górach. Naturalnym miejscem była Kozia Góra i schronisko Stefanka. Tam znajdował się tor saneczkowy – jeden z najdłuższych naturalnych torów w Polsce. – Myśmy mieli ten tor saneczkowy. Teraz podobno jest przerobiony na ścieżkę rowerową. Tam, gdzie jest schronisko Stefanka, przed nim po lewej stronie była wieża startowa i zjazd w dół – wspomina nasza rozmówczyni.

Tor był wymagający i niebezpieczny. – Jedna banda, kamienna zwana, była bardzo niebezpieczna. Tam wyleciał nasz zawodnik i poniósł śmierć. Drugi zawodnik też zginął – mówi. Sama również wypadła z toru. – Ja też tam wyleciałam, ale szczęśliwie nie uderzyłam w drzewo, tylko usiadłam i zdążyłam zjechać w dół – wspomina. – Jeszcze miałam bardzo dobry czas, bo jechałam na pożyczonych sankach od kolegi ze Startu Katowice i miałam rekord toru – mówi.

  • cover play_arrow

    „Nosiliśmy sanki na plecach”. Wspomnienia o torze saneczkowym na Koziej Górze Adam Kanik

Tor saneczkowy w Mikuszowicach powstał jeszcze pod koniec XIX wieku, a w latach międzywojennych był stopniowo rozbudowywany. W latach 50. XX wieku powiększono go do imponujących rozmiarów: miał ponad 2,2 kilometra długości i około 30 zakrętów, co czyniło go jednym z najdłuższych naturalnych torów saneczkowych w Europie. Na torze odbywały się mistrzostwa Polski i zawody międzynarodowe, a zawodnicy z całej Europy przyjeżdżali do Bielska-Białej, by zmierzyć się z jego legendarną trudnością. – To był bardzo trudny tor. Najtrudniejszy z tych wszystkich, jakie wtedy istniały – wspomina pani Stefania.

Tor nie powstałby bez ludzi, którzy o niego dbali.  – Torem opiekował się pan inżynier Franciszek Jędrzak, szef leśnictwa. Wspaniały człowiek. A drugi był pan Józef Kwaśny, gajowy – wspomina pani Stefania. Ich praca była czysto społeczna. – Tam, gdzie trzeba było, śniegiem przyłożyli bandy, wodą polali, żeby zmarzło – mówi. Dzięki temu tor mógł funkcjonować przez całe zimy.

Pierwsi saneczkarze z Mikuszowic

Sport rozwijał się oddolnie. Według wspomnień pani Stefanii tworzyli go młodzi mieszkańcy Mikuszowic. – Pamiętam starszych kolegów. Był Józef Fender, później jego brat Edward. Mój brat Wiesław Olkowski mnie wciągnął do saneczkarstwa, bo szukali dziewczynek do zespołu – opowiada.

Byli też inni. – Tadeusz Orlikowski był od samego początku. Byli Fryderyk Siuda, Ryszard Siuda, Pruski, Urbaś – wylicza. Do zespołu dołączały również kobiety. – Byłam ja, była Helena Macher, była Józefa Jarczok – mówi mieszkanka Mikuszowic.

Sanki z piły tartacznej

Początki powojennego saneczkarstwa w Mikuszowicach były bardzo skromne. Zawodnicy nie mieli profesjonalnego sprzętu ani zaplecza. -Myśmy zaczynali na zwykłych sankach, takich jak dzieci mają. Mówiło się na nie kozy – wspomina Stefania Kajzer. Profesjonalnego sprzętu nie było. – Żeby płozy miały lepszy poślizg, koledzy kupowali stare piły w tartaku i z nich robili nakładki na płozy – opowiada. Kobiece sanki ważyły dziewiętnaście kilogramów. Dwójki były jeszcze cięższe. Lepszy sprzęt miały dopiero kluby z Katowic. Ponadto zjeżdżało się bez kasków.

  • cover play_arrow

    „Nosiliśmy sanki na plecach”. Wspomnienia o torze saneczkowym na Koziej Górze Adam Kanik

Dzisiejsi sportowcy mieliby problem wyobrazić sobie tamte warunki treningowe. – Sanki nosiłyśmy na plecach na Stefankę, bo nie było żadnego wyciągu – wspomina pani Stefania. Przygotowania do sezonu wyglądały bardzo prosto. – Przed sezonem spotykaliśmy się we wrześniu, w październiku, chodziliśmy po górach. Wychodziliśmy piechotą na Stefankę, trochę pobiegaliśmy – mówi i dodaje: – Nasz sport był w stu procentach amatorski. Nie było żadnych pieniędzy. Tylko dyplomy.

Zwycięstwo i kadra narodowa

Mimo skromnych warunków Stefania Olkuska szybko zaczęła odnosić sukcesy. Podczas międzynarodowych zawodów na torze w Mikuszowicach wygrała rywalizację kobiet. – To była zima stulecia. Mróz był taki, że koledzy kupowali filcowe szale i wycinali dziury na oczy, nos i brodę – wspomina. Po zwycięstwie trafiła do reprezentacji Polski. – Na tych zawodach międzynarodowych miałam pierwsze miejsce i dostałam się do kadry narodowej – mówi.

Davos – niewykorzystana szansa

Najważniejszym startem Stefanii Olkuskiej były mistrzostwa świata w Davos w 1957 roku. Już na początku pojawiły się problemy ze sprzętem. – Sanki były zaadresowane razem z bobsleistami do Sankt Moritz i poszły do Sankt Moritz. Jak przyszły do Davos, moje jedynki były uszkodzone – wspomina.

W tej sytuacji zawodniczka musiała startować na sankach dwuosobowych. – Na pierwszym ślizgu miałam rekord toru. Na drugim ręce już nie mogły utrzymać tych sań i wysypałam się, ale nie puściłam ich i dojechałam – mówi. Ostatecznie ukończyła zawody na szóstym miejscu.

  • cover play_arrow

    „Nosiliśmy sanki na plecach”. Wspomnienia o torze saneczkowym na Koziej Górze Adam Kanik

Wypadek w Austrii

Kilka dni później podczas zawodów w austriackim Villach wydarzył się dramat. Znajdował się tam bardzo nieprzyjemny tor saneczkowy. – Wyleciałam ponad wysokość drzew. Spadłam na pień i złamałam nogę na szerokość dłoni nad kolanem z przemieszczeniem kości i z odłamkami – opowiada. Kolejne trzy miesiące pani Stefania spędziła w szpitalu. To był moment, który praktycznie zakończył jej karierę sportową.

Po powrocie do kraju pojawiły się jeszcze artykuły prasowe zapowiadające jej powrót. – Był artykuł ‘Olkuska wraca na tor’. Ale Olkuska nie wróciła – mówi. Założyła rodzinę, urodziła dwoje dzieci i sport odszedł w przeszłość.

  • cover play_arrow

    „Nosiliśmy sanki na plecach”. Wspomnienia o torze saneczkowym na Koziej Górze Adam Kanik

Pamięć o torze

Dziś pani Stefania uważa, że historia bielskiego saneczkarstwa powinna zostać ocalona. – Są ludzie, którzy mają puchary. Są zdjęcia. Spotykamy się co roku jako stowarzyszenie. Trzeba ocalić tę pamięć – opowiada. Dlatego marzy o miejscu, w którym można byłoby zebrać pamiątki. – Ja bym sobie życzyła, żeby zrobili chociaż kącik wspomnień saneczkarstwa w naszym mieście – mówi. Bo wraz z odchodzącym pokoleniem zawodników odchodzi także pamięć o sporcie, który przez lata był częścią historii Mikuszowic i całego Bielska-Białej.

Autor: Zdjęcie autora Adam Kanik
[email protected]